14.08.2020, 08:39 Wersja do druku

Warszawa. Kiedy artyści stają się marionetkami władzy. "Powrót Tamary" w Studio

„Powrót Tamary" przypomina superprodukcję sprzed 30 lat i pominiętą wtedy opowieść o narodzinach faszyzmu.

fot. Sisi Cecylia

Premierę w 1990 r. na progu polskiej transformacji oraz kapitalizmu nazwano „peweks teatrem", a i wspierał ją istniejący jeszcze wówczas Pewex, czyli słynne w PRL przedsiębiorstwo eksportu wewnętrznego, oferujące obywatelom socjalistycznego kraju kapitalistyczne dobra za dolary lub bony dolarowe. Wtedy plan Balcerowicza uderzył w hiperinflancję. Upadały zakłady pracy, ale rodziły się też nowe fortuny i firmy.

BILETY ZA 400 ZŁ

Znany z artystycznych spektakli Jerzego Grzegorzewskiego Teatr Studio, noszący imię Stanisława Ignacego Witkiewicza, zaproponował amerykańską superprodukcję z Los Angeles reklamowaną jako „opowieść filmowa na żywo". Zaprojektowana została przez scenarzystów Johna Krizanca i Richarda Rose'a jako kostiumowy spektakl rozgrywany symultanicznie. Cel był taki, by widz nie siedział w fotelu, tylko poruszał się po teatrze, sam wybierał jeden z wątków przypisanych do postaci, ale jednocześnie mógł w czasie całego wieczoru połączyć wszystkie wątki w jedną historię.

Za superprodukcję odpowiadał dyrektor Waldemar Dąbrowski, późniejszy minister kultury, a dzisiejszy szef Teatru Wielkiego Opery Narodowej, która zawdzięcza mu światowe koprodukcje m.in. z nowojorską Metropolitan Opera. Reżyserował Maciej Wojtyszko, mający na koncie rewelacyjną adaptację „Ferdydurke" w Teatrze Telewizji, również autor „Bromby i innych". Komercyjna produkcja – którą chcieli obejrzeć wszyscy, a nie każdy mógł – kończyła się kolacją przygotowaną przez kucharzy hotelu Holiday Inn. Bilety w przeliczeniu na dzisiejszą siłę nabywczą kosztowały 400 zł.

– Jeśli „Tamara" wprowadzała jakieś zamieszanie w tamtej rzeczywistości, to chyba przede wszystkim przez to, jak projektowała swoją publiczność – mówi Cezary Tomaszewski, choreograf, reżyser i autor „Cezary idzie na wojnę" czy „Turnus mija, a ja niczyja", łączący wyrafinowane klasyczne formy muzyczne z kulturą masową. – Dotąd domyślnym widzem polskiego teatru był inteligent. Pomysłodawcy i twórcy „Tamary" wyobrażali zaś sobie swoich widzów już jako przedstawicieli klasy średniej, jako mieszczan. Wynikały z tego zabawne nieporozumienia, bo ci wymarzeni mieszczanie najzwyczajniej w świecie jeszcze nie zdążyli się narodzić. W efekcie spektakl oglądali inteligenci i oceniali go po inteligencku. Widać to wyraźnie w relacjach z „Tamary". Mocno pracujemy z tymi wątkami w naszym przedstawieniu.

Reżyser podkreśla, że w ocenach teatru zbyt prosto buduje się opozycje.

– To, co popularne, nie musi być pozbawione intencji krytycznej czy przynajmniej analitycznej – podkreśla. – To skądinąd rzeczy bodaj najciekawsze we współczesnej kulturze: te, w których popularny język, flirtujący z kulturą masową, zostaje wykorzystany do przetransportowania bardziej skomplikowanych, niekiedy krytycznych treści. Niedawno zrobiłem we Wrocławiu spektakl, w którym głównym bohaterem uczyniłem gwiazdę internetu Gracjana Roztockiego. Czy to rozrywka? Tak. Czy wyłącznie? Mam nadzieję, że nie.

