Zobacz poprzednią edycję »

Subiektywny spis aktorów teatralnych

Edycja dwudziesta siódma
wrzesień 2019


Ja was proszę, panowie i panie: zbuntujcie się. Stańcie pikietą przed drzwiami swoich działów reklamy. Albo swoich sekretariatów literackich, jeśli takie się u was uchowały. Zażądajcie, żeby was traktować poważnie. Żeby w materiałach o spektaklach w druku i na stronach internetowych nie wypisywać waszych nazwisk ciurkiem i alfabetycznie, niczym na liście płac, tylko jednak z rolami. Żeby w serwisie zdjęciowym dało się was rozpoznać wśród planów ogólnych bądź artystycznie zamazanych kadrów. Żeby w teatrach, które przestają drukować programy (bo oszczędność i nikt nie kupuje), stawiać w foyer tablicę – w teatrach muzycznych tak się często robi – z aktualną obsadą. Bo może przypadkiem ktoś z widzów będzie chciał wiedzieć, jakiż konkretnie artysta trzymał go dziś za mordę cały wieczór.

Ja nie tylko w swoim interesie. Choć, nie przeczę, zdarza mi się w tych teatrach, gdzie nie bywam za często, nie móc sobie odnotować jakiejś roli, bo zwyczajnie nie wiem, kto ją wykonuje. Potrzeby recenzenta-maniaka to jednak głupstwo. Gorzej, gdy na przykład szkoła teatralna wydaje program, w którym fotograf stanął na głowie, żeby grający w dyplomie studenci byli nie do rozróżnienia. Sportretował ich młode pyski identycznie wykadrowane, upozowane i uczesane, oczywiście kompletnie prywatne, nie mające się nijak do scenicznej roboty. I co ma zrobić ów mityczny, wyczekany jak dyplomy dyplomami wielki reżyser czy dyrektor teatru, jeśli wpadnie obejrzeć adeptów, ktoś przypadnie mu do gustu i będzie chciał sobie, już po oklaskach, zanotować nazwisko na przyszłość? Naprawdę tak trudno o tym, szykując wydawnictwo, pomyśleć?

Nie jest to wszakże tylko kwestia wizerunkowa. Kroczy dziś przez teatry parada równości, w trochę innym rozumieniu niż ta na ulicy. Młodzi artyści i towarzyszący im komentatorzy wykazują się specjalnym wyczuleniem na wszelkie hierarchie, dystynkcje i zależności za kulisami, w których z miejsca tropią mechanizmy przemocowe. Snuje im się za to utopia idealnego kolektywu, w którym praca wszystkich, od dyrekcji przez aktorów po pracowników technicznych, służy wspólnej sprawie i nie uchodzi wyróżnianie indywidualnych dokonań. Symbolicznym wyrazem tej równościowej tendencji jest wychodzenie maszynistów do ukłonów razem z grającymi (tylko nie wiem, czy ktoś ich spytał, czy są z tego powodu szczęśliwi; żeby z frajdą włazić w światło reflektorów i kłaniać się publiczności, trzeba jednak mieć w sobie, choćby po trosze, coś z aktora). Liderzy progresywnych przedsięwzięć chętnie podkreślają, słyszałem parę razy: u nas nie ma ról, większych czy mniejszych, żadnych. Jest tylko wspólna praca nad spektaklem.

Nie jest to idea nowa, podobnie egalitarystyczne pomysły chodziły po głowie, nie przymierzając, Juliuszowi Osterwie, gdy zakładał sto lat temu Redutę w kontrze do ówczesnego teatru gwiazd. Jak każda utopia wygląda powabnie. I jak każda pewnie zgaśnie w konfrontacji z praktyką. Bo teatr jest kreacją zbiorową, święta prawda. Ale zbiorowe rzeźbienie dzieła ma granicę. Za którą tak naprawdę działa już tylko indywidualny talent, wyobraźnia, energia, twórcza moc konkretnego aktora. Jego osobista zdolność chwytania bezpośredniego kontaktu z widzem. Jego odwaga świecenia własną twarzą za całe widowisko. Żaden kolektyw go w tym nie zastąpi. I nie powinni, nie mogą, nie mają prawa zapominać o tym redaktorzy teatralnych druków, macherzy od internetowych stron, a też i krytycy, i uczeni, i inne wokółsceniczne gryzipiórki. Widzom przypominać nie trzeba, swoje wiedzą.

Dwudziesty siódmy raz zbieram na progu nowego sezonu – według tych samych co zawsze zasad; ośmielę się ich już tu nie powtarzać – notatki z sezonu ubiegłego o pracy aktorek i aktorów. O ich rolach dużych, małych, lepiej trafionych, bardziej dyskusyjnych. Każda z nich ma swój smak, nie zasługujący na rozmycie w kotłach kolektywnych zup.

Jacek Sieradzki

Piotr Adamczyk [zwycięstwo]

Jak miło zobaczyć go na scenie (Teatru Telewizji) nie w roli reklamowego zaganiacza do bankowych pożyczek. Jego Poeta w „Weselu” ma krótko ostrzyżone włosy, taksujące spojrzenie spod okularów. Gra inteligenta, ale nie żadnego tam czarusia, owszem zakochanego we własnych pięknych słówkach, acz jednocześnie i przenikliwego, i sarkastycznego, i gdzieś na spodzie głęboko, intymnie bezradnego. W tej zmontowanej przez Wawrzyńca Kostrzewskiego z mądrze poszatkowanych dialogów Wyspiańskiego syntezie polskiej egzystencji on splata w sobie dystansujący sceptycyzm ze skrywaną uczuciowością, wszystko w nieznacznych uśmiechach, w gestach dłoni zatrzymanych w pół drogi. Misterna rola. Mało takich dziś.

Mirosław Baka [mistrzostwo]

„Śmierć komiwojażera” grywano ostatnimi laty jako oskarżenie kapitalizmu, w którym starego pracownika, nie dającego już rady konkurencji, system wypluwa na śmietnik. Tymczasem jego Willy Loman na scenie gdańskiego Wybrzeża nie jest godną łezki ofiarą. Jest tchórzem, czy łagodniej, słabym człowiekiem, który przez lata budował sobie w wyobraźni fałszywy świat z wymyślonym sobą w roli głównej, a teraz ten świat sypie się ostatecznie. Rola w spektaklu Radka Stępnia jest imponującym studium rozpaczliwego nakręcania demaskujących się samooszustw powpisywanych w jego postępujące przygarbienie, w wybuchy coraz bardziej żałośnie sztucznego wigoru. Młody reżyser rozbija linearną narrację Arthura Millera, miesza wypadki bieżące z retrospekcjami, może nawet pod granice niezrozumiałości, ale i tak sylwetka kulącego się bezradnie na środku sceny garniturowca skupia spojrzenie widza.

Mariusz Benoit [mistrzostwo]

Kazać korpulentnemu, szerokobrodemu aktorowi wejść naraz w role i Kalibana, i Ariela – to czysta perwersja reżyserska Pawła Miśkiewicza. Zadanie jest nie do zagrania, toteż… on go nie gra. W zachwycającym duecie z Jerzym Radziwiłowiczem tylko przerzucają się tekstami z „Burzy”, jakby odtwarzali partie z od wieków już granego dramatu: Prospero upaja się wzniosłą retoryką, Kaliban/Ariel replikuje żądaniem obiecanej wolności, bez wiary, drwiąco, trochę rytualnie, z jakąś taką patyną w głosie – a przedziwnie wykreowany nieszekspirowski świat widowiska, świat zdradnych dworzan i roztańczonych marynarzy odpływa na zupełnie inne wody. Nie powiem, żebym dobrze wiedział dokąd, ale parę obrazów i aktorskich etiud nie daje się przepędzić z ekranu wyobraźni. Spośród udanych ról w ostatnich sezonach Narodowego – w dramacie „Nikt” Levina, w „Ułanach” Rymkiewicza – ta ma już wszelkie znamiona idealnie osadzonej, spokojnej dojrzałości.

