Zobacz poprzednią edycję »

Subiektywny spis aktorów teatralnych

Edycja dwudziesta czwarta


Młoda reżyserka parę lat temu objęła dyrekcję jednego z polskich teatrów; wiązano z jej przyjściem spore nadzieje. Teraz kończy misję nieopromienioną specjalnym sukcesem. Na odchodnym udzieliła wywiadu miejscowej gazecie, gdzie wywaliła całą niechęć do zespołu, który zastała i który zostawia. Z nazwiskami. Kto był nieukiem, a kto małostkowym oportunistą, kto idiotą, a kto leserem rozleniwiającym kolegów i sabotującym twórcze cele. Jak okropną bandą była ta jej załoga prowincjonalnych kompleksiarzy zatopionych w rutynie i odmawiających uczenia się nowoczesności od kolegów ze stolicy, których im sprowadzała do gościnnych ról. Odchodzi, choć tyle dała od siebie miastu, bo gdyby została, musiałaby przecież, nieszczęsna, bezlitośnie zwalniać tłum współpracowników...

Osłupiająca lektura! Jak bezkrytycznie trzeba kochać siebie, żeby tak rozbrajająco pysznić się światu: byłam wspaniała i robiłam same cudne rzeczy, a że wokół miałam tylko miernoty, to doprawdy nie moja wina. Jak można przy tym do tego stopnia nie rozumieć pozycji szefa zespołu, która na tym się niestety zasadza, że wady podwładnych po części idą na konto lidera – bo to on nie potrafił ich skutecznie rozbroić. Jeśli istnieje ranking najbardziej żenujących wypowiedzi sezonu, wywiad ten ma tam duże szanse na eksponowane miejsce. Niezależnie od tego, ile jest racji w zawartych tam pretensjach.

A racje są – to oczywiste. I nieuniknione. Zespoły aktorskie to nie hufce anielskie św. Genezjusza, grzechów mają na sumieniu krocie. Sam miałbym w tej kwestii to i owo do opowiedzenia. Choćby o muzycznym widowisku, cenionym zresztą i nagradzanym, ufundowanym na zespołowym zgraniu, gdzie bez lornetki da się widzieć paru artystów zajętych demonstrowaniem, że mają w nosie kolegów, reżyserkę i zadanie. O spektaklu w innym mieście, który odegrano od niechcenia, z ostentacyjnym znudzeniem, bez zaangażowania i bez energii – najwyraźniej w (głupiej) zemście na publiczności, bo przedstawienie wykupiła firma, której rozbawieni pracownicy opóźnili o czterdzieści minut powrót z lampki wina w bufecie. Mógłbym opowiedzieć o przyjeździe na festiwal inscenizacji niegranej od miesięcy, bez wznowienia i bez reżysera, za to z głównym wykonawcą, który nie zadał sobie trudu przypomnienia kilometrów tekstu, jakie wygłasza. Wieczór spełzł na rozpaczliwym poszukiwaniu się partnerów: zaraz, zaraz, w którym miejscu opowieści jesteśmy? Jakby było trzeba, takich przykładów znalazłbym więcej.

Aliści – i w tym sedno – nie tak znowu dużo więcej! Oglądam dziesiątki spektakli głównie poza premierami, czyli w dniu codziennym scen. I coraz mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że tumiwisizm, rutyna i odwalanie partaniny to dziś w teatrze rzadkość – także w stosunku do tego, co było dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści lat temu. Sam nie wierzę, że to mówię, ja, niewolnik licznych sentymentów wobec zamierzchłego teatru mej młodości. A jednak! Oczywiście gusta i sympatie sceniczne zróżnicowały się dziś krańcowo. Jedne widowiska się kocha, drugich nienawidzi, czasami do szaleństwa. Ale spektakle mechaniczne, rutyniarskie, obojętne, grane z obowiązku i na odwal się, w znacznej mierze zeszły ze scen. Aktorzy z pasją i energią biją się o porozumienie z widzem, niezależnie w jakiej estetyce i konwencji utrzymane jest dzieło – czy grają premierę, czy trzydziesty spektakl, dla pięciuset osób czy dla pięćdziesięciu. Nie odpuszczają, walczą o swoje, nawet gdy trafią na mur obojętności odbiorców. Czasem walczą o sprawę z góry przegraną – ale przegraną zwykle nie ze swojej winy.

