03.08.2020, 11:51 Wersja do druku

Ściśle osobiste, poufne, najskrytsze, najwewnętrzniejsze... Z listów i pamiętnika Jarosława Iwaszkiewicza wyjęte

"Życie intymne Jarosława" Magdy Kupryjanowicz i Michała Kurkowskiego w reż. Kuby Kowalskiego w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku. Pisze Edward Jakiel w portalu Teatrologia.info.

fot. Dominik Werner

Wejście w sferę intymnych przeżyć i uczuć; odczytywanie wciąż ewoluującej relacji między Iwaszkiewiczem a jego bodaj najważniejszym kochankiem jest zadaniem bardzo trudnym. W pełni zdawał sobie z tego sprawę zarówno reżyser, ale też autorzy scenariusza i aktorzy, którzy podjęli się przedstawić to na scenie. Nazwać to, co wymyka się jednoznacznemu określeniu, uchwycić z pozostawionych tekstów pisarza najważniejsze etapy i „momenty” pozostającego w stałej „przebudowie” jego związku uczuciowo-erotycznego z Jerzym Błaszyńskim – oto zadanie arcytrudne, ale – jak pokazuje to gdańska premiera – możliwe do osiągnięcia, w jakimś, choćby minimalnym zakresie.

Zacznę swe uwagi może dość nietypowo jak na recenzję teatralną, ale nich i tak będzie. Otóż należy zauważyć, że tytuł przedstawienia ma znamienny szyk. Na pierwszym miejscu jest rzeczownik życie, a po nim dopiero dwie jego przydawki: przymiotna – intymne i rzeczowna – Jarosława. Szyk to raczej przestawny. W potocznej lub literackiej polszczyźnie życie znalazło by się pomiędzy tymi dwiema jego przydawkami. Co w konsekwencji może to (ale przecież nie musi) oznaczać? Wydaje się, że autorom spektaklu wskazują na życie jako żywioł, domenę ludzkiej aktywności, kreatywności i doznań, uczuć wreszcie. To życie jako uniwersalna kategoria jest przedmiotem steatralizowanej obserwacji. Ta uniwersalizacja oznacza, że w przedstawieniu tym nie chodzi tylko o konkretną osobę, ale chodzi raczej o zasadę, uogólnioną właściwość podmiotową – życie. Na drugim miejscu jest więc człowiek, ten konkretny człowiek – Jarosław Iwaszkiewicz. Przedstawienie to zatem tak szyk treści ustawiając, nie rozprawia się z legendą, zwłaszcza do pewnego stopnia czarną legendą pisarza, ale traktuje o różnorodności przeżyć, odczuć i uczuć, jakich się w intensywnie przeżywanej relacji z drugim człowiekiem doznaje. Nie jest to zatem teatralna „anegdota” o prominentnym pisarzu, ale rozrzuconych, scenicznych impresji garść spora o nieprzewidywalności związku uczuciowego. W konsekwencji przyjętego szyku wyrazów, kiedy odmienimy tytuł i podamy go w przypadku zależnym (nomen omen dopełniaczu) rzecz kierunkuje ową szeroko pojmowana intymność ku konkretnemu właśnie człowiekowi. I tak, to co ogólnej kategorii życia tyczyć się miało nominalnie, w dopełniaczu jest intymnością konkretnego człowieka, a zatem jest to coś, co dotyczy życia intymnego Jarosława.

To, co w tle, niekoniecznie potrzebne, a może nieważne…?

Starając się ukazać zmienność, nierzadko sztuczność formuły i sposobu wyrazu emocji i uczuć Iwaszkiewicza do Jerzego, autorzy przedstawienia uciekają się do gier pozorowanych, by to tak nazwać. Będzie zatem tych demaskacji sztuczności, jakiegoś rodzaju odkrywania sztuczności w konkretyzowaniu relacji (ale przecież nie samej relacji!) między kochankami kilka scenicznych rozwiązań. Będzie to więc na przykład groteskowy nieco mikropochód, imitujący paradę równości – zdaje się najbardziej zbędny element, nawet chyba – jak można domniemywać – zniekształcający przekaz całego przedstawienia. W tym zbiorze „teatraliów” gdańskiej inscenizacji będzie też szczątkowo ukazany jakby osobisty, wewnętrzny dialog Iwaszkiewicza o istocie przeżywanego przez niego homoseksualizmu i pojmowania go w kontekście kanonów kulturowych. Posłużono się w tej części fragmentem utworu Karola Szymanowskiego jako nośnika idei i sposobu dialogowania, czy też lepiej mikrosympozjonowania, a może też jako kolejnego znaku homoerotyzmu. W zasobach scenicznego zapełnienia tła dla rzeczy najistotniejszych będzie też posłużenie się parodią naśladowania zniewieściałych zachowań męskich prostytutek. Ta wyreżyserowana forma, styl gry wiele mówi o braku języka ciała dla przeżywanych uczuć. Tego braku, który był udziałem Iwaszkiewicza i, jak się nietrudno domyśleć, także jego kochanka.