Lidia Bogaczówna [na fali]

Czy się mylę, że znalazła szczególną przyjemność w roli panny Józefiny w operetce sanatoryjnej „Turnus mija, a ja niczyja”, którą Cezary Tomaszewski sprokurował był w krakowskim Małopolskim Ogrodzie Sztuk? Rzecz jest pół groteskową, pół sentymentalną rewią starych przebojów operetkowo-wodewilowych włożonych w łagodnie sparodiowane życie flirtowo-towarzyskie „u wód”. Uroczo, bez szarży, przez pół drwiąco, przez pół serio umie bawić się dawnymi konwencjami, lekko je tylko, po dzisiejszemu podkręcając. Pamiętam jej dawne role i z Teatru im. Słowackiego i z małej scenki Barakah, cieszę się, że sporo gra, w tym rzeczy tak nieoczekiwane i wariackie jak hermafrodytyczny Hermes w „Kwiecie paproci” – brawurowej bajce Marii Wojtyszko i Jakuba Krofty, gdzie opowiada się dzieciom ni mniej ni więcej żywot Wyspiańskiego.

Mariusz Bonaszewski [mistrzostwo]

Ponoć w epizodzie z telewizyjnego „Wesela” z jego udziałem do rekwizytorni narodowej odważnie wstawiono schody smoleńskie z placu Piłsudskiego. Nie zwróciłem uwagi, bo całą ukradł mi jego Stańczyk, nieprawdopodobnie ekspresyjny, cały skręcony z furiackiej kpiny i bolesnego wyrzutu. Wawrzyniec Kostrzewski odjął mu długie tyrady, no i tę znaną, Matejkowską pozę; został przykurczony, wijący się, syczący dotkliwe oskarżenia błazen-oskarżyciel, dobrze pasujący do galerii drwiących diabłów, których sporo ma na aktorskim koncie. A czy drwiącym szatankiem nie jest też i pijak Trinkulo we wspomnianej „Burzy” (Narodowy, Warszawa) prześmiewczo kontrapunktujący retorykę Prospera i dubeltowego KalibanoAriela?

Arkadiusz Brykalski [na fali]

Świetnie śpiewa (bądź co bądź absolwent gdyńskiego Studium im. Danuty Baduszkowej), więc był w stanie dźwignąć napisane przez Karola Nepelskiego arie sparodiowanego Wagnera trzeciej klasy uatrakcyjniające Hitlerowskie pierdoły z „Mein Kampf”. Dźwiga je zresztą nie tylko wokalnie, wyrzuca też z siebie kilogramy słów wodza nazistów, robi to rzetelnie i ofiarnie, tylko kompletnie po nic, co najwyżej udowadniając oczywiste oczywistości. Nie pierwszy raz patrząc na jego prace w warszawskim Powszechnym, mam wrażenie używania przyzwoitej aktorskiej gotowości do błahostek, tak było i w „1984”, i w „Upadaniu” Árpáda Schillinga i w nieudanym „Kramie z piosenkami”. Doceniam wokalną harówkę w „Mein Kampf”, ale wolę go w mocnej, nieznanej mi piosence Paolo Conte ze spektaklu „Koniec”, ponurej jak najczarniejsza noc Gali Przeglądu Piosenki Aktorskiej w reżyserii Wojciecha Kościelniaka.

Marcin Bubółka [nadzieje]

Anna Augustynowicz wzięła go niemal wprost z dyplomu, który reżyserowała w warszawskiej Akademii Teatralnej, obsadzając w roli głównego antagonisty Konrada w „Wyzwoleniu” (Polski, Warszawa). Chciała, by teatralny cynik, łatwym gestem opędzający trudne wyzwania („Mam już dosyć teatru, wracam do rodziny”), był właśnie taki: nieoczekiwanie młody i ujmująco sympatyczny. Ale dała mu też do zagrania wszystkie Maski z II aktu, stał się więc sparingpartnerem odbijającym piłeczki myśli Konrada błyskotliwie i przewrotnie, niejako pomagając się tym myślom rodzić i formułować. Potężne zadanie dla właściwie debiutanta zostało spełnione świetnie, z dużym, by tak rzec, zapasem możliwości aktorskich. Jako Samozwaniec w „Borysie Godunowie” w reżyserii Petera Steina poległ pod ciężarem niedzisiejszej konwencji – ale nie on jeden.

Przemysław Chojęta [na fali]

Jeśli wciąż jest prawdą, że aktorstwo to zawód wędrowny – a jest, czasem z wyboru, czasem z konieczności – to jego można uznać za wyjątkową owej prawdy personifikację. Widzę go w Łodzi (Powszechny), jak trzyma w dłoniach bryłę lodu tak długo, póki grabiejące palce są w stanie ją utrzymać – w celnej introdukcji „Ferragosto”, biograficznej opowieści Radosława Paczochy i Adama Orzechowskiego o Herlingu-Grudzińskim. Widzę go w Gliwicach (Miejski), gdzie Michał Siegoczyński dał mu kilka efektownych epizodów w „Najmrodzkim”, groteskowego gangstera Marchewę, ale i wzruszającego ojca tytułowego bohatera. W Poznaniu (Nowy), gdzie w wariackim scenariuszu pilgrima/majewskiego „Holoubek, syn Picassa” (reż. Julia Szmyt) ma do zagrania tego gołąbka, co go Picasso namazał był na serwetce hotelu Metropol w 1948, nieopierzonego w sensie dosłownym (vide zdjęcie) komunistę. PKP na nim świetnie zarobiło (albo stacje paliw), choć z drugiej strony czy gdziekolwiek na etacie dostałby w jednym sezonie tyle efektownych zadań?

Wiesław Cichy [mistrzostwo]

Notowałem dwa lata temu, że po odejściu z rozwalonego, zdaje się definitywnie, Teatru Polskiego wybiera się występować w Pradze; na szczęście znalazł miejsce bliżej, we wrocławskim Współczesnym. Gdzie gra dużo, ale nie wygląda na to, by komiksowo tania postać umierającego showmana w „Magnolii” Krzysztofa Skoniecznego była dlań szczególnie satysfakcjonująca, a Barona w „Garbusie”, o którym dobrze mówią, zobaczę dopiero teraz, z rocznym opóźnieniem. U Marcina Libera, w świetnym „Popiele i diamencie” (Teatr im. Modrzejewskiej, Legnica) zagrał starego komunistę Szczukę, robiąc go w gruncie rzeczy samą sylwetką (proszę spojrzeć na zdjęcie), spojrzeniem, paroma dobrze wyliczonymi, powściągliwymi reakcjami. Bo być może cała tajemnica właśnie na celności takich prostych gestów polega?

Rafał Cieluch [na fali]

Ten McApollo z pamiętnych legnickich „III Furii” sprzed prawie dziesięciu lat, showman historii, ile trzeba tandetny, ile trzeba przenikliwy i jadowicie prowokujący, wciąż, jak się zdaje, w nim tkwi. W szerokości gestu, w drwiącej intonacji, w pewnego rodzaju buńczucznej bezczelności. To działa: widać, czuć jego dominację i w zbiorówkach, jakie przynoszą „Wyzwolenia”, parafraza Wyspiańskiego stworzona przez Magdę Drab i Piotra Cieplaka, i w rolach tak, zdawałoby się, nieekspansywnych, jak ślepy kibic w „Dzielnych chłopcach” tejże Magdy Drab. Marcin Liber, reżyser tamtych „III Furii”, specjalnie wcisnął w adaptację „Popiołu i diamentu” kawałki „Wesela”, żeby go mieć jako Stańczyka; pasuje do zadania idealnie. Wszystko dobrze, ale gdyby tak Jacek Głomb, szef Teatru im. Modrzejewskiej znalazł mu kiedyś, tak dla czystej higieny, coś do zagrania z przeciwnego stylistycznie bieguna?

