Zobacz poprzednią edycję »

Subiektywny spis aktorów teatralnych

Edycja dwudziesta szósta
wrzesień 2018


Gdy ukazało się tomiszcze zawierające dzienniki Andrzeja Łapickiego z lat 1984-2005 „Jutro będzie «Zemsta»”, odzewem były głosy przepojone jakimś rozdzierającym, osobistym rozgoryczeniem. Że oto wspaniały amant polskich ekranów i scen, nasz arbiter elegantiarum, pokazał się w prywatnych notatkach jako ktoś egocentryczny, dosyć próżny, dosyć małostkowy, bezceremonialnie a niekiedy grubo traktujący ludzi bez wątpienia zasługujących na szacunek, w tym często mu bliskich. Jak mógł!? – pytano. Czytałem te głosy zgrozy z pewnym zadziwieniem. Nie tylko ze względu na ewidentne pomylenie – i to u osób znających się na teatrze! – gracko zbudowanego wizerunku scenicznego (scenę rozumiem tu szerzej niż tylko wieczorne przedstawienia) z, by tak rzec, obliczem bez szminki. Jeszcze bardziej zdumiewająca była ujawniająca się w tych protestach namiętna potrzeba idealizacji kogoś, w kim się chciało widzieć wzorzec, i szczera rozpacz, gdy ów ktoś do wzorca nie dostawał. Jakby nie było oczywiste, że nawet świętym, gdy nikt nie patrzył, zdarzało się szpetnie zakląć, brzydko odreagować napięcie, krzywo i niesprawiedliwie pomyśleć coś o czymś czy o kimś. Inna rzecz, że nie lecieli notować tych robaczywych myśli w kajeciku szykowanym do wydania (nawet, jak tu, z karencją pięciu lat po śmierci).

Trzeba mieć dla dzienników Łapickiego trochę wyrozumiałości (i, rzecz jasna, łatwiej o nią komuś, kogo diarysta akurat ni razu boleśnie nie dziabnął). Trzeba chcieć przedzierać się przez wszystkie honory i splendory, jakie go spotkały, przez papieży, prymasów, premierów, rektorów, eminencje, ekscelencje i magnificencje, trzeba przenurkować przez życiowe nudziarstwa o lekarzach, samochodach i życiu towarzyskim, by na samym dnie trafić na coś, co być może jest jakimś bolesnym jądrem twórczej świadomości człowieka teatru, aktora, reżysera. Na udrękę obsesyjnych pytań zadawanych sobie po każdej robocie: czy wyszło, więc dalej jestem czegoś wart, czy nie wyszło, więc może już się kończę? Widać, jak artysta, bądź co bądź uznany i szanowany, katuje się tymi wątpliwościami, jak przetrawia wszelkie sygnały i reakcje, czasem ewidentnie niemądre bądź marginalne. Lawina pochwał, nawet rozpędzona dalece ponad konwenanse, nie gasi jego niepokoju, zaś głosy nieprzychylne nie wstrzymują kurczowej nadziei, że może coś jednak da się obronić. Jest w tym rozliczaniu uporczywy, nienasycony, ale trzeźwy, nie ma tu narcyzmu, tylko rzeczowy rachunek, nigdy zresztą nie domykany do końca. A przy jego sporządzaniu aktor jest bezapelacyjnie sam. Wywiady, recenzje, głosy na bankietach, bon-moty i złośliwostki od kawiarnianego stolika, wszystko to brzęczy gdzieś z dala, w niczym nie pomaga, niczego nie łagodzi. Jak widać, w sztuce teatru, jednej z najbardziej kolektywnych z definicji dziedzin twórczości, bilans tak czy owak zawsze sumuje się jednostkowo. Na indywidualnym koncie.

Choć z tą samotnością… W dzienniku Łapickiego żona obecna jest właściwie milcząco. Nie ma nawet zapisów, że rozmawiali o spektaklu, czy roli. A jednak w dniu jej śmierci autor pisze w kajecie wielkimi literami słowo „koniec”. Jakby nagły brak czegoś, co przedtem nie doczekało się nawet wzmianki, zamykał dokumentnie wszystko.

Próbując zestawiać – już dwudziesty szósty raz, więc może też obsesyjnie – coroczne notatki o dokonaniach aktorskich sezonu, myślę o tych indywidualnych bilansach. Które dokonywane przez obserwatorów z zewnątrz zawsze są niesprawiedliwe, niepełne, skażone przypadkiem: czegoś się nie zobaczyło, nie dopatrzyło. Zaś czynione przez samych artystów bywają potwornie gorzkie – bo nikt lepiej od nich samych nie wie, ile jest tu niespełnień niezawinionych, płynących z nieporozumień, z niedogadania, z pośpiechu, ze złej chemii, ze złego układu gwiazd. Z tych wszystkich czynników, których żaden rachunek osobisty nie uwzględni, a w końcu, rób co chcesz, jedynie on się liczy. Te notatki tego stanu nie odwrócą, choć na pewno by się chciało, nie raz i nie dwa. No to trzeba przynajmniej spróbować.

Matylda Baczyńska [zwycięstwo]

Na pustej scenie leży kilka przedmiotów oznaczonych numerkami, jak do policyjnych zdjęć na miejscu zbrodni. Aktorka, prowadząc narrację, podąża od punktu do punktu. Ma dwie partytury. Słowną z całą gamą uczuć: nienawiści, euforii, spokoju, apatii, nadziei, beznadziei – i partyturę działań z przedmiotami, które trzeba ograć, przygotować, wprowadzić. Ta druga o fazę wyprzedza pierwszą. Złożenie w jedno ekspresji opowieści i zegarmistrzowskiej precyzji aktorskich czynności powoduje, że „Ikebana” Marcina Skóry, typowy tekst z pitavalu (choć o sporej dramatycznej mocy), zyskuje dyskretny, ale wyraźny i poruszający ton tragicznej determinacji. Koronkowa robota zachwyca, acz nie zaskakuje, gdy się widziało, co w tej mierze aktorka tarnowskiego Teatru im. Solskiego potrafi, fenomenalnie interpretując ni mniej ni więcej „Króla Ducha” Juliusza Słowackiego przed trzema laty.

Grażyna Barszczewska [mistrzostwo]

Czy dobrze słyszę w mowie przedwojennej szefowej wesołego przybytku z „Duchów” – musicalu wspólnie wystawionego przez Pożar w Burdelu i Teatr Polski – lekko kresowy zaśpiew-wspomnienie wieloletniej heroiny warszawskiej sceny, Niny A.? Brawurowo bawi się rolą władczej burdelmamy, ale ma też na koncie skromnie kreślone i właśnie przez to dotkliwe polsko-żydowskie sylwetki w „Królu” Szczepana Twardocha i w „Kilku obcych słowach po polsku” według scenariusza Michała Buszewicza i w reżyserii Anny Smolar. Świetny sezon, z którego może najmniejszą atencję wzbudza sztampowy wieczór biograficzno-piosenkowy o Marlenie Dietrich. Tak bywa: wyżej liczą się celne role w udanych, ansamblowych spektaklach niż prace zbyt jednoznacznie krojone na popis.

Adam Cywka [pytania]

Kolejny emigrant z kretyńsko rozwalonego Polskiego we Wrocławiu, choć gwoli rzetelności dopowiedzieć wypada, że nie był tam rozpieszczany tak dużymi i efektownymi zadaniami, jak Jakub Szapiro, jeden z głównych bohaterów Twardochowego „Króla” przysposobionego na scenę w Polskim warszawskim przez Monikę Strzępkę. Z rolą boksera-gangstera znakomicie daje sobie radę, jest, ile trzeba, „gatunkowo” stereotypowy (z higieniczną odrobiną dystansu), umie jednak naładować postać energią jak dynamitem. Zobaczymy, czy się zadomowi w krzepnącym, coraz mocniejszym zespole Andrzeja Seweryna (i może nawet kiedyś powiemy, że w sumie wygrał), czy zostanie w stanie bezdomności, który jest udziałem sporej części dawnego wrocławskiego ansamblu i żadna wygrana nie rysuje się tu nawet na odległym horyzoncie.