Ten spis to meldunki z aktorskiego pola walki. Składane wedle tych samych od ćwierćwiecza(!) reguł, których nie muszę już chyba szczegółowo przypominać. Notuję nadzieje na obiecujące debiuty, aktorskie zwycięstwa, mistrzowskie kreacje, zgrabne surfowanie na fali dobrych ról. I bardzo się staram omijać pokusy ryczałtowych napomnień czy sumowań. Mogę przecież liczyć, że znów przeczytam jakiś wywiad, w którym ktoś ze środowiska scenicznego bezinteresownie i skwapliwie zechce mnie w tym wyręczyć.

Jacek Sieradzki

Ewelina Adamska‑Porczyk [na fali]

Nieprawdopodobnego Ariela wymyśliła Agata Duda-Gracz w swojej parafrazie ostatniej sztuki Shakespeare’a „Po burzy” (Capitol, Wrocław): półnagą dziewczynę pokrytą popielatą farbą, z ciemnymi bliznami na plecach po odrąbanych skrzydłach, kwintesencję złamanej wolności. Przejmującą w każdym powściągliwym geście, każdym znieruchomieniu, każdym ściśle wyliczonym kroku, co jest typowe dla gry tej aktorki-tancerki. Pamiętam ją z wielu oryginalnych występów, choćby z niemej, tańczącej przedziwnie, bokiem, obserwatorki akcji w musicalowej adaptacji „Idioty”, bodajże lepiej przyciągającej uwagę niż postacie pierwszego planu.

Natasza Aleksandrowitch [nadzieje]

Z Weroniką Szczawińską spotkała się pierwszy raz w Koszalinie przy pracy nad „Jak być kochaną”. I jest „jej aktorką” znakomicie nastrojoną na ten oryginalny typ teatru ściśle skodyfikowany formalnie, muzyczny, gadający dźwiękiem, wysokością tonu równie istotnie jak słowem. W „Klęskach w dziejach miasta” – Szczawińskiej i Agnieszki Jakimiak na motywach prozy Italo Calvino – jest pół aktorką, a pół częścią niezwykłego instrumentu zajmującego scenę. To do niej próbują (z różnym skutkiem) dostrajać się partnerzy z kaliskiego Teatru im. Bogusławskiego. A jej samej formalny trening służy; w utrzymanym w zupełnie innym tonie „Mieście pustych pianin” Mateusza Pakuły i Leny Frankiewicz (także kaliski teatr) umie wydobyć urok nawet z niejakiej Sabriny, jadowitej parodii gwiazdki tandetnego popu.

Mirosław Baka [mistrzostwo]

Już myślałem, że będę go oglądał tylko w farsach w stołecznej Komedii, gdzie wygłupia się fachowo i bez znaczenia. Na szczęście trafił się ten George w starym samograju „Kto się boi Virginii Woolf” Edwarda Albee’ego w gdańskim Wybrzeżu. Ma kapitalnie wymyślony pół zaczepny, pół zrezygnowany ton replik, jakby każdym zdaniem ruszał do walki i z góry wiedział, że zainkasuje cios. Jest złośliwy i okrutny również dla siebie, bezkompromisowy w obnażeniu małości postaci i najbezczelniej żądający dla niej współczucia. Przez cały spektakl miałem natrętne wrażenie, że mi kogoś przypomina; w pewnej chwili słyszałem już wyraźnie ton, ekspresję, akcent Władysława Kowalskiego z dawnych ról w Ateneum czy Powszechnym. Złudzenie? Kowalski pół wieku temu debiutował w Wybrzeżu, byłaby to sztafeta?

Michał Barczak [nadzieje]

Dwumetrowy, przystojny młodzian o pięknej postawie i wyćwiczonych ruchach. Skończył szkołę baletową i teatralną, tańczył dwa sezony w łódzkim Teatrze Wielkim, zanim wybrał dramat. Janusz Wiśniewski w swojej wizji Gogolowskiego „Nosa” (OCH-Teatr, Warszawa) wziął z niego tylko sylwetkę, amanckie spojrzenie, sprężysty krok. Andrzej Dziuk swoim z kolei zwyczajem dał z miejsca nowemu członkowi zakopiańskiego zespołu zadanie wyrzucające go z szufladki, która mu groziła: psychologiczną, ekspresyjną i nader „gadaną” rolę rozkochanego w złej kobiecie młodziutkiego malarza z „Wierzycieli” Strindberga („Trans-fuzja”, Teatr im. Witkiewicza). Próba została zaliczona i teraz tylko trzeba śledzić, jak ta niezwykle rozpoczęta kariera się potoczy.

