06.07.2020, 08:43 Wersja do druku

Klaudyna Desperat: Otucha

Trzeba zachować i pielęgnować w widzach nawyk chodzenia do teatru. Oczywiście mamy świadomość, że wielu widzów ma teraz na głowie inne sprawy. Niektórzy stracili pracę. Dla nas granie bywa nieopłacalne, ale trzeba grać, gdy jest zapotrzebowanie - mówi Klaudyna Desperat, kierownik działu komunikacji w Fundacji Krystyny Jandy Na Rzecz Kultury, pracownica Teatru Polonia i Och-Teatru, w rozmowie z Hubertem Michalakiem w portalu Teatrologia.info.

fot. Katarzyna Kural-Sadowska

Kto dzwoni w niedzielę w południe…?

Wybacz!

Oczywiście żartuję, i tak od rana umawiam sesję okładkową do „Co jest grane” na wtorek rano. Nie ma, że niedziela.

Można zapomnieć, że istnieje weekend.

Zresztą też rozmawiamy teraz, bo wcześniej sytuacja była jaka była. Pani Krystyna powtarzała, że to nie jest czas na gadanie, że trzeba działać – i to staraliśmy się robić.

Jednak to właśnie gadaniem, czy ściślej – komunikacją zajmujesz się zawodowo. Podczas pandemii kontakt z widzami Teatru Polonia i Och-Teatru odbywał się poprzez Internet.

Mamy stałą, wierną widownię. I od zawsze Facebook służy jako kanał komunikacji: gdy na przykład ludzie nie mogą dodzwonić się do kasy, dzwonią albo piszą do nas. Przed koronawirusem też tak było, wtedy widzowie często mylili fanpejdż z kasą. Pisali jednak zwykle w konkretnych sprawach, np. czy można zwrócić bilety albo otrzymać autograf pani Krystyny Jandy czy innego aktora.

A czy pamiętasz jak wyglądało samo ogłoszenie zamknięcia teatrów? Co się u was działo?

Chętnie ci opowiem o tym dniu. Nie wiedzieliśmy co będziemy robić dalej, widzowie oddawali masowo bilety lub próbowali je przełożyć na „za tydzień”, „na jutro”. Ruszyliśmy wszyscy do kasy, by pomóc, zobaczyłam wtedy, jak wygląda praca kasjera, zetknęłam się też z naszymi widzami w realu. I okazało się, że to wspaniali ludzie, którzy zjawiali się ze słowami otuchy. Nieliczni przychodzili z pretensjami, wielu było szczerze zdziwionych, pytali „dlaczego odwołujecie i po co?”. Naszą reakcją było jednak nie tyle pytanie „co robić teraz?”, ile natychmiastowe usprawnienie kontaktu z publicznością. Zatem: był taki dzień w drugim tygodniu marca, gdy okazało się, że musimy odwołać granie. Wzięłam do domu służbowy komputer, nie wiedziałam jeszcze, że zapadnie decyzja o pracy zdalnej. Rzuciłam współpracownikom szybkie „do zobaczenia” w przekonaniu, że potrwa to krótko. A potem… Cóż, musiałam się odnaleźć w sytuacji pracy zdalnej, której nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Pracę stacjonarną wznowiliśmy dopiero w czerwcu. Gdy wróciłam okazało się, że zostawiłam na swoim biurku otwarte opakowanie ciasteczek. Mam wrażenie, że to było bardzo dawno temu, ten moment, gdy w marcu wychodziłam nie zabierając ciasteczek. Myślałam, że wrócę do nich – i do teatru – za chwilę. Przyznaję, że to moja najdłuższa przerwa od teatru w dorosłych życiu.

Dla waszej publiczności pewnie podobnie. Dopytywano o powrót teatrów do pracy?

