30.06.2020, 08:10 Wersja do druku

Jestem chory na lalki

fot. Marek Zimakiewicz, mat. teatru

Lucyna Kozień: Jakie przedstawienie oglądane ostatnio wywarło na Panu największe wrażenie? Jan Plewako: Jesienią 2019 roku gościliśmy z Teatrem Baj w bliskim memu sercu Wilnie z przedstawieniem dla mnie bardzo szczególnym – Jeśli nie powiesz, kto będzie wiedział – mówiącym o odysei Polaków deportowanych z kraju po sowieckiej inwazji. W goszczącym nas teatrze Lėlė obejrzałem „Czerwoną księgę”, poetycką opowieść o ginących gatunkach ptaków [reż. Ewa Piotrowska, scen. Julia Skuratova – przyp. red.]. Przedstawienie lalkowe, przepięknie zagrane, ze świadomością for­my, w kontakcie z widzem, znakomitą animacją różnych nietypowych form lalkowych. Przeżycie nie do przecenienia. Podobnie jak cały pobyt w Wilnie.

L.K.: To dla Pana powrót do miejsca urodzenia, wspomnienie dzieciństwa i lat wojennej tułaczki. Znamienne, że przyjechał Pan w to miejsce, grając w przedstawieniu o tak przystającej do osobistych doświadczeń tematyce...

J.P.: Na wileńskiej Starówce stał nasz dom, stąd z matką rozpoczęliśmy ucieczkę przed deportacją na Wschód, trwającą lata tułaczkę po Polsce, a wkrótce po obozach w Austrii i Niemczech. W sierpniu 1945 roku wróciliśmy do Polski i rozpoczęło się wieloletnie szukanie własnego miejsca na ziemi. Byłem małym chłopcem, kiedy matka przed opuszczeniem Wilna zabrała nas do Ostrej Bramy przed obraz Matki Boskiej i zawierzyła jej opiece, polecając nam, dzieciom, zapamiętać na zawsze ten moment. I Matka Boska nas cudem uratowała; opuściliśmy nasze kolejne wojenne lokum dosłownie w ostatnim momencie przed nalotami dywanowymi, w których od bomb zginęli wszyscy... Całe życie, także po wojnie, szukaliśmy własnego domu. Matka była nauczycielką, filologiem klasycznym, duszą niepokorną, wierną ślubowaniu o kształceniu polskiej młodzieży i, pamiętając o tym, często krytykowała powojenne metody nauczania i wychowania. Co oczywiście miało swoje konsekwencje; w sumie średnie wykształcenie zdobywałem w jedenastu (!) szkołach.

L.K.: Wspaniały grunt przygotowujący do pracy w zespole...

J.P.: Wie Pani, jak takie zmiany środowiska mobilizują młodego człowieka, jakim są wyzwaniem? Konieczność dopasowania się do obowiązujących zasad i trendów, przy zachowaniu siebie, nieutraceniu własnych racji? A umiejętność pracy w zespole to w aktorstwie podstawa.

L.K.: Tych pierwszych aktorskich doświadczeń miał Pan mnóstwo, proszę o nich opowiedzieć.