Marcin Czarnik [pytania]

Jako swojski kierowca busa z zawadiackim wąsem jest oczywiście celny i prawdziwy, choć mam poczucie, że ta prawdziwość jest trochę za łatwa. Zbyt protekcjonalna. Ale to jest generalny kłopot „Innych ludzi” Grzegorza Jarzyny w TR Warszawa, obszernego, rapowanego wideoklipu, gdzie aktorzy trochę z musu redukują się do sylwetek z miksowanych na trzech ekranach klipów, tudzież wykonują fenomenalną partyturę tekstową Doroty Masłowskiej bez zadania sobie pytania, czy ich te słowne pasaże w ogóle jakoś bolą, czy też nie. Brak mi go w większych zadaniach scenicznych. Owszem widzę w cv: film za filmem, także role w Teatrotece („Słabi” Magdy Drab). Liczę jednak, że wróci na deski – i trafi na coś, dla czego warto będzie wracać.

Oksana Czerkaszyna [zwycięstwo]

Oszałamiający w skali ogólnopolskiej sukces spektaklu „Lwów nie oddamy” rzeszowskiego Teatru im. Siemaszkowej bardzo wiele zawdzięcza tej aktorce z Charkowa, która w projekt Katarzyny Szyngiery nie tuszujący zadrażnień i uprzedzeń w stosunkach polsko-ukraińskich wskoczyła całą sobą, głową w dół. Wkładając w rolę wulkaniczną werwę, ale i odwagę prowokowania, i krańcową bezkompromisowość w niezasłanianiu konfliktu uśmiechem i wdziękiem, których też jej przecież nie brakuje. Tak naprawdę nade wszystko dzięki jej szczerości, ale i jej energii scenicznej (przy tym precyzyjnie, fachowo użytej) teatr miał szansę skutecznie oduczać widzów jednej z najgorszych trucizn w stosunkach wzajemnych: pogardliwej protekcjonalności. Przynajmniej przez półtorej godziny trwania przedstawienia, a wierzę, że i dłużej.

Aleksandra Fielek [nadzieje]

Narratorką „Wielu demonów”, zaadaptowanych w Teatrze Śląskim im. Wyspiańskiego w Katowicach jest pastorówna Ola, jedna z zakwitających dziewczyn z powieści Jerzego Pilcha, zaginiona, później znaleziona martwa. Zagrać ducha bohaterki kręcącej się między żywymi, bez konwencjonalnych atrybutów gościa z zaświatów – to nie byle zadanie dla młodziutkiej aktorki. Poradziła sobie z nim pięknie, śmiem podejrzewać, że z istotną pomocą reżysera, Jacka Głomba – samym czystym sposobem bycia na scenie, jakby poza konkretem sytuacyjnym, poza partnerami, z innym, osobnym sposobem poruszania, z inaczej biegnącym wzrokiem, z wyliczoną lekkością gestu, kroku, ustawiania się na scenie. Warto się jej będzie przyglądać. Ma ciekawe doświadczenia w offie; widziałem ją pod firmą katowickiego Teatru Czwarta Scena w świetnych „#Rozczarowaniach” Zuzanny Bojdy i Marii Baładżanow o śląskich czarownicach.

Katarzyna Figura [pytania]

Nie mogę przekonać się do jej „Fedry” na sopockiej scenie gdańskiego Wybrzeża (reż. Grzegorz Wiśniewski), choć wiem, że ma ta rola wielu zwolenników, a i robota, i samo wzięcie na warsztat klasycystycznej tragedii, której każdy w Polsce się boi – zasługują na głęboki ukłon. Jest ściągnięta, skupiona, operuje nieomal nieruchomą sylwetką i mimiką. Jednak pod spodem, w głosie nieustannie dźwięczy przynależny jej scenicznej osobowości ton egzaltacji, owszem, tłumiony, hamowany, ale pewnie nie do pozbycia. No i wchodzimy w subiektywnym spisie w rejony subiektywne do drugiej potęgi: ktoś kupuje tę ekspresję, kto inny nie; rzecz gustu. Mnie akurat dużo lepiej oglądało się ją jako Helenę w krótkiej krotochwili, doklejonej na starożytną modłę przez Jana Klatę do podniosłej tragedii „Trojanek”. Tylko broń Boże nie chciałbym, żeby to zabrzmiało lekceważąco, bo to oczywiście dużo niższy kaliber. Liczy się samo wykonanie.

Cecylia Jacewska-Caban [na fali]

Wychodzi mi, że mają ją w opolskim Teatrze im. Kochanowskiego w szufladce „kobieta prześladowana”. Bo to i beznoga syrenka w autorskiej baśni Agaty Dudy-Gracz, i upokarzana „gorsza” członkini rodzinnego klanu w „Uroczystości”, i niejaka Bożena, co w ucieczce przed biedą zamknęła się w meblościance. Wyglądałoby upiornie takie emploi, gdyby nie to, że ostatnia z wymienionych sztuk, „Reality Show(s). Kabaret o rzeczach strasznych” Przemysława Pilarskiego jest groteską, a aktorka pod reżyserską ręką Jana Hussakowskiego pomysłowo mości się w tej swojej meblościance, splatając komediowe i dramatyczne akcenty w zupełnie nieoczekiwane akordy. Przyszła do zawodu przez praktykę, długie lata będąc inspicjentką; dziś gra w większości tytułów opolskiego teatru. Nie dyplom zdobi aktora, stara prawda.

Anna Januszewska [mistrzostwo]

Przemysław Pilarski napisał paraboliczną przypowieść „Wracaj”, gdzie do pewnego domu wraca mężczyzna, który tu kiedyś mieszkał, a teraz dom zasiedla zupełnie inna rodzina. Żeby nie było wprost, mężczyzna nazywa się Bobby Kleks i jest skrzyżowaniem poholokaustowego wygnańca z Bobem Dylanem, a zasiedlająca dom rodzina też jest zdrowo niedosłowna. Rzecz wzięła na warsztat Anna Augustynowicz (koprodukcja szczecińskiego Współczesnego i łódzkiego Powszechnego) i podkręciła parabolę tak, że dom przestał w ogóle być domem, wygnanie wygnaniem, a Bobby’ego Kleksa gra cudowna starsza pani na czarno. Konia z rzędem nieuprzedzonemu widzowi, który złapie sens. Od lat kłócę się z Anną A. o jej skłonność do niepohamowanych i nieskutecznych przez to rebusów interpretacyjnych, pod prąd elementarnej komunikatywności. Co nie zmienia faktu, że ów zżeńszczony Bobby, oderwany od wszelkiej realności, rozkołysany, zatopiony w jakimś sobie tylko zrozumiałym rytmie, jest figurą sceniczną, której się nie zapomina.

Ewa Kaim [zwycięstwo]

Czy dobrze pamiętam, że debiutowała na deskach Starego Teatru niemą rolą przedziwnego strusia dostawionego przez Rudolfa Ziołę do „Snu nocy letniej”? Grała w tym teatrze wiele zachwycających ról, ale potem było ich coraz mniej, rzuciła się w pedagogikę, stała się jedną z najlepszych specjalistek od kształcenia śpiewających aktorów. Cieszę się, że wróciła i to w świetnej formie. W „Pannach z Wilka” wyreżyserowanych w Starym przez Agnieszkę Glińską jako „kobieca odpowiedź” autorowi (a i Wajdzie pewnie też) gra Jolę demonstracyjnie swobodną, uwodzicielską, zdobywczą, jej rozerotyzowane bose stopy na Iwaszkiewiczowskich panów może nie działają jak trzeba, co nie znaczy, że nie działają w ogóle. A jednocześnie umie takimi migawkowymi pauzami, zatrzymaniami działań pokazać, że to tylko poza. Że to zamiast. Piękna robota.