Monika Buchowiec [na fali]

Aktorstwo imitacyjne: to brzmi deprecjonująco. Niesłusznie. Zrobić na scenie postać, którą widz zna z rzeczywistości i może porównać, to nie znaczy przecież ją poudawać. To znaczy: rozmontować ją na czynniki pierwsze, wyselekcjonować podstawowe składniki i zrobić z nich konstrukcję – syntetyczną, dowcipną, wyrazistszą niż oryginał. To kreacja, nie wygłup. W adaptacji felietonów (niby to) kulinarnych „Więcej niż możesz zjeść” pięknie bawi się Dorotą Masłowską, jej sylwetką, jej formą mówienia (nie tylko dykcją, także sposobem budowania wypowiedzi). A że umie też inaczej, świadczy choćby delikatnie rysowana Katarzyna Kobro w nieudanej niestety opowieści o malarce wystawionej w zeszłym sezonie też w łódzkim Nowym.

Juliusz Chrząstowski [na fali]

Wolałbym, żeby wspaniale napisaną rolę doktora Stockmanna w Ibsenowskim „Wrogu ludu” zagrał porządnie, niech będzie, że po staremu – a nie w sweterku z second handu, na kanapie ze śmietnika, z przymierzaniem monstrualnego indiańskiego pióropusza i z innymi wygłupami typowymi dla grotesek Jana Klaty. Handryczę się o tę inscenizację, drażni mnie nonszalancja, z jaką reżyser zamienił kulminację dramatu (i wielki monolog doktora) na banalny talk show z widownią o współczesnym Krakowie. Ale nie mogę nie docenić sprawności aktora w prowadzeniu tej publicystyki, świetnego kontaktu z widzami, taktu, rozsądku i przytomności umysłu. Faceci (i niewiasty), w życiu których od owocnego kontaktu z elektoratem zależy wszystko, powinni ustawiać się w kolejce – po korepetycje.

Michał Czachor [na fali]

Grozi mu maniera, monotonia budowania zdań, stała melodyjka w głosie, którą widzowie znają już na pamięć. Ktoś mu też powinien powiedzieć, że łatwość ściągania majtek na scenie nie jest dziś żadnym istotnym znakiem (vide „Każdy dostanie to, w co wierzy”, Powszechny, Warszawa). Ale nie sposób odmówić mu celności, ironii i siły dramatycznej w roli Kasjusza („Juliusz Cezar”, tamże) a nade wszystko niesamowitej mocy rażenia/oskarżenia w „Po co psuć i tak już złą atmosferę” Krzysztofa Szekalskiego (spektakl Fundacji Boto grany w poznańskim Nowym). Przez niekończące się minuty, patrząc nam w oczy, cedzi monolog Wojciecha Kroloppa, dyrygenta-pedofila ochranianego w karierze przez zmowę milczenia poznańskich mieszczan: ociekający pewnością siebie, obleśny triumf kanalii. I nie wiadomo, gdzie się skryć przed wstydem.

Wojciech Czerwiński [zwycięstwo]

Pamiętam go z roli Ojca w „Ślubie”, jeszcze w Akademii Teatralnej, potem zniknął, zagubił się na lata w tłumie komparsów wypełniających warszawski Polski. I nagle jest, odnaleziony, w monumentalnym „Ukraińskim Dekameronie” Klima. Gra i napisał muzykę; w zawadiackiej czapie Rozbójnika, z gitarą albo akordeonem w ręku, często używając dźwięków zamiast słów, kradnie dla siebie każdą scenę, w której się pojawia, rozpiera go dobra energia, chce się go słuchać, chce się na niego patrzeć. Wspaniałe w teatrze są takie niespodziewane powroty z niebytu. W epizodzie ze „Szkoda, że jest nierządnicą” Forda poległ, ale w większym towarzystwie; z bezsensownej maszynki scenicznej Dana Jemmetta bodaj nikt nie wyszedł żywy.