Przez czas pandemii była ogromna ilość pytań od widzów, którzy, jak i my, przenieśli się do Internetu. Z początku głównie pytano o bilety, ich zwrot i wymianę. Mieliśmy bardzo dużo odwołań spektakli, spadły pokazy na naszych czterech scenach. Pomagając kasjerom przejęliśmy częściowo informowanie widzów. Po pierwszej fali pytań „biletowych” zaczęły przychodzić wiadomości z, nazwałabym to, słowami otuchy. Korespondencji z pretensjami było stosunkowo mało. Wiele osób zmieniało terminy zamiast oddawać bilety, ludzie wpłacali pieniądze na konto Fundacji, pytali, w jaki sposób mogą pomóc teatrom. Błyskawicznie zorganizowaliśmy sprzedaż biletów otwartych przez internet, bo wcześniej można je było kupić tylko w kasie. Widzowie wysyłali nam swoje wspomnienia z wizyt u nas, pisali, że pamiętają, chcą pomóc, że Teatr Polonia i Och-Teatr to dla nich miejsca ważne i pełne wspomnień.

To mocne sygnały.

Jeden z widzów, pan Bartek, napisał, że przyjeżdża do nas od lat, przeżył u nas wiele niezapomnianych momentów, uciekał od problemów, przytłaczającej rzeczywistości. Dodał wprost: „Leczyliście moją duszę. Musicie trwać! Jestem z Wami! Gdybyście potrzebowali pomocy, nie wahajcie się dać znać. Możecie na mnie liczyć. Nie jesteście sami! Dzięki Wam przeżyłem wiele pięknych chwil, jesteście dla mnie ważni. Jak rodzina. Musicie trwać”. Po uzyskaniu zgody autora zamieściłam ten list na teatralnym fanpejdżu – i post z tym tekstem bił rekordy popularności: widzowie podpisywali się pod nim, przesyłali pozdrowienia nam, sobie nawzajem, wytworzyła się wokół tego wpisu społeczność. Paradoksalnie też, w tym czasie nastąpił wzrost polubień strony. Posty miały bardzo duże zasięgi, udostępniano je na olbrzymią skalę, zyskaliśmy nowych fanów.

Ta cyfrowa wspólnota widzów to naturalne przeniesienie społeczności istniejącej wcześniej, czy po prostu nie było innego wyjścia, by się z wami skomunikować inaczej niż drogą cyfrową?

I to, i to. Rzeczywiście, są widzowie, których kojarzę, bo odzywają się niemal pod każdym postem, oglądają wszystkie nasze tytuły, są z nami na bieżąco. Pojawiło się również dużo nowych osób, szczególnie po wielkanocnym pokazie rejestracji Danuty W.

Temu chciałbym za moment poświęcić osobną uwagę.

Stali widzowie przenieśli się do sieci, bo tęsknili za nami. W kwietniowej rozmowie z tobą Łukasz Kustrzyński z Teatru Ateneum powiedział, że działania w sieci są po części nietrafione, bo pracownicy teatrów nie dostali czasu, by poddać je jakiejkolwiek refleksji. Zgadzam się z drugą częścią stwierdzenia Łukasza: rzeczywiście, nie było czasu na namysł. Jednak w takiej sytuacji nie ma na co czekać, trzeba pracować z tym, co jest, postępować intuicyjnie. Uważam, że nasze działania w Internecie były bardzo potrzebne właśnie takie, jakie były możliwe w danej chwili. Mamy wierną publiczność i staraliśmy się utrzymać z nią kontakt.

fot. Kasia Chmura-Cegiełkowska

W jaki sposób?

Do wszystkich współpracujących z nami aktorów, czyli prawie czterystu osób, rozesłaliśmy prośbę o przysłanie zdjęć, filmików, nagrań – czegokolwiek, co można by umieścić w sieci jako oryginalne, skierowane do widzów treści. I okazało się, że widzowie czekali na ten kontakt. Ani razu nie miałam poczucia, że wrzucane są przypadkowe materiały, żeby cokolwiek się pojawiło. Ludzie prosili, by pozdrowić aktorów, widziałam nawet, że w dyskusję z widzami włączył się np. oficjalny fanpejdż aktora – te treści działały i miały sens. Gdyby tak nie było, to byśmy tego nie robiły. Pani Krystyna Janda też przez pewien czas dzień w dzień czytała wiersze.

Przede wszystkim Jarosława Mikołajewskiego.