Joanna Kasperek [mistrzostwo]

Parę tygodni temu przeczytałem jej wspomnieniowy wywiad w jednym ze świętokrzyskich portali. I mnie też zaczęły przypominać się jej postacie: prowincjonalna dziewczyna w grubych pończochach, którą wygrywała Przegląd Piosenki Aktorskiej, a ja to notowałem w jednym z pierwszych spisów, potem okres wierszaliński, z Młodą w „Klątwie” nie do zapomnienia. Dziennikarka pyta ją o życiową stabilizację w Teatrze im. Żeromskiego w Kielcach i czy czegoś jej nie brak. A przecież ma tu cudny płodozmian, od nowocześnie apsychologicznych postaci w sztukach Jolanty Janiczak i Pawła Demirskiego, przez czysty śmiech w „Szalonych nożyczkach” (a tak, i taka odmiana jest ważna), aż po przepięknie, powściągliwymi środkami narysowaną matkę narratora w „Widnokręgu” Wiesława Myśliwskiego. Której śmierć, pokazana jako finał życiowej krzątaniny, w głęboko harmonijnym ułożeniu się z samą sobą, jest w swoim piano tak mocny, że gdy po raz pierwszy widziałem spektakl Michała Kotańskiego, zdało mi się, że tu spektakl musi się zakończyć, natychmiast. Zagrano już wszystko.

Dominika Kluźniak [mistrzostwo]

Trzy obok siebie role w Teatrze Telewizji to może kaprys losu (tudzież sekretariatu programowego TV), ale trudno o lepszy symbol nowego, młodo-dojrzałego etapu jej twórczości. Oczywiście klującego się nie od dziś; to raczej Zosia z „Ułanów”, o której pisałem w poprzednim spisie, była może pożegnalną zabawą – pyszną – z emploi subretki. Maja w „Lecie” Rittnera (reż. Jan Englert) subtelnie i śmiesznie walcząca z pokusą miłości na granicy autokompromitacji, egzaltowana i naiwna żona sanacyjnego ministra w „Paradiso” Andrzeja Strzeleckiego a zwłaszcza kompletnie niespodziewana Gospodyni z „Wesela”, chłodna, oschła, bez zmiękczającego makijażu, ktoś ładnie napisał o jej „niebezpiecznej prostocie” – trzy wyprawy w różne artystyczne strony, przemyślane, z każdorazowo celnie wybranym zasobem środków, esencja aktorskiej dojrzałości. Oby dalej tak bogato i nie tylko w TV (a dodać trzeba, że i drugoplanowa pani Elvsted z „Heddy Gabler” w macierzystym Narodowym w reż. Kuby Kowalskiego nie zawodzi oczekiwań).

Karina Krzywicka [zwycięstwo]

Głęboki alt, uważne badawcze spojrzenie, powściągliwość, rzeczowy głos z ledwie słyszalną (acz słyszalną) sarkastyczną prowokacyjnością („co wy na to?”) i jednocześnie milcząca zgoda na kompletną marginalizację – czy właśnie taki jest Bóg w królestwie „z tego świata” zakonnika-radiowca z Torunia? Demaskatorski i odważny, ale nierówny i często demagogiczny spektakl „Wróg się rodzi” Marcina Kąckiego i Anety Groszyńskiej (Teatr im. Horzycy w Toruniu) właśnie w konstrukcji (i wykonaniu) jej boskiej postaci może najmniej grzeszy uproszczeniem. Uciekinierka z Dziukowego Teatru im. Witkiewicza i to z epoki największej popularności zakopiańczyków, grała potem na wielu scenach, na pewno zbyt rzadko, z przerwami, bez owego łuta szczęścia, który determinuje aktorski los. Może coś teraz się odkręci? Życzę jej tego, także przez pamięć tamtych pionierskich ról sprzed z górą trzech dekad.

Agata Kucińska [mistrzostwo]

Arcydzieło, jakim jest jej Oskar Matzerath w „Blaszanym bębenku” reżyserowanym przez Wojciecha Kościelniaka opisywałem już w „Odrze”; przeklejam, bo przecież nie napiszę jeszcze raz. Użyta jest technika tintamareski: twarz aktorki i zawieszony na szyi korpus postaci. Przez trzy i pół godziny spektaklu jej Oskar jest jak sejsmograf czule reagujący na każdy szczegół scenicznego świata (który z założenia oglądamy jego oczami). Reagujący wszystkim: skrzywieniem ust, ewolucją timbre’u głosu, skłonem animującego ciała, prowadzeniem lalki, która niekiedy wręcz lewituje nad sceną. Nie jest sympatycznym komentatorem, przeciwnie, to karzeł przenikliwie złośliwy, odpychająco samolubny, niebezpiecznie inteligentny. Aktorka zostawia mu minimalne miejsce na budzenie współczucia obserwatorów – ale je precyzyjnie wyodrębnia w całej, zegarmistrzowsko zaplanowanej partyturze. W drugiej części stopniowo zlewa swoją osobę z animowaną postacią, o której przypomina tylko sylwetka w dziecinnym mundurku namalowana na jej czarnym trykocie. Nie potrzebujemy już znaku nieproporcjonalności zabawkowego uniwersum; aktorka, już bez tintamareski i bez dziecinnego głosu szkicuje groźną moc swego bohatera, pychę, przeraźliwą samotność, potem królowanie w gangu, seksualne prymicje, niesentymentalną dorosłość. Popisując się wokalnym i tanecznym kunsztem, ni przez chwilę nie traci panowania nad narracją. Dwutorową, jak u Güntera Grassa: jest wciąż i postacią, i opowiadaczem, pieczętuje koncentrat powieściowego świata jednoczesnym byciem „w” i byciem „obok”. Premierowa publiczność wrocławskiego Capitolu na jej wyjście do oklasków zerwała się z miejsc. Musiała: to było naprawdę wielkie.

Mateusz Łasowski [na fali]

Przed czterema laty wraz z Pawłem Łysakiem wyemigrował z Bydgoszczy do warszawskiego Powszechnego, aliści może najlepiej ostatnio obydwu artystom udał się właśnie okazjonalny powrót nad Brdę. Artur Pałyga napisał „Trumpa i pole kukurydzy”, inspirowany aktorskimi improwizacjami mini traktacik sceniczny o ekologii, zmianach klimatu, końcu antropocenu i oczywiście o tym, że wszystkiemu są winni źli biali faceci z tytułowym pomarańczowym facetem na czele. Ponieważ twórcy widowiska w Polskim, oprócz ideowej słuszności mieli też na szczęście poczucie humoru, więc monologów amerykańskiego buca, podanych inteligentnie, celnie i z dobrze miarkowaną złośliwością słuchało się jak najlepszej komedii. Zaś zadanie finałowe, czyli Trump najpierw wykąpany w basenie a potem spalony na popcorn, powinno przejść do kanonu aktorskich wyczynów ekstremalnych. „Magnolia” Krzysztofa Skoniecznego we wrocławskim Współczesnym tak efektownej szansy mu nie dała, choć spektakl był jedną wielką rewią efektów specjalnych, a mizoginizm kolejnego białego faceta, przebranego za kota-showmana, też ideologicznie pasował do naszych czasów. Może tylko bajka była generalnie nazbyt przyciężka?