Grzegorz Dowgiałło [na fali]

Niewidomy muzyk o nieprawdopodobnym instynkcie scenicznym. Z fascynacją można obserwować, jak odruchowo umie się ustawić na scenie, jak buduje wokół siebie przestrzeń, jak ściąga na siebie uwagę, bijąc w sprawności na głowę partnerów. Jako wokalista i instrumentalista świetnie też wie (i przekłada na aktorstwo), co znaczy wyjść z solówką na pierwszy plan a potem cofnąć się w zespołowy szereg, wie, jak grać codę, jak podprowadzać melodyczną kulminację pod mocny końcowy akord. Ze swoim wyczuciem formy jest podporą spektakli Eweliny Marciniak, a nawet i trochę ich ratownikiem. Bo pech chce, że zawsze go widziałem w dziełach schrzanionych od strony tekstowej: w niegdysiejszym „Gałganie” (wrocławski Współczesny), w tegorocznych „Odysie” (Polski, Poznań) i „Stańczyku” (Rozrywki, Chorzów). Jego kosmiczna energia zasłaniała słowne mielizny, ile się dało; całkiem się nie dało. Ach, zobaczyć go i usłyszeć w literaturze pierwszej klasy! Która scena się odważy?

Magdalena Drab [na fali]

Uwaga: indywidualność z tych, co nie rodzą się na kamieniu. Gra, pisze sztuki (jedna zdobyła już prestiżową Gdyńską Nagrodę Dramaturgiczną), współtworzy łódzki Teatr Zamiast. Jacek Głomb ściągnął ją do legnickiego Teatru im. Modrzejewskiej, gdzie w dyrektorskich „Biesach” błysnęła wyrafinowanym, zmiennouczuciowym epizodem Lizy, a na początku nowego sezonu wyreżyseruje prapremierę jednego ze swoich dramatów. Zaś pod firmą Teatru Zamiast przygotowała monodram „Curko moja, ogłoś to”, brawurowy „wernisaż”, a tak naprawdę dialog malarki-prymitywistki z urzędową cmokierką od malarstwa, zabawny, wzruszający, a przy tym niesłychanie bogaty formalnie, wpisany w zmienne rytmy towarzyszącej muzyki. Spektakl wygrał w cuglach The Best OFF, I Festiwal Teatru Niezależnego, a o laureatce, która, jak widać, sama zda się chodzącą niezależnością, usłyszymy jeszcze nie raz.

Krzysztof Dracz [mistrzostwo]

Że aktorzy potrafią tyć i chudnąć na zawołanie, to wiadomo – do filmu. Ale w teatrze? Nie dietą operując, tylko siłą sugestii? Proszę spojrzeć na zdjęcia. Na tego dość zażywnego jegomościa, króla życia, brutalnego i mądrego żydowskiego gangstera Kaplicę w tyle razy już wspomnianym „Królu” z warszawskiego Polskiego – i na cieniutkiego, zwiewnego jak zefirek Gonzala, prowokującego nadętych polskością emigranckich sarmatów w Gombrowiczowskim „Trans-Atlantyku” z warszawskiego Ateneum (reż. Artur Tyszkiewicz). Strażnicy poprawności LGBT fuknęli na tę rolę, że to stereotyp geja. Ale przecież nie chodziło o studium realnej postaci, tylko właśnie o grę ze stereotypem. I o precyzyjną formę sceniczną, którą ma w małym palcu i której powinien uczyć (mam nadzieję, że wciąż uczy) młodych adeptów zawodu.

Irena Dudzińska [mistrzostwo]

Postarzał się tekst Arnolda Weskera sprzed trzydziestu z górą lat „Co się zdarzyło z Betty Lemon”. Że starszą panią obdarowano tytułem „Niepełnosprawnej Kobiety Roku”, a ona umie się tym tylko denerwować, no i trochę się śmiać? Że jej małżonek, w gębie zadzierzysty socjalista, w głębi duszy jak lewicowego zbawienia pragnął tytułu szlacheckiego? Kogo to dziś może obchodzić? Warto odwiedzić najmniejszą scenę poznańskiego Nowego właściwie jedynie po to, żeby napotkać wzrokiem jej przenikliwe, mądre i lekko kpiące spojrzenie. Posłuchać, jak mówi, jak panuje nad sensem, nad melodią każdego wypowiedzianego słowa. Na malutkiej scenie studyjnej u Aliny Obidniak w Jeleniej Górze grała kiedyś jeden z najgenialniejszych rebusów polskiej dramaturgii – monolog Lucyfera z V aktu „Samuela Zborowskiego” – i cudownie wchodził w głowę sens poetyckich zakrętasów. Minęło z górą trzydzieści lat, a wciąż to pamiętam.

Mariusz Galilejczyk [nadzieje]

Kłopot z tymi teatrami, nie dość, że ich tak dużo, to jeszcze rosną nowe, jak ten Miejski w Gliwicach. Jak nadążyć? „Psie serce” (reż. Krzysztof Rekowski) obejrzałem trochę przypadkiem i zachwyciłem się jego Szarikiem/Szarikowem. Powieść Bułhakowa, jakby kto nie pamiętał, mówi o kundlu, któremu lekarz-eksperymentator wszczepia ludzki mózg; eksperyment wypada źle a porewolucyjne czasy są marne. W Gliwicach zagrali to tak, żeby pokazać marność i tamtych, i naszych czasów, a on prowadził swojego bohatera jednocześnie jak psa z fantastycznej przypowieści i jak człowieka, owszem, podatnego na demoralizację, ale po drodze upokorzonego do zdechu. Pięknie, tylko to premiera z ubiegłego sezonu. A tegoroczna inscenizacja „Romea i Julii” wyszła dużo gorzej, zaś on w roli zakochanego dzieciaka chyba nie poczuł się zbyt komfortowo. Na koncie ma jeszcze parę ról, które chciałoby się zobaczyć, ale kalendarz ma trochę za mało kratek… Niech to będą nadzieje trochę na kredyt. Nie lękam się o spłatę.

Krzysztof Globisz [mistrzostwo]

Nie było szczęśliwym pomysłem obsadzenie go w roli profesora Quadriego w „Konformiście 2029” według Alberta Moravii w krakowskiej Łaźni Nowej. Zobaczenie w nim, walczącym z bezradnością, duchowego przywódcy wolnego świata tak mocarnego, że faszystowski reżym nasyła nań morderców, prowadziło do niemożliwych łamańców interpretacyjnych nadwątlających i tak chwiejną spójność aktualizującego starą powieść widowiska. Ta konstatacja w najmniejszym stopniu nie podważa jednak ani wspaniałości pomocy, jaką teatr okazuje aktorowi w jego powracaniu do siebie (Łaźnia Bartosza Szydłowskiego ma tu zasługi nie do przecenienia), ani jego własnego heroizmu. W walce o każde zadanie, niewykonalne też. W koncercie przygotowanym przez Ewę Kaim na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej mówił po słówku, na tle pojedynczych dźwięków fortepianu, Niemenowski „Dziwny jest ten świat”, a napięcie elektryzowało salę jak przed burzą, która oczyszcza.

Magdalena Gorzelańczyk [nadzieje]

Można powiedzieć, że znakiem jej Jadwigi ze „Śmierci białej pończochy” jest ciało: nagie, chude, pozbawione włosów, nieuformowane ciało podlotka, które uczy się dopiero własnej kobiecości a i tak za chwilę zostanie skonsumowane przez dzikiego Litwina. To dojrzewanie jest fascynujące, dziecinada sąsiaduje z kokieterią, bezbronność z wyrachowaniem. Jeszcze przed szkołą aktorską zetknęła się z teatrem tańca, to, wolno sądzić, procentuje siłą wyrazu, uzupełnia skąpy tekst, który krakowskiej królowej ofiarował Marian Pankowski w starej a nie grywanej sztuce. Świetny nabytek gdańskiego Wybrzeża; ma się z czego cieszyć reżyser jej debiutu, Adam Orzechowski.