To, co ważne…

O ile światło na scenie zdawało się być najbardziej stabilne, o tyle można też powiedzieć, że jego subtelna (chociaż pewnie nie wszystkich satysfakcjonująca) sprawczość zdaje się podkreślać i zawsze wskazywać na to, co w danym momencie jest ważniejsze, choćby się działo nawet poza sceną. A tak mamy w przypadku sceny, w której na pierwszym planie główna postać jest obecna i mówi, ale w tle, za przezroczystą kotarą śpiewa wymowną, liryczną „pieśń” żona Iwaszkiewicza. I światło właśnie subtelnie, ale jednoznacznie znaczenie jej słów, je osoby podkreśla.

Trzeba docenić reżyserię kinetyki scenicznej. Długo by można o niej rozprawiać, ale tu powiedzmy krótko – jest to reżyseria rozważna i ważna. Rozplanowanie przestrzenne i kinetyka w tym przedstawieniu dodają walorów sceniczności przedstawienia, o którym mowa. Horyzontalny i wertykalny porządek, wejścia i zejścia postaci po rusztowaniu są jak nuty na pięciolinii, a całość harmonijnie odpowiada lirycznej (mimo wszystko) narracji. Dopełnia tego scenografia – oszczędna, ale sugestywna. Ta strona gdańskiej realizacji Życia… jest naprawdę udana.

fot. Dominik Werner

Równie świetna jest muzyka. Nie wdając się w jakąś retorykę, skromnie trzeba zaznaczyć, że wszelkie subtelności emocjonalne, uczuciowe zwłaszcza doskonale wyczuwa Rafał Ryterski. Wykorzystał tu własną intuicyjnie wykonywaną muzykę (z ciekawymi rozwiązaniami akustycznymi), jak też muzykę z realizacji filmowych prozy Iwaszkiewicza, czy muzykę klasyczną. Jego zresztą inkorporowanie się w skład scenicznych postaci pod koniec przedstawienia był gestem nie tylko solidarności z tym, co dotyczy homoseksualności, ale też czymś więcej, co można dopiero odczytać, gdy choćby pobieżnie (np. z wywiadów) pozna się twórczą i osobistą drogę muzyka.

To, co równie ważne…

Te trzy wcielenia Jerzego, jak sam reżyser wspomina w wywiadzie, że jest to postać imaginacyjna. To raczej ktoś, o kim nic prawie nie wiadomo, a jeśli wiadomo, to tylko z perspektywy subiektywnych ujęć samego Iwaszkiewicza. Rozwiązanie, by trzech aktorów (Piotr Biedroń, Marcin Miodek i Jan Napieralski) zagrało tę postać (ci sami aktorzy są zmultiplikowani jeszcze w rolach innych postaci) wydaje się rozwiązaniem celującym. Jak bowiem przedstawić w tym związku kogoś, o kim wiadomo tylko z jednej ręki, z perspektywy jednej strony związku? W rezultacie więc powstaje ktoś, kogo wyobrażenie, czy też raczej wyobrażenia daje się odczytać w piśmienniczej spuściźnie Iwaszkiewicza.

Jakiego Jerzego widzieli realizatorzy przedstawienia odczytywać można na różnych poziomach omawianej inscenizacji, ale najbardziej chyba wymowne są tu trzy sceny. Najpierw będzie to pierwsza, introdukcyjna scena. Niezwykle nastrojowa, liryczna i symboliczna, podsycona jakimś ledwo dostrzegalnym wymiarem pobożności ludowej pieśń kochanka, jaką śpiewają trzy wcielenia Jerzego. Ten, szkoda że w czasie zajmowania miejsc przez publiczność, element sztuki wydaje się dla mnie niezwykle ważnym i silnym przekazem, myślę, że mało kto go zauważy i warto by go przy kolejnych przedstawieniach lepiej wyeksponować (mniej powtórek, ale za to w absolutnej ciszy i przy skupieniu publiczności).

Drugą sceną będzie spotkanie przy kawie z Iwaszkiewiczem i jego żoną. Każde z osobnych „wcieleń” Jerzego na swój sposób uczestniczy w tym spotkaniu, czego innego oczekuje, co inne wyraża, na czymś innym skupia uwagę. W sumarycznej całości te trzy postaci właśnie dają możliwość zrozumienia, albo przynajmniej próby zrozumienia, co ten, przecież milczący w historii i biografii Iwaszkiewicza kochanek miał do powiedzenia, kim był, jak on przeżywał związek z pisarzem.

I wreszcie trzecia scena – pozorowane na przedstawienie szkolniackie Romea i Julii. Tu wcielenia się przenikają. Jerzy jest i nie jest jak Romeo, jest i nie jest jak Julia.