Aleksandra Maj [na fali]

Kolejna zawzięta podróżniczka po bezdrożach polskiego teatru. Widywałem ją kiedyś na Dolnym Śląsku (Legnica, Wałbrzych), potem ją miotnęło do Białegostoku. A ostatnio osiadła w Gliwicach, gdzie miała parę pięknych ról, przede wszystkim matki Zdzisława Najmrodzkiego w opromienionym już sławą widowisku Michała Siegoczyńskiego „Najmrodzki czyli dawno temu w Gliwicach”. Ze świetnym wyczuciem tonu tej łotrzykowskiej opowiastki stworzyła pozornie poczciwą, a tak naprawdę przebojowo sprytną mamę-wspólniczkę. Dobrze wspominam ciepło jej niani Marty w średnio udanej inscenizacji „Romea i Julii”; z fascynacją – nieoczekiwanie ujawnione rockowe szaleństwo w „Miłości w Leningradzie”, spektaklu z songów mało w Polsce znanego Siergieja Sznurowa. Łukasz Czuj, autor tego widowiska i generalnie twórca wielkiego sukcesu gliwickiego Miejskiego, został właśnie spuszczony z posady wiceszefa teatru. Czy i ją czeka jakaś kolejna ekstremalna peregrynacja?

Wojciech Malajkat [mistrzostwo]

Dawno go nie było. Reżyserował, dyrektorował, rektoruje w warszawskiej Akademii Teatralnej. A grywał mało, niekoniecznie istotne zadania; wolno było podejrzewać, że może mu się już i nie za bardzo chce. Jednak ożył, gdy dostał rolę Czesława Miłosza w „Deprawatorze” Macieja Wojtyszki (Polski, Warszawa), opowiadającym o spotkaniu trzech wielkich: Miłosza, Gombrowicza i Herberta. Zadanie miał trudne, bo Miłosz w ujęciu Wojtyszki jest właściwie postacią niedramatyczną: nie wchodzi z nikim w konflikt, nie ma żadnej własnej sprawy do przeprowadzenia. Trzeba było zrobić go ciałem, zwalistością sylwetki, jowialnością zachowań, jakimiś śladami tajemnicy twórczej pod pogodną powierzchownością. I zrobił to, dając rolę bledszą niż grający Gombrowicza Andrzej Seweryn, ale z o ile uboższego sukna wydzierganą. Charyzmatyczny nauczyciel w „Stowarzyszeniu Umarłych Poetów” (Och-Teatr, Warszawa, reż. Piotr Ratajczak) na tym tle był już tylko samograjem; publiczność go w nim uwielbia.

Grzegorz Małecki [mistrzostwo]

Jak się dostaje Gospodarza w „Weselu” (Teatr Telewizji, reż. Wawrzyniec Kostrzewski), rolę, gdzie stentorowo trzeba wygarnąć w tłum kolegów, albo w publiczność, wściekłe oskarżenie („Wy, a wy, co wy jesteście […] lalki szopka, podłe maski, farbowany fałsz, obrazki”) – no to niechybnie trzeba się witać z tak zwaną zawodową dojrzałością. Wita się jak należy, jest inteligentem, ile trzeba przejętym, ile trzeba naiwnym, ile trzeba porządnym, ile trzeba przestraszonym; to nie są narzucające się cechy w tradycyjnej lekturze arcydzieła Wyspiańskiego, ale na dziś w sam raz. U Jana Englerta w „Lecie” Rittnera (też Teatr TV) z ewidentną satysfakcją robi sobie kpinki (bez przekraczania granic karykatury) z bubkowatego amanta Goldersa. Natomiast grania w niestety tandetnym dramacie ciekawego zazwyczaj Neila LaBute’a „Kilka dziewczyn” jego macierzysty Narodowy powinien był mu oszczędzić. Szkoda czasu.

Piotr Mieczysław Napieraj [zwycięstwo]

„Każdy by chciał takiego mieć w zespole” – szepnął mi do ucha jeden z dyrektorów teatru, razem z którym oglądałem „Lwów nie oddamy”, spektakl Katarzyny Szyngiery z Teatru im. Siemaszkowej z Rzeszowa. No bo królewska postawa, łysina, siwa broda, władcze spojrzenie, słuszna postura i waga. Samo jego wkroczenie na scenę jest gestem energetycznym, uruchamia napięcie, przykuwa uwagę. A jeśli ktoś dysponujący taką mocą w samym ciele potrafi budować rolę, wchodzić w zwarcia, często dramatycznie dyskomfortowe, jeśli umie się też zaśmiać z samego siebie, stać go na ironię, na dystans, na czysto techniczne zmiany tonacji gry, na czułe słuchanie partnerów – to czego więcej chcieć? Dawno go nie oglądałem, rzadko bywając w Rzeszowie; cieszę się z dobrej formy. A spektakl zawdzięcza wiele jego wulkanicznej sile. Scenka z parasolem, pod którym nadęty minister spraw zagranicznych daje upust kretyńsko-kolonialno-cepeliowatym wyobrażeniom na temat ościennego państwa jest satyryczno-komediową perełką.

Wojciech Niemczyk [zwycięstwo]

Gdy młoda krytyka, komentując inscenizację „Widnokręgu” w Teatrze im. Żeromskiego w Kielcach, wydyma pogardliwie wargi, że to tylko takie proste opowiedzenie powieści, bez postdramatycznych i wszelkich innych fikołków, myślę z sympatią o nim właśnie. O tym aktorze, który przed dziesięciu laty zaszokował Kielce w duecie z Tomaszem Nosińskim „Samotnością pól bawełnianych” Koltésa i Rychcika, potem dawał się przebierać w różne dziwne formy przez Wiktora Rubina i wchodzić w groteskowe zadania ze sztuk Mateusza Pakuły, a teraz z ewidentną rozkoszą daje płynąć arcydzielnym frazom Wiesława Myśliwskiego, znajduje frajdę w melodii tych zdań, w ich doskonałej formie. Wątpię, by dyrektor i reżyser Michał Kotański musiał go do tego zniewolić środkami przymusu bezpośredniego. I chciałbym mieć to za normę, że aktor (reżyser, dyrektor) może znajdować przyjemność w przechodzeniu od form nowoczesno-awangardowych do konserwatywno-konwencjonalnych i odwrotnie. To są różne gatunki piękna, ale wciąż piękna. Tylko trzeba zawiesić doktrynerstwo, żeby móc to przyjąć do wiadomości.

Edyta Ostojak [zwycięstwo]

Skąd te wąsiki na jej twarzy? Ano stąd, że Łukasz Kos obsadził Szekspirowski „Wieczór Trzech Króli”, odwracając płcie, panie zagrały panów i vice versa. Nie z genderowych przyczyn chyba. Raczej z chęci zabawowo-melancholijnego przyjrzenia się dziwnym dróżkom męsko-damskiej uczuciowości z nieoczekiwanej, dystansującej perspektywy. Spełnia ten zamysł idealnie: jej książę Orsino jest poważnym, subtelnym młodzieńcem, nie do końca wiadomo, czy zakochanym bardziej w Violi, czy może w samym sobie, zabawnym we wszystkich wzdychaniach i minkach. A chwilę wcześniej także w Teatrze im. Osterwy w Lublinie Jędrzej Piaskowski zrobił „Trzy siostry” pozornie tradycyjnie, tylko jakby dyskretnie podkręcając stylistyczny potencjometr, wyjmując granie z realistycznego banału. I tu potrafiła znaleźć środki wyrazu, by wyostrzyć swą Maszę, od demonstracyjnego znudzenia pierwszych partii po wybuch ekspresji w IV akcie. Patrzę z zachwytem jeszcze od czasów sosnowieckich na rozkwit tego niepospolitego talentu, na trafność jej aktorskich rysunków, wyobraźnię, wrodzony rygor formy. Chapeau bas.