Karolina Gorzkowska [nadzieje]

„Jestem Rutka Laskier / Lub Karolina Gorzkowska / Wiele rzeczy mnie wkurwia Najbardziej wkurwia mnie Polska”. A mnie zwykle wkur…, pardon, rozwściecza takie wtrynianie prywatności na scenę, będące prawie zawsze klajstrowaniem artystycznej bezradności. W tym przypadku jednak nie. Poprzez „Pamięć Rutki” Michała Kmiecika i Justyny Łagowskiej Teatr Dzieci Zagłębia z Będzina próbuje opowiadać nastolatkom o zabitej w czasie wojny żydowskiej rówieśniczce, szukając bezpośrednich psychicznych paraleli, bez patosu i szkolarstwa. Szczerość jest tu na wagę złota, a jej sceniczna furia, bunt, autentyzm, moc kontaktu z widzem przykrywa artystycznie z nawiązką łatwiznę prostej zamiany nazwisk z bohaterką. Czuje się tę jej gorącą, zamaszystą energię nawet na drugim planie w macierzystym Opolskim Teatrze Lalki i Aktora, w „Zagubionym chłopcu” Artura Pałygi i Pawła Passiniego, tegorocznym triumfatorze Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Magda Grąziowska [zwycięstwo]

Stało toto przy bileterce w tym dresiku, co na zdjęciu, w klapkach na bosych nogach. Zasapany na schodach kieleckiego Teatru im. Żeromskiego przelazłem obok, nie rozpoznając (maskujący kostium!) jednej z najjaśniejszych gwiazd dzisiejszego teatralnego aktorstwa. Jaki wstyd! Błyszczącego sezonu przeoczyć niepodobna: była tym dresowym maltretowanym Innym w „Ciemnościach” Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego, wystawiała się na mróz w negliżu na teatralnym balkonie w „Rasputinie” Jolanty Janiczak i Wiktora Rubina, wtapiała się czule i lojalnie w ansambl zmagający się z pamięcią pogromu kieleckiego w „1946” Tomasza Śpiewaka i Remigiusza Brzyka, szła w żart w jednej jednoaktówce Fredry i w drapieżność pod konwenansem w drugiej (niedoceniony spektakl Mikołaja Grabowskiego „Prędko, prędko”), a ja jeszcze dooglądałem jej Harper w sztuce Simona Stephensa, za którą w zeszłym sezonie dostała zasadnie Nagrodę im. Zelwerowicza. Oszałamiająca różnorodność, imponujący wachlarz środków aktorskich. Rzuca Kielce, wraca do Krakowa i – jakkolwiek to zabrzmi – oby dzisiejszy Stary Teatr jej nie rozczarował.

Oskar Hamerski [na fali]

Nie gra już doktora Faka, uwodzicielskiego w miękkim spojrzeniu i głosie psychoterapeuty Warszawy, istotnej postaci z panopticum Pożaru w Burdelu. Ponoć terminy Narodowego i kabaretu były nie do pogodzenia. Szkoda, do zwariowanego Walczakowego uniwersum wnosił inteligentny dystans i prawdziwie terapeutyczny uśmiech. A macierzysty Narodowy trochę go zaszufladkował w klasycznych, retorycznych rolach, takich jak Leontes z „Opowieści zimowej” czy Danton w sztuce Büchnera reżyserowanej przez Barbarę Wysocką. W rozsadzających scenę politycznych przemowach francuskiego trybuna ludowego czuje się znakomicie, umie rozłożyć akcenty, stopniować napięcie, pokazywać, jak pod perswazyjny zapał i pewność siebie stopniowo wkrada się bezsilna pogarda dla przeciwnika, którego żadna, najlepsza nawet retoryka nie odwiedzie od nikczemności. My to już niestety dobrze wiemy. Niekoniecznie z historii Rewolucji Francuskiej.

Anita Jancia-Prokopowicz [na fali]

Przez chwilę w półmroku naga w szklanym pudle, niczym zamrożona w bryle lodu, potem w wygodnym i leciutkim, jakby naturalnym żółtym kombinezonie, boso. Żadnych lin i czekanów, żadnej dosłowności. Co trudniejsze: wspinaczka na ośmiotysięczniki (w roli Himalajów obsadzono ściankę, barierki i galeryjki małej sceny Polskiego w Bielsku-Białej), czy pantofle na obcasie i kostiumik, życiowe ściany do pokonania? Zadziwiająca ta „Wanda” (Rutkiewicz oczywiście), monodram Wiesławy Sujkowskiej o wielkiej himalaistce, ale i o kobiecie po prostu, mocnej i kruchej naraz, z popapranym dramatycznie życiorysem i z ocalonym urokiem dziewczyny z sąsiedztwa. Warto było wracać z seriali, gdzie grała latami, na deski; bielska publiczność ją kocha i w tej kreacji, na którą miesiącami nie ma biletów, i w innych rolach, choćby jako zakochaną Ankę w zaskakującym melodramacie wojennym Zuzanny Bojdy „Ciao bambina”, bezpretensjonalnym, wciągającym i niegłupim.

Krystyna Janda [mistrzostwo]

Doprowadziła mnie do wściekłej złości wygłupem i dezynwolturą w rozpoczynającej sezon farsie „Pomoc domowa”. A teraz leżę plackiem przed bezapelacyjnym mistrzostwem jej „Zapisków z wygnania” i myślę, że może naprawdę nie ma złego bez dobrego. Może widownia Polonii i Och-Teatru rzeczywiście powinna się najpierw utwierdzić w miłości dla niej nonszalanckiej, haftującej niepamiętany tekst, zaraźliwie śmiejącej się sama z siebie – żeby dać się później tak zmrozić druzgocącą w swej determinacji mową oskarżycielską wypędzonej w 1968 polskiej Żydówki, Sabiny Baral. Mówioną w zapamiętałym skupieniu, z ważeniem i wybrzmieniem każdego, precyzyjnie artykułowanego zdania. I jeszcze te piosenki z epoki, nieśpiewane, nucone po parę taktów, niczym przywoływane z pamięci dźwięki-pamiątki zdarzeń, tak niedosłowne, że aż oczywiste. I sama jej twarz, powiększona dzięki projekcji na tiulowy ekran, stężona bólem i gniewem przekraczającym wymiar zwykłego spektaklu. Najmocniejsza teatralna wypowiedź wobec tego wskrzeszenia upiorów, które nam sprokurowano na pięćdziesiątą rocznicę.

Arkadiusz Janiczek [zwycięstwo]

Sprawdzam w notatkach: naprawdę nigdy jeszcze nie trafił do tego przeglądu? Przez tyle lat? No to rozumiem, dlaczego sprzedając widowni złośliwości Jarosława Marka Rymkiewicza z „Ułanów” na temat głupoty krytyków teatralnych, ma jakąś taką lekko mściwą minę. Grywa głównie drugi plan. To osobna i dość niewdzięczna specjalizacja: tworzyć postacie wyraziste, pomysłowe, dające się zauważyć – a jednocześnie skromnie wycofane, zostawiające pole protagonistom. Jak właśnie ów ordynans z „Ułanów” zabawny w zderzeniu plebejskiej jurności z poetyckimi aspiracjami, doskonale skrojony, aczkolwiek, by rzec po ułańsku, znający miejsce w szeregu. Ma mnóstwo takich robót na koncie, jest jednym z tych, na których stoi repertuar, aliści pewnie chciałby dostać czasem u siebie w Narodowym rolę prawdziwie prowadzącą. Dali mu ją w Teatrze Telewizji i jego Rak w „Żabusi” Zapolskiej (reż. Anna Wieczur-Bluszcz), tragifarsowe wcielenie męskiej poczciwości-bezradności kreślony jest bezbłędnie, rozbraja i wścieka po równo.

Monika Janik [nadzieje]

Pamiętam ją jeszcze z dyplomowego „Wesela”, jakie w szkole wrocławskiej zrobiła Monika Strzępka; jej pyskata, ostro kreślona Panna Młoda zwracała uwagę od pierwszego wejścia, wybijała się z tłumu weselników. Ale też ma w sobie naturalny liryzm, przebijający nawet spod chamsko groteskowych pierwszych działań Dżiny w „Dwojgu biednych Rumunach mówiących po polsku” Doroty Masłowskiej (reż. Paweł Świątek) a potem kulminujący w finale dramatyczną, naiwną prostotą. A w „Tlenie” Iwana Wyrypajewa (reżyserski debiut Aleksandry Skorupy) jest już liryką wcieloną: pastelową, ze złotymi ozdóbkami wokół oczu, co daje im egzotycznie-pomnikowy wyraz, ze skupioną hieratycznością najprostszych działań typu przelewanie soku do dzbanka, które śledzi się w napięciu jako ważny, choć nie we wszystkim zrozumiały rytuał. Dobrze, że dostaje tak ciekawe zadania; słupski Nowy Teatr ma na kogo chuchać i dmuchać.

