18.06.2020, 12:10 Wersja do druku

Przesunąć granicę

fot. Mariusz Forecki

- Każdy dyrektor ma własną wizję, wedle której prowadzi teatr, a poznański teatr lalek ma szczęście do wyrazistych osobowości - mówi Agata Drwięga z Teatru Animacji, doktorantka w Instytucie Teatru i Sztuki Mediów na UAM.

«Teatr Animacji świętuje swoje 75. urodziny. Najdłużej jego dyrektorem był Janusz Ryl-Krystianowski - całe 25 lat, nieco krócej, bo lat 16 szefowała scenie Leokadia Serafinowicz. Czy możemy mówić o jakichś tendencjach, nurtach, jakie cechowały czas urzędowania każdego z dyrektorów, dyrektorek? - Jak najbardziej. Założycielką teatru była Halina Lubicz. Już w 1945 roku chciała, żeby jej teatr grał nie tylko spektakle lalkowe (dla młodszych dzieci oraz dla dorosłych), ale również aktorskie (dla młodzieży). Lubicz pragnęła teatru, do którego dzieci będą nie tylko przychodziły na spektakle, miało to być też miejsce, gdzie odbywają się warsztaty, spotkania.

Pomysł miała niezwykle dzisiejszy.

- Lubicz miała wizję edukacji teatralnej, która dziś jest dla nas oczywistością, a którą udało się wprowadzić w życie Janowi Dormanowi i Leokadii Serafinowicz. O działalności Lubicz niewiele jednak wiadomo. Pisał o tym tylko Henryk Żuchowski, jej syn i aktor Poznańskiego Teatru Marionetek. To ten sam, który napisał "Śpiewaka leśnego" - pierwszą powojenną premierę tego teatru.

Kiedy w teatrze pojawiła się Serafinowicz?

- Po Halinie Lubicz kolejną wyrazistą postacią na stanowisku dyrektora artystycznego, wówczas już Państwowego Teatru Lalki i Aktora, została Joanna Piekarska. Niestety o tym czasie też niewiele wiadomo, bo nie powstało żadne wydawnictwo podsumowujące jej działalność. Ustabilizował się wtedy zespół, w repertuarze teatru znajdowały się nazwiska autorów świadczące o dużych ambicjach dyrekcji. Wówczas też, decyzją poznaniaków, teatr otrzymał imię "Marcinek". Serafinowicz przyjechała do Poznania we wrześniu 1960, by zrealizować tu spektakl. Traf chciał, że akurat wtedy pojawiła się pilna potrzeba znalezienia nowego dyrektora artystycznego lalkowej sceny.


mat. IT

Dlaczego właśnie Serafinowicz będzie bohaterką Twojej książki?

- Książka, nad którą pracowałam w ramach realizacji Stypendium Ministra, ostatecznie będzie częścią mojej rozprawy doktorskiej. Moja droga do Serafinowicz była długa. Zaczęła się w Kanadzie, dokąd pojechałam, by przyjrzeć się pracy dramatopisarki Suzanne Lebeau i teatru Le Carrousel. Wówczas jej mąż Gervais opowiedział mi o ich wizycie w Poznaniu w latach 70. Wspominał spektakl Serafinowicz. Nie pamiętał tytułu, ale zanucił melodię. To była piosenka z O Kasi, która gąski zgubiła. Po powrocie do Polski zorientowałam się, że nie ma żadnej książki o Serafinowicz.

Kiedy książka trafi do rąk czytelników?

- Za parę lat. Bo chociaż archiwum Teatru Animacji mam na wyciągnięcie ręki, znalezienie informacji na temat pierwszych 40 lat życia Leokadii Serafinowicz było bardzo trudne. Plany na swój teatr dla dzieci snuła wspólnie z Wojciechem Wieczorkiewiczem dużo wcześniej.

Udało im się te plany zrealizować?

- Ostatnio trafiłam na artykuł Olgierda Błażewicza z 1975 roku, w którym pisał, że rzadko się zdarza, żeby to, co mówi dyrektor teatru na początku swojej kadencji, było aktualne później. A oni byli wierni swoim deklaracjom artystycznym nawet po 15 latach!

Na czym im zależało? Jaki był stosunek Serafinowicz do dziecięcego odbiorcy sztuki?