Tak, to jest związane z nadchodzącą premierą: w grudniu planujemy pokazać Aleję Zasłużonych, inscenizację jego utworu. Zaś jeśli chodzi o nagrania od aktorów, nie daliśmy jasnej wskazówki, co by to miało być. Wszystko, co zostało opublikowane, to autorskie pomysły: pozdrowienia, czytane wiersze…

… albo utwory napisane specjalnie dla Was, jak to się stało w przypadku Artura Barcisia.

To był bardzo popularny post, z dużymi zasięgami. Przyznaję, nie było nad tym wielkiego namysłu. To się po prostu działo. Wspominaliśmy o spektaklach Teatru Telewizji i filmach z panią Krystyną Jandą w obsadzie, gdy akurat pojawiały się w telewizyjnej ramówce. Chcieliśmy pokazać, gdzie można zobaczyć naszą założycielkę gdy nie można jej zobaczyć na teatralnych deskach.

Gdy tylko zapadła decyzja o lockdown, czytania poezji, baśni czy innych utworów zalały teatralny Internet. U was jednak nie było tego wiele, poszliście inną drogą i np. szybko wystosowaliście komunikat, że w związku ze złożonymi kwestiami prawnoautorskimi nie udostępniacie nagrań przedstawień, za wyjątkiem tych przygotowanych na platformę TheMuBa. Jak sobie więc radzi w takiej sytuacji administratorka strony na Facebooku?

Zaczęliśmy od burzy mózgów. I tak powstał na przykład cykl „Dawno się nie widzieliśmy”, poświęcony naszym aktualnym, nie granym w tym czasie z wiadomych powodów przedstawieniom. Nie spodziewaliśmy się, że wzbudzi on wielkie zainteresowanie, ale okazało się, że widzowie po prostu tęsknią za spektaklami. Nie wiem czy wiesz, ale mamy widzów, którzy przychodzą na nasze sztuki po wielokroć, są osoby, które np. oglądają prawie każdy pokaz Shirley Valentine. Pewnie stąd te żywiołowe reakcje. W cyklu „Kartka z kalendarza” z kolei wspominaliśmy przedstawienia, które danego dnia miały premierę lata temu w naszych teatrach. Także i te wspomnienia spotykały się z żywymi reakcjami, anegdotami z tych premier, przypomnieniem, że na pokazie tego czy innego tytułu ktoś się zaręczył itd. Widzowie naprawdę żyli tym, co wrzucaliśmy.

Czy jest zasada, którą kierowaliście się w przygotowywaniu treści dla Teatru Polonia i dla Och-Teatru, różnicując charakter obu miejsc? Wykonując „prace archeologiczne” i przygotowując się do tej rozmowy odniosłem wrażenie, że Och częściej proponował treści od artystów, Polonia z kolei mocniej stawiała na komunikację i informację.

To ciekawe, że nasze spontanicznie tworzone treści ktoś bada jak archiwum… Najogólniej mówiąc: strategia komunikacyjna obu teatrów jest spójna, chcemy, by były ze sobą kojarzone, by wybrzmiał komunikat, że są prowadzone przez Fundację Krystyny Jandy Na Rzecz Kultury. Zresztą prawie wszyscy pracownicy pracują w obu teatrach, nasz dział biuro ma w Polonii, ale często jesteśmy w Ochu. W komunikacji na Facebooku na przykład zwracamy uwagę na kolorystyczne rozróżnienie serduszek: żółte i czerwone serce to identyczne w formie, ale różne w kolorze grafiki, które funkcjonują jako loga obu teatrów. W postach Teatru Polonia dajemy czerwone serduszka, dla Och-Teatru z kolei – żółte. I widzowie robią to samo w komentarzach. Możliwe, że na stronie Ochu było więcej filmików aktorskich, bo pracuje tam więcej aktorów niż w Polonii, w Ochu gramy więcej tytułów. Materiały od aktorów przypisywane były do fanpejdża związanego z teatrem, w którym dany aktor grał. Stąd pewnie wzięła się różnica, którą zaobserwowałeś, jednak nie była ona zamierzona. Polonia też silniej jest kojarzona z Fundacją, Och-Teatr jest młodszy.

