01.08.2020, 14:11 Wersja do druku

Rekonstrukcja miłości

Dominik Werner/mat. teatru

"Życie intymne Jarosława" Magdy Kupryjanowicz i Michała Kurkowskiego w reż. Kuby Kowalskiego w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku. Pisze Aram Stern w Teatrze dla Wszystkich.

Szaleńcze zakochanie dojrzałego człowieka można przyrównać do kapitalnego remontu duszy, totalnej przebudowy nie tylko domu, ale i rewolucji w życiu jego współlokatorów. Stąd pierwsza scenografia umiejscowiona w odmienionej Malarni Teatru Wybrzeże nie jest pozostałością po remoncie tejże przestrzeni, lecz tłem akcji najnowszej premiery „Życie intymne Jarosława” w reżyserii Kuby Kowalskiego. Na rusztowaniach i podestach z rozpostartą folią przez autorkę scenografii, Kornelię Dzikowską, aktorzy „unoszą” się i „zniżają” uczuciowo, tak jak ma to często miejsce w związku niezwykle namiętnym dwóch osób, w jego skomplikowanej naturze. Wielowymiarowym, w którym nie tylko pochodzenie, pozycja społeczna czy finansowa, ale także duża różnica wieku pomiędzy kochankami – mają istotny wpływ na jego rozkwit lub mentalny uwiąd.  

Od obsesji namiętności, przez burzliwe rozstania zapieklone zazdrością, aż po najszczerszą empatię i utulenie w śmiertelnej chorobie – takimi barwami mieni się  prawdziwa miłość, zaprezentowana w spektaklu Kuby Kowalskiego. Wydawałaby się jednak kolejną emotywną opowieścią, gdyby była tak oczywista, ale w tej historii jest inaczej: umiera bowiem nie starszy partner, lecz jego o 30 lat młodszy kochanek. A właściwie już umarł w pierwszej, przepięknie deiktyczno-muzycznej scenie, w której zgrabnemu ciału Jerzego Błeszyńskiego (Jan Napieralski) tanatoaletę świadczy Dziad Szpitalny (świetny Robert Ciszewski). Ta przejmująca scena delikatnie wprowadza powoli zasiadającą „w kratkę” i „zamaskowaną” szczelnie publiczność w niezwykle oniryczny, poetycki świat wielkiej miłości Jarosława Iwaszkiewicza (Krzysztof Matuszewski). Poety, współtwórcy Skamandra, pisarza czterokrotnie nominowanego do literackiego Nobla, przedwojennego dyplomaty, uhonorowanego medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata za pomoc Żydom w czasie okupacji, wreszcie posła na Sejm PRL i redaktora naczelnego „Twórczości”.

Można by odnieść wrażenie, że spektakl wprowadza nas w jeden podrozdzialik z tego imponującego życiorysu, trwający raptem kilka lat w prawie 90-letnim życiu Iwaszkiewicza, u boku żony Anny (Anna Kociarz) i jeszcze wielu kochanków przed i po Błeszyńskim. Tyle że w korespondencji i z drugiego tomu „Dziennika” Jarosława wynika, (na nich Magda Kupryjanowicz i Michał Kurkowski wraz z reżyserem oparli m.in. scenariusz przedstawienia), że miłość do Jurka wręcz obezwładniła Jarosława w wieku średnim jak gołowąsa, sprawiając, iż tracił zupełnie dla niej rozum, miotając się pomiędzy rozwibrowaną osobowością ukochanego, uganianiem się za wymykającym mu się kochankiem a niestereotypową reakcją żony na jego płomienne uczucie. „Kocham Cię mój drogi – i nikt Cię tak nie kochał i nie będzie kochał”, pisał Iwaszkiewicz już po śmierci Jurka. Kuba Kowalski zdecydowanie nie pokazuje jednak nam w swym przedstawieniu gejowskiego melodramatu, lecz prawdziwą miłość w jej nieskończonej głębi.

Stąd też koncept reżyserski, by Jurka w spektaklu grało aż trzech aktorów wydaje się niezwykle finezyjny i idealnie odzwierciedla kolejne stany homo-miłości, której o dziwo w drugiej połowie lat 50-tych w Stawisku ubiegłego wieku nie zagrażało nic z zewnątrz. Ot, owa miłość burzyła się sama w sobie, waliła głową w mur wobec śmiertelnej choroby, wahała, zazdrościła, zadzierała nosa i wlokła za sobą życie. Pierwszy Jurek, Jana Napieralskiego, figuruje w niej tylko jako modelowany oraz „przepisywany” co rusz przez dojrzałego pisarza, nigdy nie „wyczaruje” jednak takich strof jak jego mentor. Jurek grany przez Piotra Biedronia jest znów zbuntowany, ale najmocniej związany duchowo z Jarosławem. Wreszcie najbardziej zmysłowy Jurek-efeb z tej trójcy, w fenomenalnej interpretacji Marcina Miodka grającego tak, jakby rozpętały się w nim najbardziej groźne miłosne żywioły, gwałtownie przeżerany namiętnością, kampowo wykreowaną mimiką i gestem, dzisiejszą i zamykaną pełną ironicznej „melancholii” pointą w każdej scenie.

