07.09.2020, 18:10 Wersja do druku

Pulsowanie materii

fot. Marta Siergiej / mat. teatru

"Śmierć porucznika" Sławomira Mrożka w reżyserii Bernardy Bieleni w Akademii Teatralnej - Filia w Białymstoku. Pisze członek Komisji Artystycznej Konkursu "Klasyka Żywa" Tadeusz Kornaś.

Spektakl w reżyserii Bernardy Bieleni jest ciekawy z kilku powodów. Pierwszy z nich dotyczy wybranego dramatu.Śmierć porucznika (1963) należy bowiem do mniej znanych, a zarazem bardziej kontrowersyjnych utworów Sławomira Mrożka. Mrożek pisał go przed podjęciem decyzji o emigracji. Pomysł na temat sztuki związany jest z wierszem Reduta Ordona. Mickiewicz uśmiercił w nim bohatera, choć tak naprawdę historyczny Ordon przeżył. Mrożek stworzył na tej kanwie dramat, w którym „rzeczywisty” Orson (bo takie nazwisko ma postać dramatu) przegrywa z mitem dotyczącym jego osoby, stworzonym przez Poetę. Mit jest silniejszy od rzeczywistości. Dramat był postrzegany w momencie prapremiery jako obrazoburczy wobec postawy romantycznej i dający „okazję do pośmiania się z walki i męczeństwa narodu”.

Drugi powód, dla którego oglądałem ten spektakl z wielkim zainteresowaniem dotyczy jego strony formalnej. Jest to spektakl dyplomowy w szkole lalkarskiej i, moim zdaniem, to właśnie animacyjna sprawność absolwentów przysłużyła się świetnie dramatowi Mrożka. W bardzo interesujący sposób połączono w nim obecność „żywego planu” i animowanej materii, kostiumu i maski. W drugim akcie sztuki Mrożka odbywają się swoiste dziady, w których przywoływane są zdarzenia z przeszłości. Maskowa, lalkowa, cielesna formuła białostockiego teatru pozwala stworzyć wyjątkowy „obrzęd”. Przeszłe wydarzenia i postaci pojawiają się na moment, rozpływają, znów konkretyzują... Pojedyncze „duchy” rozpadają się na wiele postaci, to znów scalają się... W tym aspekcie animowana forma wykorzystana została mądrze i przejmująco. To wielki atut białostockiego przedstawienia.

Akcja całego spektaklu umieszczona zostaje w czymś w rodzaju więziennej izby zatrzymań, nie historycznej, ale dzisiejszej. Znajduje się w niej Orson i Wykolejona Młodzież. W praktyce scena jest prawie pusta – jedynie przed pierwszym rzędem ustawiony jest stolik Orsona, zaś scenę zamyka z tyłu krata z szerokim ekranem-wrotami na środku. Na nim pokazywane są wizualne abstrakcyjne kompozycje, ale też zrzut z ekranu komórki redaktorki prasowej, odwiedzającej to miejsce, chcącej zrobić materiał o Orsonie. Wizualnie jest ta przestrzeń zrobiona z dużym wyczuciem, a wypełniona aktorami ubranymi w kolorystycznie jednolite uniformy staje się intrygująca (scenografia i kostiumy są autorstwa Mariki Wojciechowskiej). To właśnie Wykolejona Młodzież będzie odgrywała sceny i postaci z gabinetu Poety, trybunału wojskowego i samych Mrożkowych dziadów, jakby cały spektakl był dziadami – (groteskowym) przywoływaniem zmarłych.

Orson, grany jest gościnnie przez starszego od studentów aktora BTL-u Ryszarda Dolińskiego. Orson – jak twierdzi – ma już ponad dwieście lat (historyczny Konstanty Julian Ordon urodził się w 1810 roku). Wieszcz uśmiercił go, uczynił z niego bohatera, który broniąc Warszawy podczas powstania listopadowego wysadził siebie i redutę, choć tak naprawdę, jak już wspomniałem, Ordon przeżył, będąc jedynie poparzony. Orsonowi ze sztuki Mrożka to literackie bohaterstwo wpojone Polakom poprzez wiersz Mickiewicza zwichnęło życie, zniszczyło miłość, doprowadziło do obecnego stanu. I jako, że został już raz uśmiercony, uczyniło go nieśmiertelnym. „Jestem bohaterem, lecz jako umarły. Naród mnie wielbi, ale nieżywego” – mówi Orson.

Twórcy przedstawienia przenieśli dramat Mrożka z lat 60. XX wieku w czasy dzisiejsze. Reporterka, która przyszła porozmawiać z Orsonem, gestami ciała, ubiorem, sposobem zachowywania się, nieustannym zapisywaniem i filmowaniem za pomocą komórki, nawet sposobem wysławiania się, uosabia modelowy typ swojego pokolenia. Także uniformy Wykolejonej Młodzieży zamkniętej w więzieniu, scenografia, multimedia, wszystko odnosi się do sytuacji „tu i teraz”... To przeniesienie w dzisiejszość to ważny zabieg. Gdy dramat Mrożka po raz pierwszy pojawił się na scenach, autora oskarżano o szarganie świętości, znieważanie tradycji i szyderstwo z dziedzictwa romantyzmu. Twierdzono nawet, że Mrożek przekroczył granicę dobrego smaku. Dzisiaj, gdy „szarganie romantyzmu” stało się narzucanym przez kulturę masową i teatralny mainstream stosunkiem do przeszłości, ta wywrotowa, szydercza, pełna napięć warstwa dramatu całkowicie straciła moc. Choćby z tego powodu groteska Mrożka w białostockim przedstawieniu przekształcona została w zabawę historią, konwencjami i formą. To przeniesienie w XXI wiek spowodowało też, że znaczenia dramatu nieco zwietrzały.