TWÓRCA I OFIARA FASZYZMU

Z dzisiejszej perspektywy najbardziej frapujące jest to, że kostium amerykańskiej produkcji z tytułową bohaterką malarką Tamarą Łempicką, połączony z opowieścią o Gabriele D'Annunziu – włoskim artyście, polityku, ekscentryku i don juanie – był traktowany raczej jako historyczna dekoracja.

fot. Sisi Cecylia

Mało kto po upadku komunizmu zastanawiał się, czym może być faszyzm współcześnie, tym bardziej w Polsce. Tymczasem po trzech dekadach taka refleksja nie jest pozbawiona sensu. Nacjonalizmy się odradzają, nawet u nas funkcjonują organizacje odwołujące się do nazizmu.

Lepiej też rozumiemy, jak z poczucia wielkiej wolności, którą dał narodom koniec I wojny światowej, nieoczekiwanie zrodziła się myśl, że wolność może być nieznośnym ciężarem, od którego uwalnia autorytaryzm i totalitaryzm. Z przerażeniem można zauważyć, że lekcja historii okupiona dziesiątkami milionów ofiar na niektórych nie robi żadnego wrażenia.

Ten wątek jest obecny w scenariuszu Michała Buszewicza, autora m.in. nagradzanych „Kowbojów" (o sytuacji w polskim szkolnictwie pokazanej przez pryzmat Dzikiego Zachodu). Mamy 1919 r. Gabriele D'Annunzio wraz z weteranami pierwszej wojny światowej zajął Rijekę i na niewiele ponad rok powołuje niezależną Regencję Carnaro, odpowiadając na aspiracje Włochów do tego regionu. Wpuszczają żołnierza-poetę do miasta i nazywają go swoim Il Comendante.

Wolne miasto Fiume staje się państwem, którego konstytucja zakłada organizację życia społecznego przez muzykę. Dni rozpoczynają się odczytami poezji z balkonu. Mieszkańcy sami siebie nazywają piratami, a co za tym idzie w modę wchodzą czarne koszule z trupimi czaszkami.

– D'Annunzio nie tyle dał się uwieść faszyzmowi, ile faszyzm wymyślił – mówi Cezary Tomaszewski. – A mówiąc ściślej: wymyślił język, cały symboliczny kod, którym później posłużył się Mussolini. Przemówienia z balkonów, czarne koszule, przejęte od piratów trupie czaszki na mundurach – to wszystko wynalazki z republiki Fiume, proklamowanej przez D'Annunzia w Rijece tuż po I wojnie. Ta historia jest raczej przestrogą niż wzorem do naśladowania: D'Annunzio, gdy go spotykamy w 1927 r., wiedzie światowe życie na koszt reżimu, równocześnie stać go tylko na wspominanie przeszłości i dość nieudolne próby ożywienia własnej męskości. Jego romans z władzą nie daje mu nic poza luksusem.

Tekst Buszewicza zderza więc fantazję państwa artystów w zajętej przez Gabriele D'Annunzio Rijece/Fiume z późniejszym upadkiem wolnościowych wizji, które zakończył faszyzm Mussoliniego.

– Myślę, że odnaleźliśmy w tym temacie wątki mocno rymujące się z aktualną sytuacją w Polsce – mówi reżyser. – Nasz spektakl jest bardzo gorzki, to opowieść o kresie złudzeń, o świecie, w którym rodzi się faszyzm, a wielki artysta okazuje się po części kolaborantem, po części kabotynem, a po części rozczarowanym loserem, który wie, że na nic już nie ma wpływu.

WALCZEWSKI I PESZEK

Mamy 1927 r. Posiadłość D'Annunzia Vittoriale degli Italiani nad alpejskim jeziorem Garda, podarowaną mu przez Benita Mussoliniego, odwiedza polska malarka Tamara Łempicka. Prowadzący namiętną korespondencję z Tamarą poeta liczy na bliższe spotkanie. Wciąż najdroższa polska artystka na świecie jest w spektaklu bohaterką kryminalnej intrygi szpiegowskiej.

– Kimś w rodzaju Maty Hari. Bo nasz spektakl to w sporej części kryminał, trochę w stylu Agathy Christie – mówi reżyser.

W przedstawieniu Macieja Wojtyszki włoskiego artystę grał Marek Walczewski. Teraz w tej roli zobaczymy Jana Peszka.

Premiera 15 sierpnia w warszawskim Studio.

Tytuł oryginalny

Kiedy artyści stają się marionetkami władzy

Źródło:

Rzeczpospolita online

Link do źródła

Autor:

Jacek Cieślak

Data:

13.08.2020 20:45

Tematy w toku