Katarzyna Dąbrowska [na fali]

Miała dobry sezon w warszawskim Współczesnym: w „Kamieniu” Mariusa von Mayenburga, gdzie pod ręką Grzegorza Wiśniewskiego potrafiła delikatnie, bez histerii naszkicować dramat dzisiejszej Niemki, doganianej przez dwudziestowieczną historię – i w „Fantazym” reżyserowanym przez Macieja Englerta, gdzie jej Idalia osobowością, wyrazistością, dramatycznym nerwem wyraźnie wybijała się z tła (choć można by tę nieprzeciętnie inteligentną wariatkę wyposażyć w większą porcję szaleństwa). Tak czy owak należy – albo inaczej: chciałoby się porządną pracę jej, tudzież kilkorga koleżanek i kolegów w tym sezonie uznać za zapowiedź odnowy pokoleniowej, bardzo temu zespołowi potrzebnej.

Maria Dąbrowska [na fali]

Nikt z tych, którzy oglądali „Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku” w reżyserii Piotra Ratajczaka nie zapomni twardego jak stal spojrzenia królowej bufetu spod Ostródy groźnej zwłaszcza dla tych, co się nieopatrznie przyznają, że przyjechali z Warszawy. Orli wzrok, bojowa postawa, ramiona splecione pod biustem: arcydziełko komediowego rysunku. Grywa z reguły silne, szorstkie postacie w szczecińskim Współczesnym, ale potrafi je czule podszyć a to nutą goryczy („Jak umierają słonie” Magdy Fertacz) a to gubioną kobiecą miękkością („Mad Women” Natalii Mołodowiec), a to prostodusznym ciepłem („Męczennicy” Mariusa von Mayenburga). To więcej niż porządna aktorska robota.

Tadeusz Drzewiecki [mistrzostwo]

„Lear” Jędrzeja Piaskowskiego w poznańskim Nowym to bardziej luźne sceny, obrazy i asocjacje wyprowadzone z klasycznej tragedii niż jej interpretacja. Ot, Gloucester, któremu u Shakespeare’a wykłuwa się oczy. Aktor nosi ciemne okulary. Gdy je zdejmie, pozostanie obraz, który widać na zdjęciu, proszę je sobie powiększyć na ekranie. Ten obraz godzinami potem nie znika spod powiek widza... choć nie podjąłbym się rozstrzygania, co właściwie znaczy. Jest jeszcze głos: niski, basowy, dźwięczny, nieskazitelny, gdy idzie o dykcję i intonację wersów. Aktor Nowego od ponad czterdziestu lat i aktor Izabelli Cywińskiej jeszcze od Kalisza; pamiętam go z wielu wspaniałych ról, między innymi jako wspomnianego tu w innej notatce doktora Stockmana z „Wroga ludu”, grzmiącego przeciw oportunistycznej „zwartej większości” w społeczeństwie. Brzmiało to wtedy, w roku 1982, szczególnie dojmująco. Dobrze go znów widzieć w mocnej formie.

Katarzyna Dworak [zwycięstwo]

Od czasu gdy ją widziałem po raz pierwszy, w roli śwarnej dziouchy ze Śląska pełniącej funkcję narratorki w pamiętnej „Balladzie o Zakaczawiu” niemal zawsze obsadzano ją w Legnicy w rolach ostrych, dynamicznych kobiet, mocnych i w gębie, i w samych sylwetkach jakby wypracowanych na siłowni. A tymczasem gdy dostała w tym sezonie jeszcze jedną tego typu rolę – w sztuce „Krzywicka/Krew” Julii Holewińskiej postać zachłannej matki, która by i nauczycielowi wtłukła, gdyby krzywdził jej latorośl – wyjęła z szafki w garderobie zupełnie inny zestaw środków. Zagrała delikatnie, na wzruszeniu, lirycznie, w całkowitej kontrze wobec stereotypu. I cudownie: właśnie na takich niespodziankach powinien ten zawód polegać.

Włodzimierz Dyła [zwycięstwo]

Gdy powiem, że jego aktorstwo przypomina mi Krystynę Jandę, popłynie śmiech homerycki od Wałbrzycha górami i dolinami, hen po Hel. Co mi tam, niech się śmieją. Co go łączy z szefową Polonii? Pewien rodzaj aktorskiej natarczywości, wymuszanie uwagi widza, nieustanny aktywny kontakt, swego rodzaju wieczne utwierdzanie w odbiorcy swoich emocji, swojego toku myśli. To działa bez pudła, widz sprzęga się z aktorem, kupuje przekaz, nawet jeśli tekst się gdzieś posypie a zdania przestaną dojeżdżać do kropki. W literackim stand-upie Jacka Kozłowskiego „Wielcy Inni II: depresje” (Teatr im. Szaniawskiego, Wałbrzych), gdzie przypadł mu jako bohater monologu Jarosław Marek Rymkiewicz w swym ogrodzie w Milanówku, łazi, gderząc po scenicznej rampie, wyciąga z kieszeni okruchy chleba i ciska nimi w widzów, jakby karmił kaczki. Kto poza nim by coś takiego wymyślił?