Przy okazji każdej informacji o luzowaniu obostrzeń miałam mnóstwo zapytań od mediów o nasze plany. Jakby wszyscy czekali na nasz ruch, jakby czekano, że Polonia i Och zaczną

I spektakl z Polonii właśnie, czyli Danuta W., stał się waszą jedyną propozycją prezentowaną on-line. Oglądając pokaz w Internecie odniosłem wrażenie, że nagranie nie zostało wykonane tylko do archiwum, że nadano mu wyraz artystyczny poprzez zabiegi stricte filmowe. Skąd ten pomysł? Czy nagranie od początku powstało jako przeznaczone do publicznego pokazu?

Zasadniczo zgadzam się z opiniami Łukasza Kustrzyńskiego o rejestracjach spektakli, którą wyraził w rozmowie z tobą. Było ich dla mnie za dużo w trakcie pandemii. Na początku lockdown sama postanowiłam nadrobić zaległości za pośrednictwem transmisji, ale już po obejrzeniu kilku nagrań byłam zmęczona, nie czułam energii i emocji scenicznych. Temat udostępniania naszych nagrań w sieci pojawił się, gdy tylko zrozumieliśmy, że zamknięcie teatrów potrwa dłużej niż dwa tygodnie. Nigdy nie robiliśmy profesjonalnych nagrań przedstawień, nie licząc tych wykonanych dla platformy TheMuBa czy do telewizji. Stwierdziliśmy, że nie będziemy marnować energii spektaklu i jego mocy artystycznej pokazując niedoskonały zapis techniczny. Dlatego bardzo ucieszyła mnie ostateczna decyzja dyrekcji, że, owszem, udostępnimy przedstawienie w Internecie – robiąc to raz a dobrze. Wyjaśniając twoje wątpliwości: zapis Danuty W. jest nagraniem technicznym, które postanowiliśmy trochę „podrasować”. Popracowaliśmy nad projekcjami, które są jego integralną częścią, udoskonaliliśmy nagranie dodając elementy w postprodukcji. Uznaliśmy, że akurat ten spektakl, mówiąc kolokwialnie, „da radę”. A to z dwóch powodów: po pierwsze jest to monodram, więc nie ma dynamicznej akcji scenicznej, słabo czytelnej w rejestracji, a po drugie: na scenie jest tylko pani Krystyna Janda (a w tle muzycy). Uznaliśmy, że to wystarczy: na nagraniu aktorkę dobrze widać i słychać, do tego odrobinę pomanipulowaliśmy projekcjami – i udało się.

Ja odebrano nagranie?

Efekt był piorunujący. Poprzedziliśmy pokaz kampanią promocyjną, media rozpisywały się o naszym widowisku. Wiesz, to jest przedstawienie, które już zeszło z afisza: było grane od października 2012 do stycznia 2020 i pokazaliśmy je 174 razy. Mimo to wiele osób nie zdążyło go zobaczyć: już po pożegnaniu z tytułem widzowie pisali do nas prosząc o choćby jeden dodatkowy spektakl, deklarowali, że przyjadą z zagranicy, byle tylko zasiąść na widowni. Nie było jednak takich planów. A transmisja cyfrowa zadziałała. Pokazaliśmy Danutę W. w Poniedziałek Wielkanocny. Po podliczeniu liczby odtworzeń na Facebooku i na vimeo ustaliłam, że nagranie odtworzono 18 000 razy. Co do liczebności publiczności to np. tylko w mojej rodzinie przed komputerem zasiadło tego dnia pięć osób, więc ostateczna liczba widzów tego wieczoru jest niewymierna. Otrzymaliśmy w trakcie pokazu mnóstwo dobrej energii: pojawiły się komentarze od m.in. zagranicznej Polonii, nadchodziły pozdrowienia z całego świata. Blisko północy, czyli pory zdjęcia nagrania z sieci, zaczęli się odzywać widzowie, którzy dołączyli do nas później i nie zdążyliby obejrzeć spektaklu do końca. Błyskawicznie więc zapadła decyzja o przedłużeniu dostępu do nagrania do pierwszej czy drugiej w nocy. Do końca siedzieliśmy przed komputerem odpowiadając na komentarze publiczności. Myślę, że to był strzał w dziesiątkę.