- Był podobny do tego, który miał Jan Dorman. Jako artystów trudno ich ze sobą porównywać, ale w tamtych czasach ich teatry ze sobą zestawiano. Serafinowicz chciała poznać swoich widzów. Przeszkadzał jej nachalny dydaktyzm w sztukach dla dzieci, a także uparte stosowanie wciąż tych samych środków. Sprawdzała, jak bardzo można przesunąć granicę tego, co i w jaki sposób można pokazywać w teatrze dziecięcym.

Jak to wyglądało w praktyce?

- Brakowało wtedy sztuk, które nie infantylizowałyby dziecięcego odbiorcy. Dlatego też, kiedy Serafinowicz z Wieczorkiewiczem zorganizowali pierwszy Przegląd Polskich Sztuk Lalkowych Konfrontacje w 1964 roku, ogłosili konkurs na współczesny dramat dla dzieci. Dzięki temu "odkryli" Krystynę Miłobędzką. Z inicjatywy Serafinowicz prowadzono również badania publiczności, którymi kierowała Maria Tyszkowa.

Wysnuto wnioski, które i dziś są aktualne?

- Tego nie wiem, ale gdyby dziś prowadzono takie badania, wnioski Tyszkowej byłyby ciekawym punktem odniesienia.

Cały czas opowiadasz o zmaganiach zawodowych Serafinowicz. A jaką była kobietą?

- Tak jak wspominałam, o jej życiu prywatnym trudno się czegoś dowiedzieć na pewno. Ja myślę, że była niezwykle silna i wrażliwa. Życie jej nie oszczędzało. Urodziła się na Litwie w czasie I wojny światowej i już jako niemowlę wylądowała z rodziną na Syberii, gdzie spędziła kilka pierwszych lat życia. Na pewno ukształtowało ją Wilno, gdzie chodziła do szkoły i studiowała. Serafinowicz nie założyła własnej rodziny, na emeryturze zamieszkała w Puszczykowie razem z Wieczorkiewiczem i jego rodziną. Kombinowali z metrażem, takie były czasy. Dzieci Wieczorkiewiczów zapamiętały ją jako cudowną i cierpliwą ciocię. Na wiele im pozwalała.

Czy Serafinowicz pochodziła z rodziny artystycznej, z tradycjami?

- Oficjalnie twierdziła, że pochodzi z robotniczej rodziny. Jednak ja skłaniałabym się ku teorii, że jej przodkowie należeli do arystokracji. Z jej opowieści wynika, że charakter Wilna tworzyli przede wszystkim ludzie z "zaścianków mickiewiczowskich". W jej rodzinie muzykowano i czytano poezję. Z pewnością nie byli bogaci, ale kochali sztukę.

Na ile dziś teatr Piotra Klimka, a wcześniej innych dyrektorów jest w jakimś w stopniu wciąż teatrem Serafinowicz? Wiele z jej idei przetrwało.

- Każdy dyrektor ma własną wizję, wedle której prowadzi teatr, a poznański teatr lalek ma szczęście do wyrazistych osobowości. Janusz Ryl-Krystianowski stworzył własną markę Teatru Animacji w Polsce po 1989, a jednocześnie zainicjował festiwal Konteksty, który kontynuował ideę Konfrontacji. Z kolei punktem odniesienia dla działań Marka Waszkiela była zagranica. Dzięki niemu Poznań ponownie stał się ważnym punktem odniesienia na lalkarskiej mapie świata. Piotr Klimek natomiast realizuje nowatorskie projekty, m.in. wprowadził do repertuaru zmysłowiska, ale jednocześnie interesuje go odwoływanie się do przeszłości. Teatr nigdy nie działa w próżni - to, jakie inicjatywy czy tematy podejmuje, zawsze jakoś koresponduje z okolicznościami zewnętrznymi. Czasy się zmieniają, funkcja i pozycja teatru się zmienia, zespół i widzowie też. Najważniejsze, że wciąż nie brakuje artystów, którzy chcą robić spektakle, i widzów, którzy pragną je oglądać.

***

Agata Drwięga - doktorantka w Instytucie Teatru i Sztuki Mediów na UAM. Pracuje w Teatrze Animacji jako specjalistka ds. edukacji. Publikuje w "Teatrze" i "Teatrze lalek". W 2018 roku była stypendystką Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.


Źródło:

Materiał własny