11.07.2020, 21:28 Wersja do druku

Wyjdź z domu

Marek Kościółek i Jakub Kornacki w "Próbach Józefa K.", Teatr Gdynia Główna, fot. Grzegorz Kujawiński

Wielu się zastanawia, jak po takiej systemowej traumie nakazów i zakazów, po męczących uszy komunikatach, mamy się na nowo OTWORZYĆ?. Myślę, że mądry i przenikliwy człowiek nigdy się nie da do końca zamknąć, bo to jest wbrew jego ludzkiej naturze. Może to zrobić tylko na własne życzenie z poczucia obowiązku, odpowiedzialności, albo z potrzeby własnej - pisze Marek Kościółek z Teatru Krzyk w Maszewie.

 Właśnie trwałby KONTRAPUNT w Szczecinie, a ja z moimi serdecznymi przyjaciółmi z Zachodniopomorskiej OFFensywy Teatralnej, współtworzyłbym program OFF tego Festiwalu. Ba, nawet grałbym na tegorocznej odsłonie i próbował żyć życiem Józefa K. w spektaklu realizowanym w Teatrze Gdynia Główna. Niestety tryb przypuszczający ostatnio dominuje w naszym życiu mocno. Ale my jesteśmy gdzie indziej. A jeśli gdzie indziej, to nie tam, gdzie planowo powinniśmy być. Czy to lepiej? Myślę, że o tym, co jest w tym czasie lepsze, a co gorsze, można by się wypowiedzieć w zależności od tego, czym ten czas jest dla każdego z nas z osobna. Jestem pewien, że wielu z nas zdążyło już zadać sobie to pytanie nie raz. Odpowiedzi zależne będą chociażby od tego, czy robimy wystarczająco dużo, by się dobrze ze sobą czuć. Nie z kimś, ale właśnie ze sobą. Łatwo napisać, gorzej zrealizować. To fakt, jak zapewne i to, że ten czas uświadamia dobitnie ludziom kultury, jak łatwo sztukę sprowadzić do potrzeby ostatniej, tej prawie niezauważonej w potrzebach zatrzymanych z konieczności wszystkich ludzi. Ta oczywistość może przyprawiać o zawrót głowy. Ale czy warto się tym przejmować? Nie warto, wystarczy świadomość. Bo czy jest o co walczyć? Ciągłe pytania, jak w teatrze alternatywnym - indywidualnie lub zespołowo, samotnie albo z grupą.
Trzeba przyjąć do wiadomości fakt, że zamknęli nas, jak jakieś ładne tłuste stado środkowoeuropejskich owieczek. W zasadzie sami się z racji samodyscypliny, strachu, nieznanego, a może i ze zwykłego szacunku do Państwa i drugiego człowieka zamknęliśmy. „No to się teraz otwórzcie”. Mógłby ktoś mądry rzec z boku patrząc tak na nas z politowaniem. No pewnie, ale jak? „…Niech on powie? Ja? Czemu ja, to on…” – świadomie cytuje ten bliski mi parobkowy dialog „Zabawy” Mrożka, bo jej autor może potrafiłby trafnie nazwać to, w czym obecnie jesteśmy. A taki Lem? Jakby wrócił teraz na chwilkę i spojrzał na ludzi? To co by pomyślał i jaka byłaby jego pierwsza myśl? Może taka, że chyba jakaś inna cywilizacja „odcięła ludzkości na chwilkę rozum”. E tam Lem, co by rzekł na to wszystko Kantor? Że bodaj sczeznę ( liśmy ) do reszty?
Wielu się zastanawia, jak po takiej systemowej traumie nakazów i zakazów, po męczących uszy komunikatach, mamy się na nowo OTWORZYĆ?. Myślę, że mądry i przenikliwy człowiek nigdy się nie da do końca zamknąć, bo to jest wbrew jego ludzkiej naturze. Może to zrobić tylko na własne życzenie z poczucia obowiązku, odpowiedzialności, albo z potrzeby własnej. A pytanie, jak się daliśmy zamknąć zostawiam dla socjologów. Na przykład dla magistra socjologii i pedagogiki w jednym: Marcina Pławskiego. Albo dla pedagożki i magister sztuki Anny Giniewskiej. Brawo dla tych, którzy połączyli te nazwiska plus to jedno piszącego te słowa. Czyli może teatr nam odpowie? Nie byłbym tego taki pewny. Za wielu będzie próbowało i grozi to tym, że wyjdzie tak, jak próby przeniesienia teatru z życia do sieci. Jakoś bez chemii.
A pytań jest przecież jeszcze więcej. Na przykład to, jacy będziemy po tym naszym powrocie, który już przecież powoli w naszych głowach następuje. Ale co to w ogóle znaczy wrócić i do czego? Do siebie? Od siebie się nie ucieka, co najwyżej siebie się zatraca.