Może właśnie z tego powodu widza fascynuje przede wszystkim formuła spektaklu. Z ogromnym uznaniem patrzyłem na pracę aktorów-dyplomantów, którzy wykazali się wielką odpowiedzialnością artystyczną. Spektakl ten oparty był bowiem na sile zespołu, na współdziałaniu, poleganiu na innych i oddawaniu swoich umiejętności innym, nie zaś na aktorskich popisach i egoizmach, które kuszą w tego typu dziełach „na ocenę”.Szczególnie widać tę współpracę było we wspominanym już przeze mnie „obrzędzie dziadów”, na który spektaklowy Orson wzywa także samego Poetę. W trakcie dziadów patrzymy raz jeszcze na przeszłe zdarzenia z powstania listopadowego i po nim. Ale w białostockim spektaklu wszystko jest wykoślawione, wizualnie zwyrodniałe, turpistyczne (choć estetycznie ładne). Jakby postaci wywołane z przeszłości nie miały stałej konsystencji, spajały się i rozpadały, jakby były powstałymi z grobów trupami bez skóry, z mięsem na wierzchu. Kostiumy, animanty, i same postaci wyglądają gargantuicznie, jak ciała w stanie rozpadu i rozkładu. Wykorzystywane maski natomiast odlegle sugerują nawiązania do antyku, do tragedii. Wizualnie i animacyjnie te sceny są wyśmienite. Przywdziewana przez aktorów cielesna materia duplikuje się, potraja, zwielokratnia ciała. Kilku aktorów tworzy jedną postać, a potem ona się rozpada na kilka. Ale tu znów ani przez moment nie jesteśmy pewni tego, że materia się ostatecznie ustaliła. Okazuje się, że oddzielne postaci, mają jedną twarz (maskę), to znów kilka korpusów.

Przy tym ciągłym pulsowaniu materii zachowana jest precyzja narracyjna, klarowne scharakteryzowanie kolejnych postaci. Na przykład narzeczona Orsona domaga się od Poety, by zmienił treść Reduty Ordona, by jej ukochany zmienił się z wykreowanego mitu w rzeczywistego człowieka. Bo sama nie wie, co jest prawdą, czy kocha jego, Orsona, czy wytwór poetycki stworzony przez wieszcza. Zosia, a właściwie Zosie, bo na postać składają się chyba cztery aktorki (czasem tylko jedna), przywdziewa żałobę po poetyckim Orsonie. Wieloosobowa, bezkształtna czarna postać pulsuje, „przelewa się”, jakby nie miała ostatecznego kształtu.

Niekiedy zabiegi rozpadu i scalania bywają śmieszne – gdy na przykład nagle maska staje się jednością z ręką zgiętą poniżej łokcia i palcami, które imitują nóżki. Powstaje mała lalka (tintamareska z maską zamiast twarzy) – maska to głowa, fragment ręki to tułów, palce aktora – nogi. Ale potem maska wędruje na twarz aktora. Maska więc tworzy to maleńkiego ludzika, to wielocielesnego (z dwoma korpusami) człowieka. Wszystko to robione jest brawurowo, precyzyjnie, w tempie. Świat zjaw rzeczywiście pulsuje między istnieniem, a nieistnieniem. Ten fragment spektaklu był dla mnie najciekawszy. Brawurowy. Dlatego o nim piszę najwięcej.

Choć można mówić o przyjmowaniu na pewien czas przez Wykolejoną Młodzież konkretnych ról (Poeta, Zosia, Generał...), to jednak lepiej myśleć o nich jako o całości, o precyzyjnym zespole. Stworzyli go: Magdalena Bednarek, Adam Bocianiak, Joanna Jakacka-Majka, Karolina Mazurek, Michał Murawski, Anna Nieciąg, Katarzyna Pilewska, Karol Sławek, Agata Słowik.

W dramacie Mrożka mit, jak się wydaje, wygrywa z rzeczywistością. Poeta w Śmierci porucznika stwierdza: „Mój wiersz prawdę mówi, nie wasze raporty. Bo ja raport piszę nie dla archiwów kancelarii pułku, lecz dla historii.”

Spektakl białostocki kończy nie-Mrożkowa piosenka-manifest, śpiewana z ekranu już po tym, gdy wybrzmiały już brawa za spektakl. To swoisty rapowany „teledysk”, taki niby gniewny. Aktorzy – „prywatnie” - opowiadają o świecie jakiego nie chcą dzisiaj. Nie chcą bowiem już dziedzictwa romantyzmu, w refrenie śpiewają, że nie chcą też skrzydeł...

„Posłuchaj – „Odo do młodości”!
Nie dawaj skrzydeł nam do pleców!
Te skrzydła pełne są „polskości”,
No i dlatego – nie polecą!”

***

Sławomir Mrożek, Śmierć porucznika, reżyseria: Bernarda Bielenia, Akademia Teatralna – Filia w Białymstoku, premiera: 25 stycznia 2020.

Źródło:

Materiał własny

Autor:

Tadeusz Kornaś

Tematy w toku