J.P.: Po raz pierwszy wszedłem na scenę, żeby wziąć udział w „castingu”, w prewentorium; miałem osiem lat, mieszkaliśmy wtedy na Rakowicach w Krakowie. Zagrałem rolę Króla Kraka w przedstawieniu „Historia o Królu Kraku i Pośle z Dalekiego Wschodu”, nie przypuszczając nawet, że ta inicjacja skończy się lalkarstwem. Po drodze miałem wielorakie doświadczenia: przedstawienia w krakowskiej świetlicy przy ul. Smolki – grałem w Sercu Amicisa i „Podwieczorkach przy mikrofonie”. Był też teatr szkolny z moją rolą tytułową w „Panu Jowialskim”, z którym objeżdżaliśmy liczne miejscowości. Cieszyłem się wtedy szalonym powodzeniem u kolegów, bo – jak na Pana Jowialskiego przystało – zawsze miałem pod ręką stosowny do okoliczności cytat. Uważałem bowiem i uważam do dziś, że poczucie humoru, niezależnie od okoliczności, to podstawa w życiu. Ono pozwala zachować równowagę duchową, pozwala na wykształcenie dystansu zarówno do sukcesów, jak i porażek, pozwala w tym samym zdarzeniu zobaczyć niekoniecznie tragedię; może tragifarsę nawet? Rzecz niezwykle istotna w zawodzie aktorskim. No i jeszcze był chór, chór rewelersów, i muzyka, która zawsze mnie urzekała. Chciałem się uczyć muzyki, marzyłem o tym; akordeon był moim ulubionym instrumentem. Tak więc trochę tych artystycznych rzeczy się działo, oprócz sportu, który zawsze był moją pasją – siatkówka, lekkoatletyka, piłka nożna (byłem bramkarzem!), biegi, rzut dyskiem, rzut kulą i coś tam jeszcze; nazbierałoby się tego trochę. Lubiłem też rysować...

L.K.: ...co podobno zaczęło zagrażać Pana marzeniom.

J.P.: Ta moja pasja rysowania pozwalała matce myśleć, że mogę być architektem. A ona, po latami trwających wędrówkach, chciała wreszcie mieć swój własny dom, dla siebie i dzieci. Trzeba więc było go zbudować. I to miałem zrobić ja. Zatem po maturze próbowałem spełnić marzenie matki i zdawałem na politechnikę, aby zostać architektem, ale na szczęście oblałem rysunek. Już wtedy źle widziałem i z daleka nie rozróżniałem szczegółów. Nie dostałem się na politechnikę. To było wyzwolenie. Przecież miałem swoje plany, swoje marzenia. I chciałem się wyrwać spod kurateli matki – krótko mnie trzymała; wiele przeszła, była niezwykle dzielną kobietą, była naprawdę niesamowita! Wcześniej, w Pułtusku, widziałem przedstawienie z wałbrzyskiego Teatru Lalek „Jak ze smolucha zrobiono zucha”, w którym grała moja siostra Taida, akurat wybierająca się na studia do praskiej DAMU i zwalniająca miejsce w zespole aktorskim. Mnie już wtedy lalki, ich animacja, bardzo się podobały i pomyślałem, że mógłbym coś takiego robić. Powiedziałem matce, że chcę się na okres przejściowy zaangażować do teatru i ona się zgodziła! Jednego dnia, z tego samego dworca kolejowego moja siostra pojechała do Pragi, a ja do Wałbrzycha. Tu przeszedłem przez sito rekrutacji i znalazłem się w zespole aktorskim. Był wrzesień 1955 roku. Zamieszkałem u państwa Bukowskich. Pan Stanisław był aktorem i reżyserem wałbrzyskiego teatru lalek, jego żona Janina nauczycielką śpiewu – wspaniały, piękny sopran, śpiewała w Petersburgu z samym Szalapinem. Poprosiłem ją, aby dawała mi lekcje gry na fortepianie i emisji głosu, zgodziła się. I tak miałem szkołę w domu.

L.K.: Ale Wałbrzych miał być na chwilę, przejściowo...

J.P.: Przecież to była tylko wersja dla matki. Ja chciałem się samodzielnie kształcić, uczyć się, doskonalić. I rzeczywiście, cały czas się uczyłem. W świetlicy teatralnej, jak tylko byłem wolny, brałem do ręki lalkę i ćwiczyłem. Potem zabierałem ją do domu i dalej uczyłem się grać: co najmniej siedem godzin ćwiczeń. W dzień, w nocy, kiedy tylko mogłem. I jeszcze była nauka gry na fortepianie, też po kilka godzin. Byłem zauroczony lalkami, tym jak je koledzy ożywiają, tajnikami animacji... W teatrze akurat odbyła się premiera „Jasia Szpaka” Sudaruszkina i nagle okazało się, że muszę zrobić zastępstwo w roli tytułowej. Szybko nauczyłem się roli, ale animacja była dla mnie bardzo poważnym wyzwaniem i niezwykłym przeżyciem. To była trudna do animacji lalka, dość toporna, tzw. jawajka rewolwerówka – teraz już takich się nie używa. Zacząłem się zastanawiać, co mogę z nią zrobić, jakie możliwości gry daje mi sama konstrukcja.