Mariusz Ostrowski [zwycięstwo]

Odbierając nagrodę aktorską Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej, przemawiał do widowni w Instytucie Teatralnym głosem, melodią, akcentem, lekko szemranym wdziękiem… Zdzisława Najmrodzkiego. Pięknie wszedł mu w krew jego bohater. Ale też współczesny teatr rzadko daje aktorom tak hojne dary, jak ten Fanfan Tulipan z Gliwic, przebojowy łotrzyk ze swoim kodeksem, swoim honorem, swoim patentem na kobiety. No i ze swoim wdziękiem, który, gdyby go przefajnować, byłby nieznośny, ale imponujące widowisko Michała Siegoczyńskiego (Gliwice, Miejski) samą formą „filmu na żywo” z markowanymi sytuacjami nie pozwala na dosłowność, daje aktorowi mądry, zbawczy dystans. Postać do kochania i lekkiego uśmiechu jednocześnie: marzenie każdego człowieka sceny. A czemu w macierzystym łódzkim Teatrze im. Jaracza tak nieczęsto trafia do obsad?

Sebastian Pawlak [zwycięstwo]

Poprzednio, gdy go widziałem w spektaklu TR Warszawa („Puppenhaus. Kuracja”), też grał w damskiej sukni. Czy w awangardowych teatrach obowiązuje aktorskie emploi? Żartuję; i w tamtym, i w tegosezonowym przedstawieniu Jędrzeja Piaskowskiego „Dawid jedzie do Izraela”, reprezentuje specyficzne i ciekawie wypracowane aktorstwo, by tak rzec, konturowe. Postacie są rysowane wyraźną kreską – ale nie wypełniane ani psychologią, ani wewnętrznymi sprzecznościami, ani szczególnym dramatyzmem. Są odsyłaczem do epoki, do sytuacji, do refleksji – ciepłym, bez komizmu za wszelką cenę, bez beki, jak to się dzisiaj mówi. Tak jak ta ze zdjęcia szantrapa sprzed telewizora, w którym drze się towarzysz Gomułka, próbująca się skapować, o co właściwie z tymi Żydami chodzi. Żaden komentarz do tak szkicowanej, całkiem sympatycznej a jednocześnie jakoś przeraźliwej poczciwości nie jest już potem potrzebny.

Bartosz Picher [zwycięstwo]

Odwieczny kłopot aktora: nie wszystko w jego rękach. Zwłaszcza w ryzykownych przedsięwzięciach. „Polska Woda” we wrocławskim Capitolu to czterdziestominutowa inscenizacja wrzuconego na YouTube monologu Henryka Jamrozika, prostego obywatela wkur… nieudolnością miejscowej władzy w kwestii oczyszczania rowów melioracyjnych. Konrad Imiela każe aktorowi rozbić kompulsywnym gadaniem wymuskany recital chopinowski w małej salce, w bardzo bliskim kontakcie z publicznością. I teraz wszystko zależy od tego, z czym przyszli widzowie. Jeśli z nieodpartą potrzebą kabaretowej zabawy – nie ma przedstawienia, są żenujące i nieprzyzwoite jaja z prostaczka. Czytałem o takich wieczorach. Na moim nikt się nie śmiał. I kanciasta, prostolinijna nieporadność uczciwego faceta nie dającego sobie rady z tą melioracją, z tym Chopinem, z tymi władzami i z całym tym światem, formułowana monstrualną, ale wiarygodną w swych wygibasach składnią, robiła się jakąś dziwaczną poezją, śmieszną i wzruszającą naraz. Aż po finał z nieodzownym po tyradach papierosem i zlaniu mówcy od stóp do głów przez przeciwpożarowe zraszacze. Ktoś powie: twoja rzecz, aktorze, zdusić w widzu głupie śmiechy. Łatwo powiedzieć.

Albert Pyśk [nadzieje]

Zaśpiewał na konkursie Przeglądu Piosenki Aktorskiej „Balladę maczetową” ze słowami Magdy Drab z własną muzyką tworzoną na żywo na komputerze, prezentując mocny głos, muzykalność i kluczową w tej specjalności pomysłowość, jak z dźwięku robić aktorstwo. Nie wzięli go do finału, ale ja już od dawna nie rozumiem konkursowych decyzji jurorskich (prostuję, przepraszam, był w finale, źle zapamiętałem). Jest chętnie wykorzystywany z tym swoim muzycznym talentem w realizacjach macierzystego Teatru im. Modrzejewskiej z Legnicy i bez wątpienia wnosi tym sposobem dodatkowy walor w takie przedstawienia, jak choćby „Wierna wataha”. Spadły na niego wielkie role w tym sezonie: obok siebie Hamlet we wznowionej inscenizacji Jacka Głomba i Maciek Chełmicki z „Popiołu i diamentu” w reżyserii Marcina Libera: podołał, lecz tylko poprawnie, bez blasku. Może przyszły w złym momencie, a może po prostu jego specyfika aktorska w innym planie się spełnia?

Michał Rolnicki [na fali]

Łączy ambitne zadania w macierzystym Teatrze Śląskim im. Wyspiańskiego z graniem fars w warszawskim Capitolu, gdzie go lubią i gdzie mu przychodzi z łatwością wykorzystywać swój rozpęd, temperament, pogodę i poczucie humoru do wzbudzania salw śmiechu. Czy to źle? Przeciwnie, twierdzę od zawsze, że gra w inteligentnie, nie po chamsku zrobionej krotochwili (i towarzyszący jej ładunek serdecznej widzowskiej akceptacji) ma walor odświeżający, pozwala aktorowi znaleźć w sobie większą moc do poważniejszych przedsięwzięć. Wystarczy spojrzeć, jak przekłada komediowy rozpęd na spersonifikowaną „złą nogę” w brawurowej adaptacji komiksu Tomasza „Spell” Grządzieli „Staś i Zła Noga” (reż. Bartłomiej Błaszczyński). Wybuchowy humor wprzęga się w opowieść o ciężko chorym chłopcu i o jego zmaganiach z upiorną codziennością; w najskuteczniejszy możliwie sposób służy budzeniu młodospołecznej empatii dla ludzkiej niesprawności i bólu. Mało?

Agnieszka Roszkowska [na fali]

„Niewysoka, z perkatym noskiem, okrągłą twarzą, z bystrym spojrzeniem pisklęcia niejasno rozumiejącego, w jakiego ptaka zaczyna się przepoczwarzać, snująca się po plaży w nie kończącym się oczekiwaniu. Na co? Na dorosłość?”. Cytuję samego siebie ze spisu sprzed wielu lat po premierze kompletnie zapomnianego telewizyjnego spektaklu Krystiana Lupy „Julia”, który był jej olśniewającym debiutem. Nie gra wielkich ról w warszawskim Dramatycznym, stała się typową aktorką drugiego planu, ale jej filigranowa sylwetka zdobywa niekiedy centralne miejsce – i to paradoksalnie właśnie powściągliwością, delikatnie zaznaczaną obecnością, raczej pauzami niż krzykiem – na przykład w świetnej, dojrzałej roli świadomej i bezsilnej wobec nieuniknionego nieszczęścia żony Eddiego Carbone w „Widoku z mostu” Arthura Millera (reż. Agnieszka Glińska). W dramacie „I że cię nie opuszczę” Gérarda Watkinsa (reż. Aldona Figura) ma czysto pomocnicze zadania, ale to właśnie ją uczyniono twarzą przedstawienia na okładce programu. To piękny gest przypominający, że nie ma w teatrze zbyt małych ról. Chapeau bas przed Tadeuszem Słobodziankiem za konsekwentne od lat honorowanie w ten sposób ludzi z zespołu.

Andrzej Seweryn [mistrzostwo]

Jak on to robi, że twarz jego Gombrowicza w „Deprawatorze” robi się jakaś nieprzyzwoicie, pornograficznie naga? W tym uśmiechu niby serdecznym, a nieszczerym, w tej drwinie ze wszystkiego, na pograniczu grubiaństwa, a przecież opromienionej bezwstydną, niepohamowaną miłością – do siebie samego, rzecz jasna. W przenikliwości taksującego spojrzenia skrywającego myśli i genialne, i pupowato dziecinne, i dorośle wredne. Widać, jaką przyjemność dało im – aktorowi i Maciejowi Wojtyszce, który rzecz napisał i wyreżyserował w warszawskim Polskim – konstruowanie tego wirtuozerskiego portretu górującego nad otoczeniem narcyza, nie dopuszczającego przy tym do swego arsenału min tej, która już zaraz zrobi się maską pośmiertną. Wyczynowe aktorstwo, jak u niego zawsze. Choć w „Borysie Godunowie” reżyserowanym przez wyczekanego Petera Steina schował twarz za obfitą charakteryzacją i za śmiertelnie przeterminowaną konwencją, na którą chyba nie miał wpływu.