To jednak nie koniec waszej obecności w wirtualnym świecie, prawda? Otrzymaliście grant w ramach programu Kultura w sieci na wykonanie profesjonalnego nagrania dwóch przedstawień z bieżącego repertuaru.

Zgadza się. I choć nie dostaliśmy pełnej wnioskowanej kwoty, to nagrania są zaplanowane, w uboższej formie i przy uprzejmości artystów oraz realizatorów. Odbędą się jutro i pojutrze (22 i 23 czerwca). Rejestrujemy Pana Jowialskiego Aleksandra Fredry w reżyserii Anny Polony i Józefa Opalskiego oraz Na czworakach Tadeusza Różewicza w reżyserii i z udziałem Jerzego Stuhra. Planowany termin umieszczenia nagrań w sieci to lipiec tego roku.

Lipiec wam chyba niestraszny, bo gracie całe wakacje, prawda?

Tak, mało tego: „Gramy całe wakacje” to nasze letnie hasło. Zresztą nie tylko gramy, również planujemy premiery.

Czy to będzie Minetti. Portret artysty z czasów starości, którego próby pandemia przerwała na samym ich początku? Post ze zdjęciami z pierwszej próby pojawił się tego samego dnia, w którym zapadła decyzja o tym, że teatry będą zamykane, czyli 11 marca.

Tak było. Pamiętam nawet, że pomyślałam wtedy, że źle zrobiłam tak pospiesznie wrzucając świeże zdjęcia z pierwszej próby, gdy zamknięcie teatrów wisiało na włosku. Ale z drugiej strony pokazuje to również, jak dynamiczne było to, co się działo, w jakiej niepewności wszyscy byliśmy. W trakcie pandemii odwołaliśmy w sumie cztery premiery, w tym Oszustów w reżyserii Jana Englerta, premierę zaplanowaną na 19 marca, a zatem raptem tydzień przed pokazem premierowym. Ten spektakl ostatecznie pokażemy jesienią, w czerwcu odbędą się pokazy przedpremierowe. Próby Minettiego… zostały przerwane, nie umiem ci powiedzieć, kiedy ta premiera się pojawi, zapewne w przyszłym roku – pierwotnie zaplanowana była na 7 maja. Ale za to 24 lipca w Polonii pokażemy Cwaniary – to premiera przeniesiona z początku kwietnia, spektakl wyczekiwany przez widzów, w którym pojawią się warszawskie ballady podwórkowe w aranżacjach Janka Młynarskiego, będą śpiewające aktorki, a magnesami dla widzów mają być również reżyserka – Agnieszka Glińska oraz autorka tekstu – Sylwia Chutnik. Z kolei 16 lipca w Och-Teatrze będzie miał miejsce premierowy pokaz Wspólnoty mieszkaniowej w reżyserii Krystyny Jandy, przeniesiony z początku czerwca. Ruszyliśmy z próbami – w maseczkach! – do tego tytułu w trakcie pandemii, gdy tylko było to dozwolone.

fot. Katarzyna Kural-Sadowska

To na pewno skomplikowane, by zgrać zajętości wszystkich wykonawców.

U nas szczególnie: jako teatr prywatny nie mamy aktorów na etacie. Organizacja pracy artystycznej to rzeczywiście niezwykle trudna sprawa. Gdy tylko pojawiła się informacja, że od czerwca wznowiona zostanie praca nad filmami i serialami uruchomiliśmy próby, bo inaczej nie mielibyśmy aktorów. Przyznam, że próby w maseczkach, gdy każdy siedział przy osobnym stoliku w kawiarni w Och-u, wyglądały „i straszno, i śmieszno”. Nie było jednak innego wyjścia. Nie gramy za to w tym roku naszych tradycyjnych spektakli plenerowych. Nie dostaliśmy na nie dofinansowania, co odczytuję jako swoistą ironię losu – teraz pokazy plenerowe stały się przecież najbezpieczniejszą formą teatralną. Zachowamy je częściowo: odbywać się będą raz w tygodniu w Centrum Praskim Koneser, które nas zaprosiło. Będzie to namiastka naszych corocznych działań wakacyjnych na Placu Konstytucji i przed Och-Teatrem. Oczywiście, będą to pokazy bezpłatne i otwarte, choć nadal nie wiadomo dla ilu widzów.