L.K.: To bardzo ciekawe, że już wtedy Pan się tym ­zainteresował. Wydaje mi się bowiem, że tajemnicą Pana warsztatowej maestrii, mistrzowskiej przecież animacji, jest znajomość i odkrywanie możliwości ruchu ukrytych w samej lalce. A na to trzeba lat doświadczenia.

J.P.: Konstrukcja daje określone możliwości ruchu. Zbadanie ich, odkrycie ich zasad i wykorzystanie tej wiedzy do zbudowania postaci, przy koniecznym użyczeniu lalce własnej osobowości, pozwala na stworzenie żywej i pełnowymiarowej postaci scenicznej. Jeśli do tego dodamy jeszcze współgranie partnerów, którzy słuchają i reagują na nasze działania, to mamy szansę na zagranie fantastycznego przedstawienia. Pamiętajmy, że partnerowanie na scenie jest tak samo ważne jak opanowanie warsztatu. I jeśli tego nie ma, to największy artysta będzie grał w pustce. Ale jest jeszcze jedna niezmiernie istotna kwestia. Nie możemy nigdy zapominać, dla kogo gramy. Widz musi być zawsze w centrum naszej uwagi. On musi zrozumieć intencje postaci i intencje działań scenicznych, aby mógł wziąć udział w tym procesie kreacji, który toczy się na scenie. Jeśli publiczność reaguje na niuanse, to znaczy, że jest z nami. Czyli my aktorzy nie tylko gramy, ale i reagujemy na zachowania publiczności, kierujemy nią. W animacji ważna jest świadomość poszczególnych faz ruchu. Moment zatrzymania ruchu skupia na lalce uwagę widza, każe mu patrzeć tylko w tym określonym kierunku. To moment myślenia, badania sytuacji, reakcji. Fundamentalny dla czytelności lalki. Nadmiar ruchu, zbyt „gęsty” ruch, ruch, za którym widz nie nadąża, brudzi scenę. Nie pozwala jej klarownie odczytać i w rezultacie stwarza sceniczny bałagan.

L.K.: Aktor i widz, wiadomo, podstawowe elementy teatru. Ale Pan wielką wagę przywiązuje do gry aktorskiej, można powiedzieć: ukierunkowanej na widza także w sensie formalnym.

J.P.: W graniu na scenie, w tworzeniu wiarygodnej i pełnej postaci, kontakt z widzem jest fundamentalny. Z jednym, drugim, piątym, każdym. Siedzącym daleko, blisko, wysoko. My aktorzy musimy to sobie wyraźnie uzmysłowić, aby to, co mówimy i robimy, adresowane było bezpośrednio do widza. Do tego pojedynczego i do wszystkich. Chodzi o umiejętność rozkładania akcentów, ukierunkowywanie spojrzeń podkreślonych gestem. To się rozkłada na drobne gesty, pojedyncze spojrzenia, a jednocześnie jest jak partytura. Z drobiazgów emanuje osobowość. Tyle. I tylko tyle. To jest po prostu wykorzystanie warsztatu – nic więcej.

L.K.: W ciągu swojej pracy twórczej – aktorskiej, reżyserskiej i dydaktycznej – w różnych przecież teatrach, spotykał Pan wielu artystów. Czy któryś z nich jakoś szczególnie Pana inspirował? Co przyniosła z sobą ta wędrówka po teatrach: Wałbrzych, Wrocław, Białystok, warszawski Guliwer, a w końcu Baj.

J.P.: Dała mi przede wszystkim dystans do własnej twórczości. Wałbrzych to moja miłość, miejsce, gdzie stawiałem pierwsze kroki, odnosiłem swoje zwycięstwa, odkrywałem możliwości animacyjne. Ale to też warsztatowy poligon i z całym szacunkiem dla wszystkich: romantyzm i amatorstwo. A ja zawsze chciałem się rozwijać, uczyć się, uczyć, studiować. Zdobywać nowe umiejętności...