Jerzy Stuhr [mistrzostwo]

Tytułowego bohatera „Wałęsy w Kolonos”, sztuki Jakuba Roszkowskiego i nieco plakatowego widowiska z krakowskiej Łaźni Nowej (reż. Bartosz Szydłowski) broni mocą własnej indywidualności i mistrzostwa zawodowego. Wystarczy zobaczyć, jak stoi. Jak napięte ma mięśnie, jak reaguje, gniewnie, wściekle na najmniejszą zaczepkę, jak w samej sylwetce, jej pochyleniu, jej gotowości do skoku kumuluje energię zaprzeczającą starczej niemocy. I żeby było jasne: nie broni swego bohatera na słodko. Nie da się tego Wałęsy lubić: jest gburem, kabotynem, groteskowym zarozumialcem, złośliwcem. Ale jest królem. By tak rzec naturalnym. Królem zdetronizowanym, przeczołganym (również przez własne głupoty). Herosem, który przeputał heroizm, samorodnym geniuszem wodzowskim skażonym wirusem autodestrukcji. Może zgodnie z tytułem chciałoby się w roli więcej odniesień do użytego w tytule Kolonos; to, przypomnę, miejsce, gdzie u Sofoklesa Edyp dociera do kresu życia. Ale pewnie zabrakło już na to miejsca w tak pomyślanej i w sumie dobrze się tłumaczącej roli.

Helena Sujecka [zwycięstwo]

Jej sceniczny rysunek pokurczonego jajogłowca w wełnianej czapeczce jest może drugim po Krzysztofie Schillerze w serialu „Artyści” Strzępki i Demirskiego morderczo złośliwym portretem polskiego współczesnego progresywnie nawiedzonego reżysera. Niekomunikatywnego jąkały plotącego niestworzone bzdury, stroszącego intelektualne piórka, próbującego manipulować aktorami, a gdzieś tam na spodzie normalnego i chyba mądrzejszego od tego, co mu się plecie. Na początku budzi śmiech i trwogę, na końcu – nawet sympatię, choć i tak cała opowieść Agnieszki Wolny-Hamkało i Martyny Majewskiej „Wyzwolenie: królowe”, o próbie obsadzenia sztuki Wyspiańskiego przez drag queen to żart wewnątrzśrodowiskowy, mało czytelny dla widowni. Która jednak celność i komizm parodii docenia. Podobnie jak doceniła nieco wcześniej wdzięk i temperament gwiazdy wrocławskiego Capitolu użytych do ratowania słabego musicalu Tomasza Mana i Agnieszki Glińskiej „Liżę twoje serce”.

Anna Tomaszewska [zwycięstwo]

No tak, właściwie za co żona Lota tkwi przy drodze jako słup soli na wiek wieków? Że się obejrzała za siebie, łamiąc boski rozkaz? Też mi sprawa! Jej bogobojnemu Lotowi nawet przez myśl nie przyszło się oglądać, gdy spylał z Sodomy, gdzie pieprz rośnie. A gdy się parzył z własnymi córeczkami, żeby się jego męskie nasienie nie zmarnowało, to żaden ogień z góry nie popłynął. Pomysły Agaty Dudy-Gracz na odwracanie biblijnych przypowieści w „Starym Testamencie – reanimacji” (Teatr im. Słowackiego, Kraków) mają różną moc; ten jest jednym z najświetniejszych, dzięki sile wyrazu aktorki, która nie pozwala sobie na żaden lament, jest zatrzaśnięta w złości, jakby zamknięta do wewnątrz, pełna zablokowanej pretensji i dopiero przez tę blokadę dotkliwie poturbowana. Podobny ton, równie przejmujący, dźwięczał w świetnych „Murzynach we Florencji” Vedrany Rudan w krakowskim Nowym w zeszłym sezonie (reż. Iwona Kempa); wygląda, że stała się głosem poniewieranych kobiet, przejmującym właśnie dzięki aktorskiej powściągliwości, skupionej mocy monologów. Ale pamięta i o swoich komediowych doświadczeniach – na zdjęciu jako matronowaty Ciotkozaur w „Kwiecie paproci” Marii Wojtyszko i Jakuba Krofty, też Teatr im. Słowackiego.

Magdalena Tomaszewska [zwycięstwo]

Jechałem do Płocka na dwunastą w południe, z góry czując, że coś może być nie tak; kalendarz nie pozwalał wybrać się wieczorem. No i siedziała na kameralnej scenie Dramatycznego nastoletnia gówniarzeria, nawet w miarę grzeczna, ale skrajnie znudzona, o co trudno mieć pretensję. A ona miała poczciwy, staroświecki monodram/recital piosenkowy o Mirze Zimińskiej, płocczance z urodzenia. Z kokieterią, z zaczepianiem „panów” na widowni, z przedwojennym humorem, z salonową nostalgią pasującą do tej publiczności jak absynt do drugiego śniadania na dużej przerwie. Patrzyłem, jak wybrnie. Szła jak po sznurku przez scenariusz, nic nie odpuszczając, ale i nie pogrubiając przekazu, skupiona, konsekwentna, jakby cały czas badając, czym zadziałać, co tu się da uzyskać i co z przekazu należy uchronić. Wyszedłem z szacunkiem dla jej profesjonalizmu, choć i z drugą myślą, gdzie by tu kupić małą bombkę i podłożyć pod dział marketingu Teatru im. Szaniawskiego. A aktorkę wspominam też i z dawnych, dużo mniej perfumowanych, odważnych ról: z „Lovers Saute”, czy z „Beauty 3.0”.

Paweł Tomaszewski [na fali]

Jego mocno przegiętego geja-oenerowca z „Króla” Szczepana Twardocha w warszawskim Polskim zechciało wyróżnić jury Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej, bez wątpienia zasłużenie, acz szkoda, że bez dostrzeżenia innych robót aktorskich w tym widowisku. A w dorobku sezonu ma inną rolę też w spektaklu o historii międzywojnia: Rosjanina Zarubina, głównego przeciwnika polskiego łamacza szyfrów z czasów wojny 1920 roku w „Człowieku, który zatrzymał Rosję” (Teatr Telewizji, reż. Tomasz Drozdowicz). Patrzę na to symbolicznie: z jednej strony rola w spektaklu mocnym i nieuładzonym, acz nie tak wściekle anarchicznym, jakimi bywały dzieła Moniki Strzępki (często z jego ważnym udziałem, choćby „W imię Jakuba S.”). Z drugiej praca w firmie do niedawna znanej jako zakład produkcyjny narodowych oleodruków, ale tym razem w dobrym przedsięwzięciu, wcale nie hagiograficzno-martyrologicznym, oryginalnie wymyślonym od strony formalnej, sprawnym. Żadnej z tych robót nie musi się wstydzić, pokazał umiejętność operowania skrajnie różnymi środkami wyrazu. Wolno wierzyć, że to dobry prognostyk na dalszą aktorską drogę.