Zapotrzebowanie na teatr nie gaśnie, widzowie potwierdzili to w swych komentarzach, gdy ogłosiliście powrót do grania offline, 12 czerwca w Och-u i 13 czerwca w Polonii. Zapewne ekonomicznie to się nie opłaca, choć też trzeba wrócić do pracy bez względu na koszty.

Trochę nie ma wyjścia: trzeba zachować i pielęgnować w widzach nawyk chodzenia do teatru. Oczywiście mamy świadomość, że wielu widzów ma teraz na głowie inne sprawy. Niektórzy stracili pracę. Dla nas granie bywa nieopłacalne, ale trzeba grać, gdy jest zapotrzebowanie. W Fundacji decyzje zapadają szybko i nasza publiczność zdaje się to wyczuwać. Pierwszego dnia po ogłoszeniu poluzowania obostrzeń przed naszą kasą pojawiło się kilkoro widzów, żeby kupić bilety.

Niesamowite!

A kasy były zamknięte, oczywiście! Byłam naocznym świadkiem informowania tych osób, że dopiero przyszła informacja z centralnego szczebla, że jeszcze niczego do końca nie wiemy, że to jeszcze nie jest ten moment. Ostatecznie zagraliśmy niecały tydzień po umożliwieniu otwarcia teatrów przez władze centralne. Rozpoczęliśmy Upadłymi aniołami w Ochu oraz Zapiskami z wygnania w Polonii, czyli mocno. Zależało nam, by na starcie pojawiły się popularne spektakle.

I to chyba zadziałało, bo fakt, że wracacie do pracy na scenie, przebił się do mediów.

Prawdę mówiąc przy okazji każdej informacji o luzowaniu obostrzeń miałam mnóstwo zapytań od mediów o nasze plany. Jakby wszyscy czekali na nasz ruch, jakby czekano, że Polonia i Och zaczną. Pewnie byliśmy jednymi z pierwszych, ale nie śledziłam tego. Skupiłam się na zakomunikowaniu uruchomienia naszych scen tuż po tym, jak zapadła decyzja o ich odmrożeniu. To był piątek po południu, gdy ta decyzja została podjęta, ale to nie było ważne. Trzeba było informować szybko, tak wtedy myślałam. Zresztą w tym czasie mało kto ruszył, jak się okazało. Gdy teraz o tym myślę, to sensacją stało się, że uruchomiliśmy granie, że ruszyliśmy „pełną parą”; pojawiały się w innych placówkach otwarte próby czy spektakle plenerowe, ale do regularnego grania scenicznego chyba wróciliśmy jako liderzy.

A jak myślisz, czy COVID-19 i cała sytuacja, w której zresztą wciąż bierzemy udział, będą mieć wpływ na myślenie o repertuarze czy strategie ekonomiczne teatrów?

Trudno to ocenić. My widzimy olbrzymią tęsknotę za teatrem. Bieżąca sytuacja jest odbiciem wcześniejszej: na najpopularniejsze spektakle mamy tłumy, na mniej popularne – mniejsze tłumy. Oglądanie spektakli w maseczkach jest wyzwaniem: sama oglądałam w ten sposób nasze przedstawienie i było to z początku bardzo trudne, dopiero gdy się wkręciłam w akcję, zapomniałam o maseczce. Moim zdaniem – jeśli wszystko wróci do normy to… wszystko wróci do normy. Publiczność jest nam wierna i myślę, że gdy minie lęk i niepokój, wróci do nas. Czy pandemia będzie miała wpływ na repertuar? Nie sądzę. Nasze spektakle nadal będą u nas grane, premiery idą według planu. Co do innych teatrów – nie jestem w stanie tego przewidzieć.

21 czerwca 2020

Tytuł oryginalny

OTUCHA. Z Klaudyną Desperat, kierownikiem działu komunikacji w Fundacji Krystyny Jandy Na Rzecz Kultury, pracownicą Teatru Polonia i Och-Teatru, rozmawia Hubert Michalak w cyklu ROZMOWY NA CZAS KWARANTANNY

Źródło:

Teatrologia.info

Link do źródła

Autor:

Hubert Michalak

Data:

02.07.2020

Tematy w toku