L.K.: Stąd te studia?... matematyczne...

J.P.: Miała być polonistyka, w Opolu, ale w ostatniej chwili okazało się, że nabór jest tylko na matematykę. Szło mi dobrze, z analizy matematycznej udało mi się nawet dostać piątkę! Te studia dużo mi dały – nauczyły precyzji, logiki, ścisłego myślenia. Dodatkową korzyścią było poznanie zagadnień dydaktyki i psychologii, co potem bardzo mi się przydało w prowadzonych ze studentami zajęciach na wrocławskim SATL-u i później w Akademii Teatralnej w Białymstoku. To twórcze wędrowanie nauczyło mnie dystansu do siebie i pokory. Wybiło mi z głowy, że jestem taki dobry. Więc cały czas się uczyłem, dotykałem ciągle nowych rzeczy, a jeśli odczuwałem niedosyt, wkradała się do życia monotonia lub było mi z kimś nie po drodze, to szedłem dalej, szukałem czegoś innego. Spotkałem na swojej drodze wielu wspaniałych artystów i przyjaciół. To długa, długa lista. A takim prawdziwym mistrzem był dla mnie Janek Wilkowski. Spotkaliśmy się tak naprawdę dopiero w Białymstoku – w teatrze w szkole. To był absolutnie wyjątkowy człowiek...
Ja jestem chory na lalki. Nie bez przyczyny. Mówi się, że lalkarz jest jak Stwórca. Jak Bóg, który człowieka ożywił. Człowiek, który potrafi dać życie martwej formie, to nie byle kto. Lalkarz to nie byle kto. Lalkarz to kreator. A lalka może bardzo wiele, więcej niż się od niej oczekuje.

L.K.: Pan – mistrz animacji i znawca klasycznych technik lalkowych postrzegany jest jako artysta niezwykle otwarty na nowe formy i poszukiwania nowych środków ekspresji. Ta otwartość budzi podziw, ale też i zdziwienie.

J.P.: Być na scenie i rozmawiać z publicznością można w każdej formie. Dzisiejsze czasy wymagają sporej elastyczności. Możemy tworzyć przedstawienia lalkowe, ale też uprawiać na przykład teatr poezji. Forma jest naprawdę drugorzędna, ważne jest spotkanie z widzem. Kiedy wychodzę na scenę, to naprawdę myślę, że dana mi jest rzecz niezwykła, rzadka: poszerzanie możliwości bytowania na ziemi. Bo komu innemu dane jest bycie tyloma postaciami i charakterami? I możliwość pokazywania świata w jego złożoności swoim współżyjącym? To jest coś fantastycznego.

L.K.: Wciąż chętnie angażuje się Pan w działalność artystyczną i pedagogiczną. Nadal współpracuje Pan z Teatrem Baj; podziwialiśmy Pana między innymi w głośnym „Świecie Garmanna”, „Doktorze Dolittle”, „Zimie w Dolinie Muminków”,grał też Panw przywoływanym w naszej rozmowie projekcie „Jeśli nie powiesz, kto będzie wiedział”. Jednak ostatnio rzadziej widzimy Pana na scenie. Nie brakuje Panu grania?

J.P.: Niedawno byłem w białostockiej szkole, na pokazach studenckich. I tam, na wieszaku, wisiała taka piękna lalka skąpo ubranej dziewczyny. Zacząłem ją animować bez zdejmowania z wieszaka. Zmieniałem układ rąk, głowy, korpusu. Bawiłem się tym. Cieszyłem się jak dziecko. Że jest tworzywo, że poddaje się animacji.

Kiedy przestałem, odwróciłem ją tak, aby patrzyła na mnie z wyrzutem, że już tego nie robię...

***

Jan Plewako, aktor, reżyser, dr habilitowany – wykładowca ­teatralny.