Robert Ciszewski zagrał z kolei medium pomiędzy Iwaszkiewiczem a wcieleniami jego kochanka – Jurka. Znacząco i wymownie zagrał tę rolę, fikcyjną przecież, ale potrzebną do budowania sytuacji dialogu w przedstawieniu, jak też stymulowania go. Przypomina w tym swoim graniu aktorskie kreacje Behemota z Mistrza i Małgorzaty Bułhakowa, albo nawet samego Mistrza z lubelskiej, a przedstawianej w Teatrze Telewizji realizacji.

To, co najważniejsze…

Pomijając rozważania na tym, czym jest intymność, skonkludujmy, że to co najbardziej skryte i wewnętrzne odkrywają trzy sceny. Od razu dodam, że zagrane przez Krzysztofa Matuszewskiego, a szczególnie Annę Kociarz po prostu wyśmienicie.

Szczególnie trudną postać – bardziej postać tła miała do stworzenia aktorskiego, by użyć takiego określenia, Anna Kociarz. Z trudnego dialogu, cichej pieśni, o której tu już wspominałem, wydobyła bogatą treść i dramatyczną postać. Prosta zdawało by się mimika i gesty oddały cały dramatyzm tego, co przeżywała w relacji z Jarosławem Iwaszkiewiczem.

Pierwsza scena grana jest już na początku. To tu ablucji zwłok Jerzego towarzyszy mocna w znaczenia samodiagnoza Iwaszkiewicza. Wszystkie, najważniejsze jak przypuszczam, sploty tej więzi, jaka go łączyła ze zmarłym, zostały tu właśnie wyrażone. Odnajdziemy potem ich „przypomnienia”, reminiscencje, albo – co rzadsze – rozwinięcia w dalszej części przedstawienia. Iwaszkiewicz tu właśnie się obnaża, tu pokazano swoją intymność i swoją prawdziwą bezradność wobec aktu życia – miłości i śmierci. Jeśli mówimy o sensie tego przedstawienia, tego, co ono rzeczywiście pokazuje, a nie co kokieteryjnie udaje, to właśnie jest ta scena. To swoista spowiedź Iwaszkiewicza z dokonanej, ale i nie pozbawionej dramatyzmu, a tragicznie zakończonej relacji. Czy miłość umarła wraz ze śmiercią kochanka? To pytanie zdają się realizatorzy tego przedstawienia subtelnie sugerować, a Matuszewski jeszcze bardziej zawoalowanie, można nawet powiedzieć, że z jakąś finezją kreować swą grą. Pytanie to wisi tu niejako w powietrzu.

Scena druga to rozmowa małżonków. To w niej odkrywają swe prawdziwe oblicza zagubieni, rozdarci między konwenansem a siłą uczuć ludzie. Niepospolita to scena, zbudowana konsekwentnie i zrealizowana w ścisłej współpracy wszystkich realizatorów przedstawienia. Można powiedzieć, że to właśnie tu sprawdziło się bardzo dobre aktorstwo Anny Kociarz, tak jak też Krzysztofa Matuszewskiego. Muzyka, światło, sceniczna przestrzeń, ruch i jego wymowny brak – wszystko to doznaje w gdańskie inscenizacji jakiegoś skupienia, maksymalizacji. Dramatyzm tej sceny, to co zostanie tu powiedziane i jak powiedziane wybrzmiewa mocno, uświadamiając, jak subtelnych i głębokich sfer człowieczeństwa sięgamy. Nie jest to pikantna historyjka z życia rozpasanego erotomana, ale prawdziwe odkrywanie tego, co przeżywa. Tego też, co przeżywa jego żona.

I scena ostatnia. Krótko, bo jej symbolika warta jest indywidualnego namysłu. Chodzi o ostatni moment w sztuce. Ubrany już w garnitur i muszkę Iwaszkiewicz stoi sam na scenie i wszystko, co przeżył, co przemyślał i czego doznał zamyka w jednym, krótkim zdaniu: „Jestem bezradny”. I światło gaśnie. Na tym skróconym, ale przecież symbolicznie bogatym „akcie” kończy się gdańska inscenizacja.

Czy gdańskie przedstawienie Życia intymnego Jarosława dało rzeczywisty, choćby tylko szczątkowo, obraz tego, co tam w jego duszy grało, co on widział w swym kochanku i czy dało odpowiedź na frapujące pytanie: kim był Jerzy – pozostawiam bez odpowiedzi. Na pewno jest to artystycznie dość udana próba opowiedzenia prawdy, jakieś cząstkowej, ale prawdy o człowieku – tym konkretnym, przeżywającym głębokie uczucia w konkretnym okresie swego życia; ale jest to też próba opowiedzenia prawdy o człowieku jako takim kreowanym i jednocześnie paradoksalnie niszczonym przez miłość i dobijanym w swej bezradności przez namiętność.

Tytuł oryginalny

Ściśle osobiste, poufne, najskrytsze, najwewnętrzniejsze... Z listów i pamiętnika Jarosława Iwaszkiewicza wyjęte. O gdańskiej premierze "Życia intymnego Jarosława"

Źródło:

Teatrologia.info

Link do źródła

Autor:

Edward Jakiel

Data:

29.07.2020