Dariusz Jeż [na fali]

Kto pamięta dzikiego domowego potwora z dawnego świetnego spektaklu Sceny Prapremier InVitro „Ostatni taki ojciec”, ten roześmieje się z niedowierzaniem, patrząc, jak rozbawia dzieciaki i chyba pysznie bawi się też samym sobą w inscenizacji slapstickowej bajki Marty Guśniowskiej „Brak sensu, aniołek, żyrafa i stołek” w lubelskiej Czytelni Dramatu. Niezwykłą ma drogę aktorską, od zawodowej inicjacji w teatrze… więziennym, gdzie po raz pierwszy zrealizował marzenia o scenie, poprzez ciężkie obsady „po warunkach” – aż po dzisiejszą dyspozycyjność całkiem gatunkowo szeroką. Zagrać pociesznego aniołka, co spadając z nieba, tłucze sobie tyłek – czemu nie? Z przyprawioną brodą i w lisiej czapie wejść w skórę cadyka w opowieści o „Hindełe, siostrze sztukmistrza” Patrycji Dołowy i Pawła Passiniego w Teatrze im. Osterwy – proszę bardzo. Zawodowość pełną gębą, choć bezetatowa.

Michał Kaleta [zwycięstwo]

Obstawienie sceny prompterami zabiło aktorstwo „Wielkiego Fryderyka” w poznańskim Polskim, czegokolwiek by Jan Klata nie bajdurzył o tym pomyśle w wywiadach. On swojego Krasickiego uratował – także z tego elementarnego powodu, że rolę miał pamięciowo opanowaną. Ale i miał do zagrania coś więcej niż marionetkę: przestraszonego człowieka wbitego w biskupi ornat, poniżanego na wrogim dworze, starającego się o zachowanie rudymentarnej godności, często przegrywającego tę walkę, potem uporczywie przekrzykującego klęski. Gra, by tak rzec, niezestrojonymi środkami: stereotypowo dyplomatyczną układnością dworaka, modulowanym głosem lekko spsiałego inteligenta – i nagłym krzykiem, spazmem, nagością. Bogata rola przypominająca, po trochę słabszym okresie, wielkie możliwości gwiazdy poznańskiej sceny.

Elżbieta Karkoszka [mistrzostwo]

Kto pozwolił tak o niej zapomnieć? A jej nudzić się na emeryturze, albo brać udział w peryferyjnych przedsięwzięciach? W znakomitych „Murzynach we Florencji” według Vedrany Rudan, których pod firmą krakowskiego Nowego zrealizowała Iwona Kempa, jest staroreżymową komunistką jeszcze od Tity, pełną żalów do losu za przegraną młodość i niespełnione życie. Spektakl jest rewią wynaturzających się w groteskę resentymentów wszystkich do wszystkich, ona ma na twarzy błogi uśmiech babuni, spod którego błyskają kły nienawiści i złośliwości wobec pozostałych członków rodziny, absurdalne rojenia o wycieczce do Florencji, gdzie od Murzyna na parkingu łaskawie kupi parasol (i popieści swą chwilową wyższość). Na samym dnie jest jeszcze pogarda dla samej siebie przegryziona przez wisielczy humor. Złożony, dość odrażający portret zbudowany prawie bez działań scenicznych – tylko wyrazem twarzy, tonem głosu, spojrzeniem.

Dominika Kluźniak [mistrzostwo]

Jej kwestię z „Elementarza” Barbary Klickiej chcę tu przepisać dla przyjemności poobcowania z lapidarną celnością tej słownej odtrutki na rzeczywistość: „Szanowni Państwo, realizatorzy oświadczają, że litera P nie weźmie udziału w spektaklu, ponieważ wydaje nam się, że nie używając litery P, mówimy również o niej”. Nadęci miłośnicy międlenia w kółko słowa na „P” pewnie nie docenią filuternego błysku w oku aktorki, porozumiewawczego spojrzenia rzuconego na widownię, w którym nie ma konfidencji, jest namowa do inteligentnej i dojrzałej zabawy/namysłu nad słowami i działaniami rozpoczynającymi się na wszystkie litery świata. Co aktorka wykonuje pięknie w obu przedsięwzięciach Piotra Cieplaka w Narodowym: i w dalece nie szkolarskim „Elementarzu”, i w „Ułanach” Rymkiewicza, narodowej farsie kończącej się (zwłaszcza dla jej postaci) nader niemiło i nieśmiesznie.

Andrzej Kłak [na fali]

Zagrać główną rolę u Krystiana Lupy, dużo to czy mało? Oczywiście dużo, ale… Ten „Proces” wyrzucony z Wrocławia po spacyfikowaniu Polskiego, wyprodukowany składkowo przez bodaj cztery teatry i parę festiwali, jest popękany, pospieszny, jakby nieustannie skarżący się na brak czasu. I role, zwłaszcza te prowadzone przez całą opowieść, a nie tylko krótkie epizody, pozostają jakby w zaszkicowaniu, niedopowiedziane. W dodatku inscenizator rozdzielił Józefa K. (i Franza K. jednocześnie) między dwóch aktorów. Marcin Pempuś dopowiada myśli, jemu zostaje właściwie tylko sylwetka podsądnego: zagubionego, osowiałego, przybitego – plus parę świetnych scen w pierwszym akcie. W przedstawieniu mieści się dobrze, dla aktora to pewnie trochę mało. Na pociechę ma w macierzystym Powszechnym zgrabną rolę w adaptacji Orwellowskiego „1984”, nieoczekiwanie czytanego przez Barbarę Wysocką po wierzchu fabuły, bez politycznego ostrza.

Sandra Korzeniak [zwycięstwo]

„Nie przeszkadza ci, że jesteś wariatką?” – pytał Mike Urbaniak w wywiadzie przed premierą „Kobiety pod presją”. Zabawne: pytał ją przy okazji roli, która, jak może żadna przedtem, była świadectwem zawodowej precyzji i poukładania aktorki, właśnie świetnie panującej tu nad szaleństwem scenicznym, potrafiącej je stopniować i zgasić. Owszem, znane cechy jej stylu a może i maniery: rozedrganie, nadpobudliwość, specyficzna ekspresja, chęć prowokowania – nie zniknęły, ale o narastającym obłędzie tytułowej kobiety mówią tym razem głównie środki inscenizacyjne Mai Kleczewskiej (rozjeżdżający się obraz działań scenicznych i transmisji na wielki ekran nad sceną), a jej kreacja chwyta za gardło właśnie w scenach końcowych, gdy leczenie „uspokoiło” bohaterkę do granic stuporu. Powstało świetne przedstawienie oparte o scenariusz filmu Johna Cassavetesa, klarownie i mocno opowiedziane, od strony aktorskiej zaś utrzymane w klasycznym, niespotykanym już dziś właściwie charakterze solowego koncertu z akompaniamentem licznego ansamblu, super lojalnie i dyskretnie wykonanym przez zespół Teatru Śląskiego im. Wyspiańskiego w Katowicach.

Tomasz Kot [zwycięstwo]

Fajnie, że między spacerami po czerwonym dywanie w Cannes a rozmowami o roli w „Bondzie” – i, mówiąc bez żartowania, między zdjęciami do ważnych filmów – zagrał legendarną po Zelwerowiczu i innych rolę Szambelana w „Panu Jowialskim”. I zagrał ją (w telewizyjnym przedstawieniu Artura Żmijewskiego) właśnie tak, bez klasycznej napinki, lekko i sympatycznie śmiejąc się z rozmaitych wysiłków mentalnych poczciwego safanduły tudzież z jego, mówiąc słowami Osieckiej, miłego umysłu. Fredrze takie aktorskie przysługi potrzebne są jak powietrze – a tak rzadko się zdarzają.

Jakub Kotyński [na fali]

Notuję tu jego główną rolę w „Lovebooku”, bo bardzo do gustu przypadło mi to przedsięwzięcie Michała Siegoczyńskiego, inteligentny melodramat komediowy, albo, jak chce dzisiejsza nomenklatura, komedia romantyczna w woodyallenowskim duchu. Klasyczna fabułka, w której jajogłowy fajtłapa goni za mirażem wymarzonej kobiety, nie spostrzegając, że tę, która jest mu pisana, ma już przy boku. Urwał się w dodatku z wariatkowa, a jego perypetie tu i ówdzie zjeżdżają w czysty absurd. Byłoby cudnie, gdyby takie produkcje – błahe, acz nie dołujące, pozwalające wyjść z teatru na świat w pogodnym nastroju – mogły zastąpić farsy w tandetnych zastawkach, z chowaniem się po szafach i rozbieraniem do majtek. Trzeba to też oczywiście umieć grać rozsądnie, bez przewracania oczami, głupich min i podkreślania flamastrem każdego dowcipu. Niewiele widziałem jego ról w łódzkim Powszechnym, choć mam dobre wspomnienia z rzeczy dawnych: z „Aktorów prowincjonalnych”, z „Marszu Polonia”. Niech tu będzie twarzą porządnego komediowego grania; mam nadzieję, że to go nie obrazi.

