07.09.2020, 18:59 Wersja do druku

Stalker mecenasa Kraykowskiego

mat. teatru

"Tancerz" według "Tancerza mecenasa Kraykowskiego" Witolda Gombrowicza w reżyserii Kingi Dębskiej w Teatrze Powszechnym im. Jana Kochanowskiego w Radomiu. Pisze członek Komisji Artystycznej Konkursu "Klasyka Żywa" Zenon Butkiewicz.

Pierwszy polski utwór literacki na temat stalkingu? Tego nie wiem, być może tak. Natomiast reżyserka Kinga Dębska w programie spektaklu tak właśnie określiła temat i zarazem współczesny problem, który dostrzegła w dziełku Gombrowicza Tancerz mecenasa Kraykowskiego. Opowiadanie jest znakomite. Nie tylko skrzy się dowcipem i jest nasycone absurdalnym humorem, dostrzeżemy w nim także wątki, które znajdą rozwinięcie w przyszłej twórczości pisarza. Przyszłej, bo to przecież jeden z pierwszych utworów opublikowanych przez Gombrowicza. Czując się poniżonym przez mecenasa Kraykowskiego podczas incydentu przed kasą teatralną, bohater opowiadania, ów tytułowy tancerz, postanawia dokonać zemsty na człowieku, który go lekceważąco potraktował. Ponieważ jednak dostrzega wyższość mecenasa, obiera zgoła nieoczekiwane, z pozoru absurdalne środki. Zaczyna śledzić Kraykowskiego, bywać w miejscach, które on odwiedza ze swoim towarzystwem, wielokrotnie kłaniać mu się i przedstawiać. Wreszcie posuwa się do sprowokowania Mecenasa do nawiązania romansu z atrakcyjną Doktorową. Fabuła prosta, jako się rzekło, dowcipnie napisana ze szkicowo, ale czytelnie zarysowaną w tle atmosferą lat międzywojennych.

Sposoby zachowania, którymi bohater opowiadania osacza Kraykowskiego odpowiadają dzisiejszym kryteriom agresji interpersonalnej określanej jako stalking. Według polskiego prawodawstwa to „uporczywe nękanie powodujące uzasadnione okolicznościami poczucie zagrożenia lub istotne naruszenie prywatności”. Dzisiejszy stalker korzystający z poczty elektroniczną czy smsów ma o wiele bogatszy katalog możliwości niż bohater Gombrowicza. Niemniej kiedy do działań bohatera odniesiemy znamiona stalkingu, to intuicja Dębskiej okazuje się trafna. Tancerz mecenasa Kraykowskiego to opowieść o działaniach klasycznego stalkera, chociaż termin ten ukuty został znacznie później, dopiero w latach 80. ubiegłego stulecia.

Przeniesienie na scenę fabuły opowiadania nie nastręcza specjalnych trudności, poza jedną. Niestety dość zasadniczą. Akcji scenicznej w utworze może starczyć na 20, no może 30 minut. To o wiele za mało, nawet jak na spektakl małej formy. Dębska zdecydowała się natomiast na formę całkiem sporą. W tym celu sięgnęła po żelazny i zarazem niezawodny chwyt adaptacyjny utworów z międzywojnia, zapewniający przedstawieniu, zanim jeszcze kurtyna pójdzie w górę, powodzenie u publiczności. Sprawdzonym po wielokroć teatralnym wabikiem są oczywiście przeboje dwudziestolecia z piosenkami Ordonki na czele. Tekst Gombrowicza, rozłożony pomiędzy siedmioro wykonawców, został podany ze sceny w całości. W akcję wpleciono zestaw międzywojennych szlagierów takich jak Miłość Ci wszystko wybaczy, czy Każdemu wolno kochać z drobnymi aktualizacjami np. w postaci współczesnego rapu. Układy choreograficzne i aranżacje muzyki przywodzą na myśl chórki rewelersów z tamtego czasu.

Scenę zamyka deformująca kształty postaci ściana z luster. Każde z nich pełni także funkcję drzwi, przez które aktorzy wchodzą i wychodzą ze sceny. Na scenie po prawej widzimy łóżko będące przestrzenią bohatera, a po przeciwnej stronie kilka krzeseł i dwa stoliki konfigurowane w zależności od konkretnych rozwiązań sytuacyjnych (scenografia Natalia Kołodziej). Skąpana w czerwieni świateł scena nasuwa skojarzenia w najlepszym przypadku z kabaretem, chociaż w domysłach śmiało można pójść i krok dalej. Poza tekstem opowiadania trochę literackiej głębi dodała od siebie reżyserka, pisząc dialogi, które, wypowiadane przez dwoje aktorów, mają oddać myśli kłębiące się głowie stalkera.