Ogarnęły nas zewsząd nie tylko tarcze, postojowe, psychograntozy, wirtual live-y, maseczki, czy środki czyszczące, ale próbuje nas również ogarniać, bardzo skutecznie zresztą Stan Obłędu Wyjątkowego. I to nie jest Witkacy. To jest niestety nasza rzeczywistość i nasza bojaźń połączona z niepewnością i strachem o jutro. Dlatego tak bardzo w cenie dzisiaj jest własna przestrzeń. Ludzie zdali sobie dobitnie z tego sprawę, że miasto jest dobre jak wszystko wokół jest dobre. Dlatego ubogaceni są Ci, którzy mają własne „przestrzenio-wolności”. I wcale nie chodzi tylko o te z cegły, czy z drewna. Dlatego tak często powtarzam młodym osobom, by tworzyli własne przestrzenie, szczególnie te wewnętrzne. Dzięki nim nikt i nic Was nie zamknie. A budowle, czy różnego rodzaju Ośrodki? No cóż, jeśli nie własne, to nigdy nie masz pewności, że jak przyjdzie na przykład inna, czyli mniej sprzyjająca dla Ciebie władza, to ich Ci nie zabierze.
W tym czasie radzimy sobie na tyle, na ile umiemy. Uczestniczymy w tym niezbędnym do życia akcie powagi i sytuacji, poddając się chorobliwemu wyczekiwaniu. Odwołaliśmy, w mniejszym stopniu poprzekładaliśmy na inne czasy, spektakle, festiwale, wydarzenia, warsztaty, czy ważne dla nas spotkania artystyczno-edukacyjne. Słowem gramy, jak przystało na dobrze wyszkoloną orkiestrę z niewidzialnym dyrygentem. Dlatego mimo Cervantejskiej nuty, tak bardzo cenię te młode, zbuntowane, brudne i niszowe teatry ( a tych naprawdę nie ma wielu w tym kraju), które mimo wszystko robią swoje na przekór wszystkiemu . Mają ten żar w sobie i wielką potrzebę bycia razem i ze sobą mimo wszystko. Każdy, kto był w takiej grupie, to wie o czym piszę. Jako nieliczni w tym kraju, (zwracam się teraz do tych grup), nie macie podpisanej umowy z miastem, nie jesteście umoczeni nakazami premierów, ministrów, burmistrzów, sanepidów, prezydentów, wójtów i innych. Więc róbcie to, co kochacie. Bo to co robicie mimo, że dalekie od estetyki i wiedzy, jest po prostu Wasze, prawdziwe i jest ważne.
A inni? Im pozostanie tylko wyczekiwanie na czas, w którym szanowni decydenci powiedzą wbrew oczywiście zaleceniom „bezmaseczkowego” i zmęczonego ministra zdrowia, że „JUŻ MOŻNA”. Odbędzie się to na ostatniej, czyli 1275 konferencji. Zabrzmi za chwilę „Tak, przyszła kolej na Was. Co prawda jesteście na końcu stawki, ale jednak jesteście. Brawo, brawo, brawo.” Ale zostawmy to, bo nie mamy na to wpływu, no chyba, że ktoś chce się kopać sam ze sobą.
My skupmy się na tym, co istotne, czyli na nas samych, na naszych wnętrzach, posłuchajmy siebie. Bo my, czyli Ci, którzy pracują i cenią sobie kontakt drugim człowiekiem, posiadamy obecnie coś, co może okazać się w przyszłości nasza siłą, ba naszą wielką TARCZĄ. Tym czymś jest Tęsknota. Tak, jej wartość nabrała smaku. Tak mało zauważalna w codziennym życiu, jest bardzo niewinna i piękna, bo budzi się w naszych zakamarkach mocno, jakby przez lata uśpiona wiecznym chaosem i hałasem świata. Wyciszenie jej sprzyja, zatrzymanie również, bo okoliczności sprawiają, że ona unaocznia w nas dobitnie to, co prawdziwe i ważne. Ukazuje nam innych ludzi, jako akt współistnienia i wzajemnego przeżywania. Nie zapomnijmy tego stanu, bo może szybko nie wrócić. Niektórzy powtarzają, że po POWROCIE będziemy inni, może lepsi. Ciekawe co to znaczy, ale może faktycznie będzie w nas coś z aury Lorda Jima, obyśmy tylko nie musieli dokonywać takich wyborów jak on, tylko jeszcze długie lata rozpamiętywali w żywej pracy z innymi ludźmi ten stan, którego jesteśmy obecnie świadkami.



Źródło:

Materiał nadesłany

Autor:

Marek Kościółek

Tematy w toku