Bernard Krawczyk

Miał miękki, jedwabisty głos, lekko załzawione spojrzenie patrzące daleko, jakby przez partnera, lekko uśmiechnięte usta, wyprostowaną sylwetkę, jakiś rodzaj nostalgicznej zadumy w scenicznym byciu. Idealnie to pasowało do ostatniej roli, w jakiej go zobaczyłem, ojca w jednoaktówce „Jutro” włączonej przez Ingmara Villqista do jego spektaklu „Conrad”. Grał starego żeglarza, który tak zapamiętale żyje oczekiwaniem na syna marnotrawnego, że nie zauważa jego rzeczywistego powrotu, skądinąd w marnym stanie. Jego aksamit w głosie, twardniejący w gniewie, łagodniejący w melancholii, wciąż dźwięczy mi w uszach. Rolę w „Himalajach” Roberta Talarczyka na deskach swojego Teatru Śląskiego im. Wyspiańskiego zagrał w końcówce sezonu, ledwie na parę tygodni przed odejściem. Już jej nie zobaczę.

Maciej Litkowski [na fali]

Tekst monodramu „Kalifornia nieśmiertelni” napisała Justyna Litkowska; zbieżność nazwisk nieprzypadkowa. Na estradkę wchodzi jak uniwersytecki prelegent w porządnickich okularach z przygotowanymi slajdami do wykładu o dziwnych koincydencjach zdarzeń w Kalifornii czasów Polańskiego, Hłaski, Komedy, Charlesa Mansona, zbrodni, szaleństw i horrorów – i przez godzinę spektaklu zmienia się z referenta w uczestnika szaleństw. Rozpalają się oczy, twardnieje głos, znika scjentystyczny dystans, zaciskają się pięści. Imponująca jest precyzja stopniowania tej ściśle zaplanowanej metamorfozy i idąca za nią siła perswazji: doprawdy niewiele brakuje, by uwierzyć w przytulnym wnętrzu małej sceny Współczesnego, że pół wieku temu na drugiej półkuli w samej rzeczy otwarły się wrota piekieł. Jest ważnym, często obsadzanym aktorem szczecińskiej sceny, ma w sezonie wyrazisty epizod nikczemnego donosiciela szabrownika w niewyrazistej niestety prapremierze trochę rebusowej, choć bardzo ciekawej sztuki Weroniki Murek „Feinweinblein”.

Lech Łotocki [mistrzostwo]

Na spotkaniu z publicznością podczas gdyńskiego festiwalu R@Port reżyser Jędrzej Piaskowski mówił o tysiącznych wątpliwościach, jakie miał aktor wobec roli w „Puppenhaus. Kuracji” Magdy Fertacz w TR Warszawa. Wspaniale, że je przełamał. Dzięki niemu w tej ultraryzykownej sekwencji, w której postać wyglądająca jak postarzały o półwiecze Mały Powstaniec mówi o homoseksualnej fascynacji efebem w czarnym mundurze wroga, nie było nic z tego, co większość czytających tę notkę już tu z góry przewiduje. Nie było chęci epatowania „zboczonym” seksem, ani radosnego drażnienia patriotów, nie było skandalu, sensacji i zamiaru kwestionowania dziejów narodu. Była tkliwość w samej opowieści, psychiczna potrzeba uczucia niekoniecznie kontrolowana przez rozum, było pragnienie, niesłuszne i niepowstrzymane, negujące nieludzki czas aktem imaginacji podszytej rozpaczą. Nie sądzę, by mogła kogoś z niezatrzaśniętą głową obrazić ta scena, zawierająca owszem w sobie, obiektywnie patrząc, ogromny potencjał obrażania. Wielka jego zasługa w rozbrojeniu bomby.

Emilia Nagórka [nadzieje]

Powinni ją zapisać w teatralnej Księdze Rekordów Guinnessa, gdyby takowa istniała; bądź co bądź na premierze „Operetki” wyreżyserowanej przez Andrzeja Dziuka w zakopiańskim Teatrze im. Witkiewicza grała Albertynkę w dziewiątym miesiącu ciąży. Na pchanie sztuki w kierunku promocji świadomego macierzyństwa Gombrowicz by się chyba żachnął – ale to żarty. Wpisane w „Operetkę” złożenie do grobu wszystkich świętych pojęć, historii i idei, które zdążyły stać się frazesami, potem frenetyczny taniec bez pętających nogi strojów – wszystko to ma w tej inscenizacji siłę katarktyczną. A i ona konsekwentnie gra wyzwolenie z szatek i dygów pensjonarki a następnie z uwięzienia w roli manekina, do którego mężczyźni zalecają się „sphawiając gahderobę”; w finale mamy roztańczoną, wyzwoloną kobietę z dzieckiem na ręku. Zaskakujący koncept? Nieoczekiwanie konsekwentny. Aktorka jest jedną z najmłodszych członkiń ładnie rozciągniętego już na pokolenia zakopiańskiego zespołu, urok amantki podpiera świetnym wyczuciem formy, także groteski. Jest wszechstronna – jak oni tu wszyscy.

Edyta Olszówka [zwycięstwo]

Ala ma kota, ale jest też z krainy czarów. „Elementarz” Barbary Klickiej w Narodowym to poetycka edukacja o znacznym stopniu brutalności. Ekspresowa lekcja życia od bezradności podlotka do ciężkiej depresji młodej kobiety złomotanej przez grad słów (bo wszystko tu w słowach) o sile chuligańskich bejsboli. Ból patrzeć, jak się słania. I jak walczy, łącząc błyskotliwość, pyskatość, inteligencję słownej szermierki z rozedrganą wrażliwością i cierpieniem rozpaczliwie przykrywanym zawadiacką chrypką w niskim głosie. Pocieszenie, jeśli je można tak nazwać, przyjdzie późno i będzie gorzkie. A zadanie w Cieplakowej inscenizacji ma jeszcze inne warstwy całą tę walkę biorące w nawias; nie starczy miejsca, by je opisać. To jej bodaj najlepsza, najdojrzalsza rola sceniczna od czasu, gdy ją obserwuję, a czynię to od chwili, gdy na warszawski przegląd ogródkowy przyjechała z kolegą jeszcze z łódzkiej szkoły z wyreżyserowaną własnoręcznie jednoaktówką Janusza Głowackiego. Występ w „Akompaniatorze”, błahostce Anny Burzyńskiej w toruńskim Teatrze Muzycznym, mogła sobie darować, choć wstydu nie było a apetyt na granie też nietrudno zrozumieć.

Katarzyna Osipuk [nadzieje]

Przyjechałem na „Chicago”, musical sprawnie, choć w strasznej ciasnocie lokalowej krakowskiego Teatru Variété zrobiony przez Wojciecha Kościelniaka, patrzę na Velmę… Skądś ją znam. Tak, w Teatrze im. Kochanowskiego w Opolu widziałem ją w dobrych, dramatycznych rolach, przede wszystkim w efektownych, różnorodnych monologach ze „Srebrnego tsunami” Żelisława Żelisławskiego i Szymona Kaczmarka, ale i w „Uroczystości” reżyserowanej przez Norberta Rakowskiego, ostatnio w „Kolaborantach” Piotrów Rowickiego i Ratajczaka. I co wykrada się w tajemnicy z Opola, żeby sobie poszaleć – profesjonalnie – w popisowej partii na „niepoważnej” musicalowej scenie? Żarty żartami, zawsze twierdziłem w tych przeglądach, że przekładaniec gatunkowy i estetyczny to dla aktora zawodowa higiena. Odświeżenie. Może być tego dobrym przykładem.

