10.08.2020, 13:08 Wersja do druku

Potknięcia w podróży

Książę i król Magdaleny Mrozińskiej w  reż. Artura Dwulita w Akademii Sztuk Teatralnych  we Wrocławiu. Pisze Hubert Michalak w portalu Teatrplogia.info

Początek dyplomowego przedstawienia Książę i król w reżyserii Artura Dwulita to układ ruchowy wszystkich aktorów (choreografia: Tomasz Graczyk), wcześniej siedzących i stojących w białych mansjonach zamykających scenę. Reżyser wydaje się kłaść tym nacisk na zespołowość działania – słuszną zresztą w dyplomie aktorskim. Chwilę później rozpoczyna się opowieść już w żaden sposób do choreografii otwierającej nieprzymocowana. Król Jerzy (Piotr Starczak) i pozbawiona imienia Królowa Matka (Anna Karbowiak) pragną syna. Król wybiera się po niego we śnie (?). Udaje mu się zainteresować sobą jedno z dzieci oczekujące na rodziców w limbo mającym kształt sklepu z dziećmi, które dopiero się urodzą, a po którym oprowadza Króla Wielka Czarodziejka Z Kresów Wód (Patrycja Szindler). Król wybiera rezolutnego Filipa (Jakub Szlachetka), a właściwie to Filip wybiera sobie Króla, skuszony obietnicą czerwonego konika, którego ma dostać na piętnaste urodziny. Konik ten, fizycznie na scenie jest to czerwony rower, staje się przyczyną rozpoczęcia przedziwnej podróży chłopca, w trakcie której – przynajmniej teoretycznie – bohater zmienia się i dociera do swojej nowej, już dojrzałej, natury.

Perypetii w spektaklu jest mnóstwo. Epizodyczna struktura historii, choć inspirowana Bajką o księciu Pipo, księżniczce, Popi i koniu Pipo Pierra Gripariego, nie chwyta świeżości oryginału. Gdyby Książę i król był warsztatem aktorskim, wypadałoby tylko przyklasnąć widowisku stwarzającemu młodym aktorkom i aktorom przestrzeń do prezentacji umiejętności. Jako dyplom jednak ma uchybienia.

Przede wszystkim – kuleje opowiadana historia. Podróż bohatera powinna poprzez starcia z przeszkodami, spotkania z przyjaciółmi i konfrontacje z wrogami doprowadzić do przemiany, zgodnie z fundamentalną dla współczesnych pisarzy teorią monomitu J. Campbella. W finale spektaklu okazuje się, że przeżycia Filipa były podróżą ku samostanowieniu – „główną treść/mamy sami nieść./Mamy sami decydować/jak budować/świat”, śpiewają bohaterowie w zakończeniu. Trudno jednak zrozumieć, po co wydarzyła się cała opowieść, skoro Filip już na początku był rezolutnym dzieckiem i nawet przed narodzeniem (w sklepie z dziećmi, które dopiero się urodzą) bez kłopotu sam decydował wybierając, z którymi rodzicami chce spędzić życie. Bohater, owszem, przeszedł szereg przygód, ale z punktu widzenia opowiadanej historii były one… niepotrzebne, bo nie zbudowały jego przemiany. Samodzielność decyzyjna jako temat całego spektaklu potyka się również o przypadki i zbiegi okoliczności, którymi wypełniona jest fabuła. Konia z rzędem temu, kto wyjaśni, w jaki sposób ma się kształtować charakter, kiedy to nie jego cechy decydują o przebiegu akcji a losowe wydarzenia. Na scenie pojawiają się postaci i rekwizyty o sile symbolu (np. zbyt ciężki plecak Filipa czy Kobieta z Ekranu – w tej roli Patrycja Szindler). Potencjał tych bohaterów czy obiektów jest jednak niewyzyskany, pojawiają się i znikają bez celu, puenty i potrzeby. Do tego poszczególne sceny nie mają łączników. Niedostatek ten zacierają choreograficznie opracowane zmiany scenografii, od strony treści jednak taka epizodyczna struktura domaga się dopełnienia i ciągłości, szczególnie dlatego, że powstało przedstawienie dla dzieci, nie może więc poziomem skomplikowania odstręczać młodych widzów. Tymczasem postaci często nie przedstawiają się z imienia, zatopione są w mroku, trudno więc podążać za twarzami wykonawców, pojawiają się na jedną scenę i nic z nimi dalej się nie dzieje. Magdalena Mrozińska napisała tekst niedobry, zbyt złożony lub zbyt uproszczony, zależy jak na niego spojrzeć. Do tego nie do końca przystaje on do tytułu – Król Jerzy w pewnym momencie znika ze sceny i trudno uzasadnić jego tytułową obecność. A dramatowi nie pomaga inscenizacja.