Olśniewająco również u boku grającego w frasobliwej tonacji Krzysztofa Matuszewskiego wypada wcale nieekspansywnie grając jego żonę – Anna Kociarz. Jej Anna Iwaszkiewicz jest subtelnie niezależna (w końcu to córka przemysłowca Lilpopa i była narzeczona księcia Radziwiłła), przesuwa się bezszelestnie pod ścianami, wrażliwa, żarliwie religijna i niebywale dyskretna w ogarnianiu miłości męża do Błeszyńskiego, kocha tego dwudziestoparolatka na swój matczyny sposób i nie wydaje się, by była całkowicie zdominowana przez męża. Wyśmienita rola!

W spektaklu wielką rolę odgrywa także muzyka, generowana na żywo przez ekstrawaganckiego Rafała Ryterskiego, w której dźwięki elektroniczne nakłada na akustyczne i „oszukuje nas wprost”: widzimy i słyszymy altówkę na scenie, a zarazem słyszymy ją też z głośników i dobrze wiemy, że to altówka z instrumentów VSTi. Kompozytor w swym muzycznym performansie często używa cytatów z muzyki rozrywkowej i „przełącza” beate’em kolejne sceny oraz ustawienia „rzeźbiarskie” aktorów.

Za ten niezwykle oryginalny ruch sceniczny w spektaklu odpowiada Katarzyna Sikora, podkreślając wraz z muzyką metaforyczny klimat przedstawienia. Tu w zasadzie realnymi postaciami są Iwaszkiewiczowie, podczas gdy pozostali bohaterowie poprowadzeni zostali w planie symbolicznym i teatralnie magicznym. Po Błeszyńskim pozostało niewiele, stąd Jurek w przedstawieniu do końca pozostaje swoistą efemerydą generowaną z miłości Jarosława i dążeń do zdobycia jej nieosiągalnej postaci.

Z „Dzienników” Iwaszkiewicza wiemy, że ostateczne odejście Jerzego w maju 1959 roku stało się dla pisarza swego rodzaju cezurą w życiu, który zaczął coraz częściej rozmyślać o własnej śmiertelności i zainspirowany tym stanem, napisał kilka znakomitych opowiadań, m.in. „Tatarak” oraz powieść „Kochankowie z Marony”. W nich też umierają młodzi mężczyźni, podczas gdy Iwaszkiewicz dożył ich 86.

Arcypięknie motyw starości widać w ostatniej wspólnej scenie Jarosława i Jurka (Piotr Biedroń), gdy ten ostatni wypycha brzuch, by upodobnić się do starszego kochanka. Wydaje się, że gdyby jednak dramaturdzy poruszyli choć jeszcze jeden wątek „śmiertelnej” miłości występujący w innych tekstach Iwaszkiewicza, wypadłby on zdecydowanie bardziej interesująco niż rozbudowane refleksje nad śmiałą apologią homoseksualizmu sprzed ponad 100 lat cytowaną z ocalałego fragmentu powieści „Efebos” Jarosławowego krewnego – Karola Szymanowskiego. Sam Iwaszkiewicz podchodził do wyżej wspomnianego utworu z dystansem.

Mimo pewnych niedoskonałości dramaturgicznych, spektakl „Intymne życie Jarosława” Kuby Kowalskiego stanowi przykład nieczęsto pojawiającego się już na współczesnych scenach „teatru poetyckiego”, dalekiego od biografizowania oraz realizmu psychologicznego. Jest kunsztownie skomponowaną fantazją o niepohamowanej miłości Jarosława do jego kochanka i swej żony. Czarownie i symbolicznie porusza odważną relację nieheteronormatywną sprzed siedmiu dekad, zapomnianą, ale opowiedzianą tak misternie, że gdańska scena Malarnia na półtorej godziny staje się oazą normalności, gdy poza Teatrem polska dzisiejszość prawicowa z innym Jarosławem na czele – woli szaleć z nienawiści. Przydałby się jej kapitalny remont.

Tytuł oryginalny

Rekonstrukcja miłości

Źródło:

Teatr dla Wszystkich online
Link do źródła

Autor:

Aram Stern

Data:

01.08.2020