Filip Perkowski [na fali]

Ciekawe, czy jego epizod nadętego, bucowatego Sienkiewicza w znakomitej „Zapolskiej” skłonił twórców tamtego dzieła, Jana Czaplińskiego i Anetę Groszyńską, do przygotowania całego sequelu pod tytułem „Sienkiewicz superstar”? Powstał jednak trochę inny spektakl, bardziej skeczowo-kabaretowy, inaczej też rysowany jest pisarz. Także nie z pompą, raczej w gaciach (vide zdjęcie), ale jego Sienkiewicz jest teraz pragmatykiem, wyrobnikiem literatury i trzeźwym dostarczycielem tego, czego potrzebują zniewoleni rodacy. Czuje się, że takie założenie aktorowi sprawia frajdę; obrona przed próbami wbicia na cokół to najlepsze tu źródło zabawy, a jest jeszcze pół-żartem pół-serio dysputa z Brzozowskim, jest i sekwencja o kręceniu „Pana Wołodyjowskiego”, do której zakłada odwieczny berecik Jerzego Hoffmana. Miał w tym sezonie wałbrzyskiego Teatru im. Szaniawskiego również zadanie… taneczne w świetnym widowisku „Gdyby Pina nie paliła, to by żyła” i choć nie przypominał sylwetką Michaiła Barysznikowa, to pod opieką Cezarego Tomaszewskiego umiał zawojować publiczność. Życzyć mu wypada dalszych piruetów we wszelkich artystycznych baletach.

Agnieszka Przepiórska [zwycięstwo]

No i co zrobi, nieszczęsna, gdy zniknie ze sceny politycznej prezydent Warszawy HGW, którą obrabia w programach Pożaru w Burdelu na wszystkie strony od tylu już lat? Niełatwo znaleźć sobie taką klacz do kabaretowego ujeżdżania. Ma dobry czas, gra sporo i poza kabaretem, na przykład w udanej „Gardenii”, telewizyjnej inscenizacji sztuki Elżbiety Chowaniec przygotowanej przez Wojciecha Urbańskiego w cyklu Teatroteka. Wysoko sobie cenię jej kreację Barbary Sadowskiej, matki Grzegorza Przemyka, w adaptacji książki Cezarego Łazarewicza „Żeby nie było śladów”, którą w warszawskiej Polonii wystawił Piotr Ratajczak. Nie tylko dlatego, że – w jakiejś zwiewności, w uśmiechu przepołowionym na pół przez smutek – niezwykle przypomina oryginał, ale przede wszystkim dlatego, że umiała narysować w swej bohaterce bez żadnych „ciężkich” – symbolicznych – środków kwintesencję ludzkiej wolności w opowieści o czasach, gdy marne było na to miejsce. Chapeau bas.

Marcin Przybylski [zwycięstwo]

Ciekawe, kto bez podpowiedzi rozpoznałby go na tym zdjęciu ze „Ślubu” w Narodowym (tak Eimuntas Nekrošius wyobraził sobie kanclerza z onirycznego dworu Henryka). Dopiero przy oglądaniu tworów tej klasy wyobraźni plastycznej dociera do nas, jak bardzo teatr nam zszarzał, gdy idzie o modelowanie kształtu postaci. Jak często w fascynującej scenerii (bo nie na brak scenograficznych pejzaży narzekam) plączą się banalni, półprywatni ludzie, jakby w prowadzeniu aktorów bano się ostrej formy. A ona i im jest przecież potrzebna, dla odświeżenia środków. Jest oczywiście sprawnym i fachowym rezonerem, wykonuje bez pudła odpowiedzialne zadania na przykład w „Twórcy obrazów” Enquista czy w znakomitym spektaklu Artura Hofmana w Teatrze Telewizji o Władysławie Szlenglu „Okno na tamtą stronę”. Ale chyba przydaje mu się przesiadka w ten pomarańczowy kostium i groteskowy ruch – albo z innej strony szkicowanie przez umiejętności muzyczne wyrazistego epizodu na B (Boga?) w tylekroć już wspominanym tu przebogatym „Elementarzu”.

Jacek Romanowski [mistrzostwo]

Taka niby prosta odwrotka. W odreagowujących bałkańskie traumy „Murzynach we Florencji” według Vedrany Rudan (Nowy, Kraków, reż. Iwona Kempa) przez długi czas pozostaje w stanie stuporu odwrócony tyłem, nie biorący udziału w scenicznych dialogach. Wyobraźnia widza odruchowo zaczyna konstruować sobie jakiś domysł krzywdy: to musi być głęboko nieszczęśliwy człowiek. I gdy wybucha tyradą skarg, z której wynika, że w istocie jest nieszczęśliwy, bo nie może już torturować wrogów ojczyzny i gwałcić ich córek, co robił z rozkoszą na wojnie – nie wiemy, płakać czy śmiać się z własnej naiwności i podatności na stereotypy. Ale bo też on tak to danie nam podaje. Jest w marzeniach i wspomnieniach swego wojaka parszywie nienawistny, obrzydliwy i obleśny, ale przecież czuje groteskowość całej sytuacji i jakiś rodzaj cieniutkiej, dyskretnej, gorzkiej prześmiewczości wygląda spod odrażającego wybuchu, dopełnia wachlarz znaczeń. Życzyć mu – i innym kolegom ze Starego Teatru – wypada końca tułaczki po innych scenach i powrotu do domu, jeśli wreszcie skończy się w nim durna dewastacja.

Monika Roszko [nadzieje]

Jest w aktorce poznańskiego Polskiego wrażliwość, skupienie, szczerość uczuciowa, widz odruchowo czuje do niej zaufanie, chce jej słuchać. Ale też mam wrażenie, że jej główną siłą wyrazu jest pewnego rodzaju kameralność, intymność przekazu i relacji. Siłą potencjalną, dodajmy. Bo obsadzają ją zupełnie inaczej, każą latać w negliżu po foyer między widzami, udawać kariatydę na widowni (vide zdjęcie), epatować nagością („Odys” Marcina Cecki i Eweliny Marciniak), widowiskowo histeryzować („Wielki Fryderyk” Nowaczyńskiego i Jana Klaty); może jedynie w epizodzie Anonymousa w „K.” Pawła Demirskiego i Moniki Strzępki nie musi grać tak „na zewnątrz”. Śmiem sądzić, że nie tędy droga. Ale to są oczywiście niebezpieczne dywagacje faceta z zewnątrz; reżyserzy też swoje wiedzą nie z powietrza przecież, a właściwa obsada, jak zawsze twierdził Andrzej Wajda, to co najmniej połowa sukcesu. Mam nadzieję, że zobaczę ją kiedyś w intymnej, prowadzonej „do wewnątrz” robocie aktorskiej. I się okaże.

Paweł Sanakiewicz [zwycięstwo]

Notowałem tu przed paru laty jego widowiskowego geja z „Lubiewa” w krakowskim Nowym, potem przeczytałem gdzieś, że już tego nie grają, bo pokłócił się z partnerem na tle postawy politycznej. A teraz patrzę na jego rolę w „Żydzie” Artura Pałygi (Bagatela, reż. Andrzej Błażewicz) i zastanawiam się, czy znów nie zagrały sympatie, i antypatie. W sztuce (która notabene postarzała się strasznie przez dwanaście lat od prapremiery) była postać nauczycielki polskiego, wiecznej opozycjonistki na skalę prowincjonalnej szkoły, gdzie dzieje się akcja. Przejął tę rolę i nakreślił jadowity portret ironisty-dogryzacza, co wszystkich poucza o uczciwości i przyzwoitości, sam ma na koncie chwile heroiczne, choć dawno i niewiele, dają mu one rzekomy mandat do wywyższania się, prawienia morałów i złośliwostek. Trochę za dużo jest w tym scenicznego błazeństwa: aktor robi tysięczne miny, recytuje, kpi, płacze, udaje dziecko i przesadza. Niemniej tworzy obrazek z krzywego lustra, który chętnie podesłałbym wielu bliskim pokoleniowo i życiorysowo, żeby się w nim trzeźwiąco przejrzeli, a i sobie zresztą zostawię kopię gdzieś na podorędziu.

Anna Seniuk [mistrzostwo]

Mało jej było ostatnimi laty w macierzystym Narodowym, wspaniale, że wróciła. Ale z „Twórcami obrazów” mam kłopot – nie z jej profesjonalizmem oczywiście. To po prostu wyjątkowo słaba sztuka skandynawskiego pisarza Pera Olova Enquista. Selma Lagerlöf, ważna dla Szwedów osoba, jest tam, przy pozorach witalności, tak papierowa i deklaratywna, że także przy rzetelnych wysiłkach i jej, i całej ekipy reżysera Artura Urbańskiego raczej nie ma szansy uwieść widza. Za to ciotunia z „Ułanów” Jarosława Marka Rymkiewicza zachwyca bezapelacyjną i rzeczywistą witalnością, świetnej klasy humorem, poczuciem Fredrowskiej formy, do której ta postać się odwołuje może najsilniej z całej obsady. Jest od kogo uczyć się proporcji i miary w operowaniu klasyczną konwencją tak, by nasycała się mocą sceniczną a zatrzymywała się przed popadnięciem w stereotyp i sztampę.