Słaby tekst idzie w parze z nie najlepszą reżyserią (Artur Dwulit). Przedstawienie pozbawione jest rytmu, długie zmiany scenografii, na tle zawsze takiej samej niepokojącej muzyki (muzyka: Marcin Nagnajewicz), nie zbudują napięcia scenicznego. Dwulit, jak się zdaje, nie dostrzegł też niedoskonałości aktorskich pozwalając np. Piotrowi Starczakowi wszystkie role grać na nucie agresji: bez względu czy chodzi o scenę rodzinną, czy wspólnie śpiewaną piosenkę, aktor ma pewien niepokojący naddatek obecny w ruchu, tonie głosu, nerwowym spojrzeniu. Dwulitowi zdecydowanie udało się przygotowanie scen zbiorowych, mądrze zagospodarowujących przestrzeń. Jednak brak szczegółowej interpretacji postaci i uważnej lektury całej sztuki sprawił, że reżysersko mamy do czynienia z nie najlepszym szkicem interpretacyjnym.

Na szczęście aktorzy weszli w chybotliwą opowieść z własną energią i to, co nie do końca na scenie wyszło, starali się ratować żywiołowością i talentem.

Prym wiedzie Anna Karbowiak, która w roli Królowej Matki utrzymuje zdyscyplinowaną formę, a jednocześnie daje postaci ciepło. Przywołując standardy XIX-wiecznego emploi można powiedzieć, że świetnie realizuje typ komicznej matki. Z kolei w roli Szczura oprowadzającego Filipa po bibliotece Karbowiak uderza w zupełnie inne tony budując charakterystyczną postać zrzędliwego bibliotekarza środkami bardziej fizycznymi. Z kolei nierówny, zanurzony w dramaturgicznym chaosie Filip w wykonaniu Jakuba Szlachetki, to postać z wielkim, ale niewykorzystanym, potencjałem. Wydaje się, że zabrakło mu uwagi reżyserskiej, żeby z trudnej i źle napisanej roli ocalić i przekazać najistotniejsze elementy, może jednak kolejne przedstawienia przyniosą rozwój tego bohatera. W drobnej, ale kluczowej dla przebiegu akcji, roli Lili zwraca uwagę Marcelina Kieres. Aktorka wycisza swą postać i tonuje ją, pozwalając innym bohaterom wydobyć się na pierwszy plan. To rzadka umiejętność również dlatego, że siłą rzeczy usuwa wykonawcę w cień. Kieres potrafi zdobyć się na to, by zrezygnować z eksponowania siebie dla dobra przedstawienia.

Osobnym bohaterem spektaklu jest plastyka sceniczna (scenografia: Martyna Štěpán- Dworakowska). Wysmakowaną prostotę przedstawienia uzupełniają nieliczne kolorowe elementy, a mobilna scenografia i zunifikowane kostiumy nie odwracają uwagi od (nielicznych) lalek.

Szkoda, że młodym aktorom przyszło grać dyplom tak niedobrze napisany i przeciętnie wyreżyserowany. Całe szczęście, że siła zespołowości i energia włożona w sceniczną pracę przynajmniej w części wynagradzają niedostatki spektaklu.

Książę i król Magdaleny Mrozińskiej, Akademia Sztuk Teatralnych w Krakowie – Filia we Wrocławiu, reż. Artur Dwulit, prem. 31 lipca 2020

Tytuł oryginalny

Potknięcia w podróży

Źródło:

www.teatrologia.info

Link do źródła

Autor:

Hubert Michalak