Urodził się w Wilnie 23 stycznia 1937, debiutował w 1955 roku w Teatrze Lalek w Wałbrzychu w przedstawieniu „Jaś Szpak” ­Sudaruszkina. W 1958 uzyskał uprawnienia aktora lalkarza, a w 1983 uprawnienia reżyserskie. W 1966 roku rozstał się z wałbrzyskim zespołem i rozpoczął pracę w Teatrze Lalek Chochlik we Wrocławiu (późniejszy Wrocławski Teatr Lalek), potem związał się Białostockim Teatrem Lalek (1976–1979), warszawskim Guliwerem (1979–1985) i Teatrem Baj w Warszawie (1985–2010), z którym – będąc już na emeryturze – współpracuje do dziś. Zagrał w niemal stu pięćdziesięciu przedstawieniach, wyreżyserował blisko trzydzieści w teatrach w Białymstoku, Wrocławiu, Toruniu, Warszawie, Wałbrzychu, Katowicach, Tarnowie, Szczecinie, Olsztynie, Łodzi, Łomży, Lublinie, a także w Teatrze Telewizji i szkołach teatralnych w Białymstoku oraz Wrocławiu.

Od 1968 roku Jan Plewako prowadzi działalność dydaktyczną – najpierw we wrocławskim Studium Aktorskim Teatru Lalek, potem na Wydziale Lalkarskim we Wrocławiu (1972–1976), a od 1976 roku do dziś na Wydziale Sztuki Lalkarskiej Akademii Teatralnej w Białymstoku. Jako pedagog jest wychowawcą kilku pokoleń lalkarzy. Jest uznawany za mistrza klasycznych form lalkowych. Specjalizuje się w propedeutyce kształcenia lalkarzy w zakresie zadań aktorskich z wykorzystaniem jawajki, jako środka wyrazu postaci scenicznej. Prowadzi zajęcia oparte na autorskiej metodzie nauczania, która stała się podstawą i inspiracją dla młodych dydaktyków. Do niedawna prowadził przedmiot „Gra aktora jawajką”, obecnie jest moderatorem zmian programowych w przedmiocie „Techniki klasyczne”.

Jest laureatem licznych nagród aktorskich, m.in. na Festiwalu Sztuk Małoobsadowych w Warszawie za rolę w przedstawieniu Bamba w oazie Tongo J. Ośnicy (1965); festiwalu w Opolu za role w przedstawieniach Złoty klucz J. Ośnicy i Niech żyje król K. Krzyżagórskiego (1967) oraz Leć głosie po rosie N. Gołębskiej (1977); wyróżnienia za monodram Spowiedź w drewnie J. Wilkowskiego w Konkursie Solistów Teatru Lalek w Warszawie (1974).

Laureat Nagrody Prezesa Rady Ministrów za twórczość dla dzieci i młodzieży w teatrze lalek (1978), Nagrody Ministra Kultury i Sztuki za szczególne osiągnięcia w pracy dydaktyczno-wychowawczej (1982); odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi (1986) i Złotym Krzyżem Zasługi (2011), Medalem Komisji Edukacji Narodowej (1989), Srebrnym Medalem „Zasłużony Kulturze – Gloria Artis” (2008), Medalem 100-lecia ZASP (2018).

W 2017 roku wziął udział w realizowanym przez Teatr Baj projekcie rewitalizacyjnym ­„Podwórza” otwierającym tę instytucję na współdziałanie z mieszkańcami warszawskiej Pragi. Happening w reż. Ewy Piotrowskiej, w którym pojawił się jako aktor-przewodnik po zakamarkach teatralnego budynku, był wydarzeniem kończącym pewien bajowy rozdział. ­Teatralny budynek został bowiem przekazany do generalnego remontu, a widzowie zaproszeni na ostatnią w nim wizytę. Jan Plewako był w tym wydarzeniu kluczową postacią, symbolicznie zamknął teatralną bramę oraz w niezwykły i bardzo charakterystyczny dla siebie sposób powiedział „Do zobaczenia”. W sposób bardzo naturalny okazało się bowiem, że jest on symbolem tego miejsca...

Źródło:

Materiał nadesłany
Teatr Lalek

nr 2-3/2020
Autor:

Lucyna Kozień

Data:

30.06.2020