Michał Sitarski [pytania]

Nie ma go już w zespole warszawskiego Powszechnego, być może niedobrze czuł się w obowiązującej tu poetyce, nie mnie dociekać przyczyn. Na użytek Konkursu Aktorskiej Interpretacji Piosenki, najważniejszego (kiedyś) segmentu wrocławskiego Przeglądu Piosenki Aktorskiej przygotował między innymi song Jacques’a Brela „Ci ludzie tam” w fenomenalnym tłumaczeniu Wojciecha Młynarskiego. Nie pamiętam tak poruszającej interpretacji tego utworu także w pamiętnym spektaklu z Ateneum. Był cały jakąś bolesną, masochistyczną odrazą do paskudnych, nikczemnych ludzi zaludniających światek, którego i śpiewający jest częścią, zarysowywał w paruminutowym kawałku poruszający obraz społecznych dołów mentalnych, przypomniał, czym jest aktorstwo w piosence. A jednak nie wszedł nawet do ostatniego etapu konkursu. Bo był muzycznie za mało błyszczący? Przestaję to rozumieć.

Nina Skołuba-Uryga [zwycięstwo]

„Hindełe, siostra sztukmistrza” Patrycji Dołowy w reżyserii Pawła Passiniego (Teatr im. Osterwy, Lublin), rzecz o siostrze Isaaca Bashevisa Singera a także ogólnie o traumach i żydowskich, i kobiecych, grzeszy nieskupieniem i powierzchownością przede wszystkim w tekście: wiele wątków tu się otwiera, mało rozwija. Jeśli jednak stawiać zarzut włożenia zbyt wielu grzybów w barszcz, to ona jest tym prawdziwkiem najszlachetniejszym. Starsza pani mówi pożyczony od Wyspiańskiego monolog Ofelii z nieskazitelną nie tylko dykcją, ale więcej, czułością dla piękna tej mowy, której ani nie przesładza, ani nie podkręca ekspresyjnie, pozostawia w idealnie wyważonym rejestrze. Nie wciela się w oszalałą bohaterkę monologu, relacjonuje jej stan tak, że retoryczny dystans staje się naturalnością a przestaje być barierą dla empatii. Stara dobra szkoła, oby nie przepadła.

Danuta Stenka [mistrzostwo]

Gdy Eimuntas Nekrošius wymyślił rozpoczęcie „Ślubu” sceną slapstickową – niemą przekomarzanką dwojga aktorów, którą trzeba by grać w stylistyce przedwiecznych burlesek z Mabel Normand i Charlie Chaplinem – Jerzy Radziwiłowicz miał ewidentny opór przed wejściem w zadanie. Ona nie. Stroiła miny, wyginała sylwetkę, ekwilibrystycznie balansowała na dwóch cienkich słoikach, jak na koturnach. Łatwo nurkowała w żywioł błazeński, co zresztą najlepiej tłumaczyło przedziwny koncept grania jednocześnie Matki i Mani. No bo skoro wszystko tu jest tylko rolą w międzyludzkiej, choć nie takiej dokładnie jak u Gombrowicza, grze? Wspaniała jest u niej ta rozpiętość, otwartość, brak nawet cienia postawy „mnie tak chyba nie wypada”; z tej lekkości wobec samej siebie rodzi się też udana w komicznej egzaltacji Szambelanowa w telewizyjnym „Panu Jowialskim”. A czy Narodowy tę jej gotowość do wszystkiego umiał wystarczająco wyzyskać?

Feliks Szajnert [zwycięstwo]

Anna Augustynowicz wymyśliła sobie do „Zemsty” w Teatrze im. Słowackiego takiego właśnie Papkina z kompletnie innego bieguna niż chce tradycja wykonawcza. Starego, spsiałego i bardzo przegranego. On się naprawdę wzrusza, recytując apostrofy do młodych panienek, patrzy ze stoicką rezygnacją na otaczający go mały światek zacietrzewionych prostaków, fałszywych kauzyperdów i zachłannych bab; gdy go poniżają – macha ręką. Inscenizatorka włożyła mu w jednej ze scen do ręki czaszkę Yorricka i chyba tym już przesadziła. Niemniej łysy, smutno-pogodny błazen z pooranym zmarszczkami obliczem w czarnym roboczym i bardzo Hamletowskim trykocie długo nie daje spokoju pamięci – jest bardzo silną kreacją i to stworzoną przy tak świadomej powściągliwości w graniu. Nie wiem, i dawałem już wyraz wątpliwościom, czy ma sens używanie Fredry do takiego celu; niemniej bez wątpienia galeria Papkinów powiększyła się o znaczący konterfekt.

Borys Szyc [mistrzostwo]

Zagrasz psa, który staje się człowiekiem, i potem być nim przestaje: takie zadania dawała swym słuchaczom szkoła teatralna. Czy dziś daje też? On to w każdym razie umie: jego Szarikow jest staranny i wypracowany – w peruczce, w charakteryzacji, w drapaniu się tylną łapą i w każdym innym psim geście. To bezbłędnie zrobiona rola, a wątpliwości może budzić jedno: tak się dzisiaj nie gra nawet w spektaklach dla dzieci. Widz łyka dużo mniej dosłowne znaki, skrótowy montaż, kilka warstw odniesień naraz. A już dorosłym nader rzadko tak się opowiada satyryczną bajkę – a nią jest „Psie serce” Bułhakowa – z tradycyjnymi dekoracjami, z lekko nieznośnym dydaktyzmem, z uganianiem się aktora na czworakach za kotem na sznurku (choć to strasznie śmieszne). Nie czepiam się, raczej uśmiecham z melancholią, że mogę znaleźć w warszawskim Współczesnym scenę swojej młodości i to całkiem dobrze zakonserwowaną. Co więcej, wierzę Maciejowi Englertowi, że jest klientela, która kocha taki naiwny teatr i takie granie. Od wykonawcy roli Szarikowa ma w pakiecie dobry warsztat, a jako bonus – solidny kawał wdzięku.

Wojan Trocki [na fali]

Edmund Zgliszczak, ekshumator i samozwańczy szef Teatralnego Instytutu Pamięci Narodowej coraz mocniej zaczyna rządzić w świecie Pożaru w Burdelu, odpowiadając na wyzwanie pozascenicznej rzeczywistości, a także biorąc udział w pełnym rozmachu programie Michała Walczaka „Sto wskrzeszeń na stulecie niepodległości”. Uczestniczył już w pierwszym ze wskrzeszeń, w musicalu „Bem” (warszawska Syrena we współpracy z kieleckim Teatrem im. Żeromskiego). Ma osobowość sceniczną, temperament, świetny głos, talenty transformacyjne. Pewnie go lekko niepokoi groźba kabaretowego zaszufladkowania, żywi szersze ambicje; z sympatią obserwowałem jego propozycje w Konkursie Aktorskiej Interpretacji Piosenki na wrocławskim PPA. Kiedyś pewnie pójdzie w ślady Burdeltaty: Andrzej Konopka właśnie postanowił się wyplątać z kabaretu, choć nie zrywając z nim całkowicie. Ma już na koncie w tym sezonie pracę z Moniką Strzępką i rolę w Komunie // Warszawa. Więc jakby co, droga ewakuacji jest, ale na razie przed ekshumatorem pracy w bród.

Mateusz Trzmiel [nadzieje]

Jego imię stanowi ostatnią sylabę słowa Papahema, nazwy teatru stworzonego przez bardzo dzielną i ambitną grupę absolwentów białostockiej szkoły lalkarskiej, próbującej od paru już lat trzymać się razem i robić własny program. Przygotowali sporo dobrych spektakli, ostatnio całkiem nie belferską lekcję o noblistce „Skłodowska Radium Girl” w reżyserii Agaty Biziuk. Jego jednak coraz częściej widzę samotnie na warszawskich scenach w „Ostatnim synu” Magdy Fertacz (Żydowski), czy w bajce „Babcia mówi pa pa” też Agaty Biziuk (Rampa) i mam nadzieję, że znajdzie gdzieś tu stałe miejsce. Zasługuje na nie ze swoją niezwykle plastyczną sylwetką, z giętkością i twarzą Pierrota, z fantastycznymi umiejętnościami techniczno-formalnymi, w jakie wyposaża lalkarstwo. Powinien trafić pod oko doświadczonego, otwartego i życzliwego twórcy, który jego nietuzinkowe walory będzie umiał spożytkować, może nawet tak, jak by się młodemu artyście nie śniło. Czy ktoś zna odpowiednią osobę i podeśle numer telefonu?