Piotr Tomaszuk [nadzieje]

Muszę dać stempel „nadzieje”, należy się on debiutantom, choć jego wstąpienie między aktory przyszło dopiero w ostatnich latach, więc w wieku już nie pacholęcym. Widać, jak niespodzianą radość przynosi mu bytność na scenie, już nie postKantorowe prowadzenie i doglądanie przedstawienia, ale granie konkretnych ról. Dla siebie i dla głównego aktora supraskiej sceny, Rafała Gąsowskiego napisał miniaturę „Teatr, którego nie było”, odtworzenie wyimaginowanej wizyty, jaką tuż przed śmiercią Stanisław Wyspiański miał złożyć Ludwikowi Solskiemu – z którym niedawno przegrał wyścig o dyrekturę Teatru Miejskiego – by prosić o wystawienie powstałych właśnie „Sędziów”. Ze złośliwą frajdą wchodzi w rolę i w ton dyrektora koniunkturalisty wcale nie tylko sprzed stu lat: „Jeden krótki akt, bez przerwy, nie-antyk, i na dodatek o Żydach. No i kto na to przyjdzie? Tego się nie da sprzedać! Nikomu! To klapa będzie!”. Świetnie, jadowicie to zagrane, szkoda tylko, że następujący później bryk z „Sędziów” sypie się na wszystkich polach, z aktorskim włącznie. Brakło czasu na dopracowanie zbiorówek? Zobaczymy, co w dalszej perspektywie zaspokoi rosnący apetyt na granie szefa Wierszalina.

Paulina Walendziak [nadzieje]

Dali jej w tym roku nagrodę na Festiwalu Debiutantów „Pierwszy kontakt” w Toruniu? Ależ ja mam ją zanotowaną w roku… 2014, na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej. I nie ma wątpliwości, że to ona: dziewczęca sylwetka, pisałem sobie, burza rudych włosów, tradycyjne piosenki, nieśmiało szkolne interpretacje. Potem wyrywała się też z łódzkiej szkoły, by grać w „Kamieniu” na scenie warszawskiego Współczesnego. Ma w sobie coś, co od razu przyciąga uwagę i zapewnia jej zainteresowanie reżyserów, później widowni: niepokojącą dziecinno-dorosłość, jakieś – celowo użyte – niedopasowanie głosu do sylwetki, jednych gestów do drugich. Z czym musi uważać, bo, zwłaszcza gdy scenariusz jest przedobrzony, żonglowanie niedopasowaniami staje się tylko efektem zewnętrznym: na granicy takiego niebezpieczeństwa stoi w „Otchłani” efekciarskim pod granicę kiczu tekstem Yennifer Haley w reżyserii Mariusza Grzegorzka. Choć oczywiście widzowie za tę właśnie rolę będą ją nosić na rękach, nie za dużo bardziej stonowaną, a też zastanawiającą w każdej scenie Irinę z „Trzech sióstr” w tymże łódzkim Teatrze im Jaracza.

Marzena Wieczorek [zwycięstwo]

Charyzma, to nadużywane słowo w opisie artystów, także dlatego, że nie do ujęcia w jednoznaczną definicję. Ale bywa, że furda definicje, ktoś ma charyzmę i szlus. „Sami” Katarzyny Dworak i Pawła Wolaka to sztuka o parze mieszczuchów, którzy przeprowadzili się na wieś i uczą się życia w nowej społeczności. Trochę to jak z komedii „Natręci” (okrzyk „Sąsiaaad” i kolejna niezapowiedziana wizyta). Ale jest też i tajemnica głębokiej, intymnej depresji głównej bohaterki; tę partię Katarzyna D. pisała dla siebie. Czy zaakceptowała wspaniałe a konkurencyjne wykonanie, gdy przyjechali reżyserować do Teatru im. Osterwy? Spektakl w Gorzowie Wielkopolskim jest jak koncert orkiestry, w którym jedna instrumentalistka ma prawo do improwizacji. Zmienia ton dialogów, zrywa sytuacyjne ułożenia, wybucha gniewem, śmiechem, rozpaczą, złośliwością, każe partnerom – i widzom – iść za wewnętrzną logiką-nie logiką jej reakcji, nadążać za zmiennością, dobijać się ukrytych powodów szamotaniny. Nie mam pojęcia, czy to improwizacje, czy wszystko z góry do dołu ułożone; nieważne. Ważne, że rozpędza się teatr, w którym nic nie jest ani przewidywalne, ani banalne, ani zdystansowane, teatr żywioł. Żywioł charyzmy.

Małgorzata Zawadzka [na fali]]

Można by zrobić sondaż na widowni Starego Teatru, kogo gra w drugiej części widowiska Pawła Demirskiego i Moniki Strzępki „Rok z życia codziennego w Europie Środkowo-Wschodniej”. Rezultat byłby, śmiem podejrzewać, opłakany. Bo to my, środowisko wiemy, kogo znamionuje ten rodzaj uśmieszków, ironicznych bądź sceptycznych mruknięć do siebie samej, aluzji do dawnych tytułów Teatru TV; dla publiczności zasiadającej na krakowskiej widowni minister Zwinogrodzka nie jest bohaterką masowej wyobraźni. I jakaż grzeczna ta kpinka, jakaż dworska, kudy jej do grillowania takiej HGW w „Tęczowej Trybunie”. Nie obciążam aktorki winą za nie jej przecież słaby materiał. Mówię raczej, że przed oczami stanęły mi jej dawne, wyraziste, z uruchomioną cudną wyobraźnią sylwetki w teatrze tych samych PD & MS: piłkarz z wyspy Samoa, który strzelił komuś pierwszego gola w historii („Triumf woli”), elegancka Auschwitz Tour w „Nie-Boskiej komedii WSZYSTKO POWIEM BOGU”. A może nade wszystko „Paw królowej” reżyserowany przez Pawła Świątka, gdy zarzucając koński ogon z jednego ramienia na drugie, słodko recytowała: „Piosenka ta powstała za pieniądze Unii Europejskiej”. Tęsknię do takich dla niej zadań i wierzę, że doczekam.

Dawid Żłobiński [zwycięstwo]

W „Widnokręgu” Wiesława Myśliwskiego w swoim Teatrze im Żeromskiego w Kielcach gra wuja Władka, żyjącego obsesyjnym pytaniem, kto wykłuł oko psu Kruczkowi. Jego charakterystyczne warunki plus doklejony wąs i chłopski ubiór zepchnęły go w pierwszym oglądzie między postacie rodzajowo charakterystyczne, na co dali się nabrać niektórzy komentatorzy. To nieporozumienie jednak. Obsesja wuja Władka najpierw rzeczywiście anegdotyczna, później ściągająca bohatera na krawędź szaleństwa, w końcu konstytuuje się w jego głowie jako rodzaj egzystencjalnego ładu, ustanawia mu sens i powód życia, układa świat. Samo uporczywe pytanie, bez odpowiedzi, wtopione w czas buduje porządek. Aktor ma niebotyczne zadanie. Musi wyprowadzić swoją kwestię z poziomu obyczajówki, pchnąć ją w najwyższe rejony, dysponując tylko obsesyjnym refrenem; wszystko musi przyjść z wnętrza, z najintymniejszego procesu do zagrania właściwie poza słowami. Gdy pierwszy raz oglądałem spektakl Michała Kotańskiego, kończył mi się na solówce Joanny Kasperek, gadanina wuja była tylko watą. Gdy go widziałem drugi raz, śmierć matki przeszła obojętnie, a od jego kosmicznego wysiłku, by wykolone oko Kruczka uczynić środkiem świata, nie mogłem oderwać uwagi nawet na chwilę. To jest piękne w sztuce teatru i w sztuce aktorstwa, jeśli ją rozumieć poważnie: że te napięcia falują, zmieniają ułożenie, interakcje, pozostają w ramkach założonych sensów, ba, nie rozwalają umówionej formy – ale żyją, pulsują, oddychają. A nam, obserwatorom, wypada tylko życzyć, żebyśmy mieli możność, czas, luz – a i żebyśmy też chcieli i potrafili!! – w te pulsowania się zanurzać.

 

Jacek Sieradzki