W teatrze radomskim kurtyna na scenie kameralnej w górę nie idzie, bo jej tam po prostu nie ma, ale to wydaje się najmniejszym problemem tego przedsięwzięcia. Pierwsza scena opowiadania ma kluczowy charakter dla wszystkich działań bohatera. Mecenas Kraykowski stanowczym, można sobie wyobrazić, że władczym gestem, z wysoka, odsyła bohatera na koniec kolejki do kasy w momencie, gdy ten chce poza kolejnością kupić bilet. Elegancja i stanowczość Mecenasa tak dalece poniża bohatera, że nie potrafi zareagować w pierwszej chwili. Jednak w tym poniżeniu, w odczuciu bolesnej niższości, w niemożności odpowiedzi podobnym gestem bohater znajduje motywację do odwetu na Mecenasie. Tworzy bogaty katalog pomysłowych i zarazem wyrafinowanych działań. Jednak wszystkie sytuacje stwarzane przez bohatera rozgrywają się „na wysokościach”, bez dosłownej agresji, bez fizycznego zwarcia, właściwe bez jakiegokolwiek kontaktu fizycznego.

Dębska jednak tę pierwsza scenę każe zagrać aktorom niczym bójkę kibiców pod kasą na meczu piłkarskiej drużyny Radomiaka. Mecenas popycha i szarpie swego przyszłego prześladowcę, mało, iż nie zafunduje mu ciosu z „główki”. Po takim początku gdzież dalej znajdziemy motywacje i uzasadnienie dla finezji działań narratora, do coraz to nowych pomysłów osaczania Mecenasa? Przecież zaatakowany w ten sposób powinien oddać mu z „liścia” pod tąż kasą stadionową i sprawa między panami byłaby zakończona. Po cóż dalsze zabiegi, po cóż taniec wokół mecenasa. Finał spektaklu także koresponduje z finezją jego początku. U Gombrowicza Mecenas Kraykowski ukradkiem spotyka się z Doktorową w parku, by ledwie skraść jej namiętny pocałunek. W spektaklu zaś para kochanków odbywa na parkowych krzesełkach istną orgię seksualną z figurami. Ale powiedzmy, że to uwspółcześnienie sfery erotycznej nie ma wielkiego znaczenia, skoro sens całego spektaklu unicestwiony został znacznie wcześniej. Pomiędzy pierwszą i ostatnią sceną zobaczyliśmy aktorów, których śpiew nie jest mocną stroną.Takoż taniec dla większości z nich okazał się być sztuką niełatwą, ale trudno nawet ocenić czy większa była nieporadność wykonawców czy banał układów (choreografia Anna Bosak), które przyszło im wykonywać. Próby ucieczki w pastisz czy to w śpiewie, czy tańcu pogłębiały tylko wrażenie, że jeżeli teatr nie dysponuje aktorami obdarzonymi talentami wokalnymi i ruchowymi, to powinien wystawiać sztuki, w których po scenie się chodzi i mówi, i to najlepiej prozą. Wykonawca głównej roli, Mateusz Kocięcki, kiedy akurat nie śpiewał lub nie tańczył, to nadrabiał miną. W przypadku spektaklu Gombrowicza może to zabrzmieć jak komplement, ale tym razem komplementem nie jest. Natalia Samojlik pokazała, że posiada warunki do zagrania ponętnej Doktorowej. Pokazała, ale z nich nie skorzystała. Natomiast Mateusz Michnikowski w roli Mecenasa nie przyniósł wprawdzie wstydu znakomitemu nazwisku, ale jeżeli nadal będzie brał udział w tego rodzaju przedsięwzięciach teatralnych, to za kilka lat trudno będzie tę opinię podtrzymać.

Publiczność sobotniego spektaklu wypełniła szczelnie salę i biła brawa po każdym numerze wokalnym. Na zakończenie podziękowała aktorom. Aktorzy podziękowali publiczności. Bój się Boga, Mazurkiewicz!

***

Tancerz według Tancerza mecenasa Kraykowskiego Witolda Gombrowicza, reżyseria: Kinga Dębska, Teatr Powszechny im. Jana Kochanowskiego w Radomiu, premiera: 7 lutego 2020

Źródło:

Materiał własny

Autor:

Zenon Butkiewicz

Tematy w toku