Marek Tyszkiewicz [na fali]

Pamiętam go z pionierskich czasów Wierszalina, od „Turlajgroszka” począwszy. Dziś osiadł (od lat już) w zespole białostockiego Teatru im. Węgierki, zmężniał, okrzepł i przybrał, ale wciąż ma w sobie moc wejścia niczym młodzieniaszek w zastępstwo za kolegę młodszego o półtora pokolenia (widziałem w jednej z ostatnich prezentacji „Białej siły, czarnej pamięci” Piotra Ratajczaka). Świetnie obserwuje rzeczywistość, umie napełnić mięsem scenicznym choćby ledwie maźnięte sylwetki, na przykład kaprala-zupaka w hagiograficznym, więc cokolwiek papierowym szkicu postaci w „Popiełuszce” (reż. Jan Nowara). Z podziwem obserwowałem też jego rzetelność w heroicznej walce o uratowanie sensów dziwacznej ni to farsy, ni obyczajówki „Leon i Matylda” Andrzeja Sadowskiego – ale materiał nie dał szans na nic.

Emose Uhunmwangho [na fali]

Zazwyczaj w „Makbetach” ze świata nadprzyrodzonego liczą się tylko trzy wiedźmy, o ich szefowej, Hekate się zapomina, a może nawet skreśla. Agata Duda-Gracz nie miała powodu tak postąpić, mając w zespole wrocławskiego Capitolu tę potężną postać, z którą zresztą już współpracowała ze świetnym rezultatem (żona hippisowatego Kalibana w parafrazie „Po Burzy Szekspira”). Czarny anioł opanował stentorowym głosiskiem i skrzydlatą sylwetką całą przestrzeń, naznaczył ją śmiercią, trochę, mówiąc nawiasem, przyczyniając się do ustatycznienia widowiska, bo akcja tego „Makbeta” tak naprawdę stoi w miejscu lub krąży po kole. Tkwi mi w pamięci w dwóch piosenkach Wojciecha Młynarskiego z koncertu przygotowanego przez Agnieszkę Glińską jako gala PPA. W tej, gdzie ze skromnym i bardzo niebezpiecznym uśmieszkiem podśpiewuje balladkę panom, „którzy się za pewnie poczuli”. I w drugiej, wstrząsającej: o wojnie, która „nigdy nie jest daleko”. Jej egzotyczna uroda dociąża mądry song, zmieniając go w emocjonalny pocisk.

Jędrzej Wielecki [nadzieje]

W zespołach z monoteatralnych miast nie ma dla aktorów zbyt wielu możliwości dodatkowych zajęć, ale za to gra się bez wyjęcia, sprawdzając się w rozmaitych poetykach. On po łódzkiej szkole w pierwszych miesiącach swojej pracy przerobił w szybkim tempie pakiet „amant”, grając klasycznego Zbyszka w „Moralności pani Dulskiej”, uwodzicielskiego Igo Syma w „Kolaborantach” Piotrów Rowickiego i Ratajczaka, poruszających etyczne problemy z czasów II Wojny, ale będących także (karkołomne połączenie) rewią jak się patrzy. U tych samych twórców wystąpił w „Bez znieczulenia”, odnowionej wersji starej Wajdowskiej fabuły; za chwilę będzie główną postacią w komedii Woody Allena „Zagraj to jeszcze raz, Sam”. Ma już ogładę, swobodę bycia na scenie, łatwy i dobry kontakt z publicznością. Ale mam nadzieję, że docenia szkołę rzetelności i odpowiedzialności zawodowej, jaką zaliczył jako Władzio w „Ślubie” reżyserowanym przez Annę Augustynowicz.

Maciej Wizner [na fali]

Pisałem tu o młodym aktorze, który w roli zakochanego dzieciaka z „Romea i Julii” nie poczuł się komfortowo. Za to on jako Romeo poczuł się chyba dobrze, mimo że na scenie jest już, chwalić Boga, z górą dziesięć lat, najpierw w Katowicach, teraz w Teatrze Miejskim im. Gombrowicza w Gdyni. Nie znać po nim wieku? Przesada: znać, ale w najkorzystniejszy sposób, gdy młoda aparycja i wigor idzie w parze z doświadczeniem. I gdy najskuteczniej zdobywa się widza, zderzając swobodę i pogodę, by tak rzec wpisaną w każdy ruch i gest – z dramatycznym wyzwaniem. Tak jest w „Kursku” Pawła Huellego i Krzysztofa Babickiego, gdzie jest jednym z marynarzy gotujących się na podwodną śmierć, tak było w „Locie nad kukułczym gniazdem” czy w bodaj najciekawszych „Biesach”: od jego szczerego i niewinnego zapału do zbrodniczych manipulacji przechodziły tam ciarki. A w tragedii Szekspira Babicki pomógł mu, przenosząc konflikt rodów Werony we współczesną plemienność (kibolstwo), więc nie wbijając go w historyczny kostium. Jest dzisiejszym, dalece nie dzieciakowatym zabijaką, który się zakochał i wierzy się w tę miłość.

Katarzyna Wojasińska [zwycięstwo]

Dobrze, że jej Yennefer jest tak niehollywoodzka. Że jest w tej czarownicy głównie mrok, a poza tym duma, i pasja, i nawet agresja. Że nic w jej związku z wiedźminem Geraltem nie jest stereotypowe. Tak obsadzając i tak prowadząc aktorkę (jej partnera, Krzysztofa Kowalskiego też), Wojciech Kościelniak osiągnął, twierdzę, najważniejsze w tym świetnym spektaklu: zrobił „Wiedźmina” – tak jak Andrzej Sapkowski go napisał – dla dorosłych. Nie dla dzieciaków łaknących tylko komputerowych strzelanek z łuku. Yennefer ma zaciśnięte usta, przez które nie może przecisnąć się uśmiech. Jest w ciągłej gonitwie, w działaniu, jakby się bała przystanąć. Takiej musicalowej amantki jeszcze nie widziałem; to rewolucja w konwencji. A aktorkę pamiętam jeszcze w roli z zupełnie innego kosmosu: z szopą kłaków na łbie zagrała… downowatego Maciusia z „Klanu” w przystosowanej do polskich realiów, prześmiewczej i prowokacyjnej „Avenue Q”, którą także w gdyńskim Muzycznym brawurowo wyreżyserowała Magdalena Miklasz.

Paweł Wolak [mistrzostwo]

W 2001 w „Hamlecie” Jacka Głomba i Krzysztofa Kopki grał Laertesa, dziś we wznowieniu tej samej inscenizacji jest już Poloniuszem. Jak widać, przebył w Teatrze im. Modrzejewskiej długi szlak, od ról narwanych młodzieńców po emploi statecznych ojców. Czyżby się w nim dobrze poczuł? Jakże starannie w „Biesach” reżyserowanych przez Głomba, pieści (ośmieszając oczywiście) Stepana Wierchowienskiego, tego walecznego liberała w majestatycznej podomce, jak się w niej kryguje, jak obnosi swe refleksje, krzywdy i poświęcenia, jak kategorycznie żąda czułości i opieki od kobiet zakochanych w nim przecież z obowiązku. Jadowicie celny to portrecik postawy, by tak rzec, podomkowej. On tymczasem, zmieniwszy kostium, wciąż jest w stanie ofiarnie zrobić z pyska grecką maskę (widać na zdjęciu) i pruć się emocjonalnie jako tragiczny Priam w spektaklu „Iliada wojna” (reż. Łukasz Kos na podstawie parafrazy Alessandro Baricco). Bądź umazawszy się sadzą, prowadzić narrację dzikiej ballady „Wierna wataha” o ludziach, kapłanach i wilkołakach, którą napisali i wyreżyserowali (wszystko w Legnicy) z żoną, Katarzyną Dworak.

Emploi ewoluuje, to naturalne. Liczy się energia. Wola walki. Wolno jednak podejrzewać, że podszyta na dnie niepewnością, wiecznym rozważaniem w samotności sensu i bezsensu bycia na scenie. Przed którą to samoudręką nikogo nie obronią – jak mogliśmy przeczytać w dzienniku starego aktora – żadne komplementy, górowania w rankingach, fajerwerki, honory i splendory.

Jacek Sieradzki