Agnieszka Findysz [nadzieje]

Po szkole (krakowskiej) nie było roboty, szukała w różnych odległych miejscach. Spotkałem ją w offowym Teatrze TrzyRzecze, jeszcze wówczas w Białymstoku, w świetnej, dojrzałej serii obyczajowych etiud z „Błazenady” Konrada Dulkowskiego. Odnalazła się chyba dobrze w poznańskim Polskim i wyraźnie się rozpędza, zarówno grając (dynamicznie i bardzo w reakcjach współcześnie) Basię w „Krakowiakach i Góralach”, jak i popisując się dowcipem i dykcyjną sprawnością w kabaretowej „Ekstravaganzie”, kiedy przekuwa w oszałamiającą i wykręcającą język arię… listę sklepów w Starym Browarze. Poczucie humoru, atut niemały.

Michał Floriańczyk [nadzieje]

„Iwona, księżniczka Burgunda” w reżyserii Anny Augustynowicz, zrobiona jako dyplom Wydziału Aktorskiego łódzkiej szkoły filmowej, zdała mi się jednym z najlepszych przedstawień sezonu. Nie studenckich, w ogóle. Jurorzy Festiwalu Szkół Teatralnych przeszli nad nią do porządku dziennego, twierdząc, że były lepsze. Ich rzecz. Ja się zachwyciłem myślową i stylistyczną dyscypliną adeptów aktorstwa w mądrze przeczytanym Gombrowiczowskim teoremacie i mam nadzieję, że całą ich gromadę odnajdę na scenach. Wśród nich tego to króla Ignacego, który z imponującą dojrzałością i precyzją przeprowadza ewolucję swojej postaci od infantylnego pieszczocha do twardego, uczącego się mocy symbolicznych gestów władcy.

Przemysław Gąsiorowicz [na fali]

Józef II, cesarz Austrii jest w „Amadeuszu” Petera Shaffera cudownie zmajstrowaną personą. Sprawia wrażenie kompletnego kretyna, są jednak momenty, w których rodzi się podejrzenie, że to wygodna maska kogoś, kto doskonale wie, co jest czym i wcale nie daje się wpuszczać w maliny tak łatwo, jak się dworakom wydaje. Trzeba tylko zagrać tę nierozstrzygniętą niepewność. Tylko!! Robi to subtelnie i celnie, dzięki czemu jego wejścia są jednymi z lepszych epizodów w inscenizacji Artura Tyszkiewicza na scenie lubelskiego Teatru im. Osterwy. Jego aktorska krwistość istotnie dopełnia też obrazu polsko-ukraińskich nieporozumień i pretensji w inscenizacji reportaży Ziemowita Szczerka „Przyjdzie Mordor i nas zje”, który to spektakl Remigiusza Brzyka i wpisane weń emocje zyskują na aktualności z dnia na dzień.

Krzysztof Globisz [mistrzostwo]

Udział w „Podopiecznych” Elfriede Jelinek w reżyserii Pawła Miśkiewicza na scenie krakowskiego Starego ma nieskrywany wymiar terapeutyczny: widzimy go na wózku, z częścią ciała nieczynną, z ogromnymi kłopotami z wymową, zwłaszcza niewygodnych układów zgłosek. Ale ratuje się podmianą nieartykułowanych dźwięków w jakieś melodie. Uśmiechami. Wyraźną kokieterią w kierunku widowni kibicującej mu z całych sił. Jechałem do Krakowa najeżony: wystawianie czyjegoś kalectwa przed oczy gapiów/widzów zda mi się zawsze niestosowne. Ale tu miałem wrażenie, że on się tym cieszy (albo po prostu umie tak zagrać). A jego filuterne spojrzenia są kwintesencją czegoś tu najcenniejszego: ironii wobec stereotypu „ach, jacy oni (uchodźcy, kalecy, podopieczni) biedni i nieszczęśliwi, jakże im trzeba współczuć”. Otóż niech wam, patrzącym, nie będzie w tym współczuciu za łatwo.

Justyna Godlewska-Kruczkowska [na fali]

Stoi jak słup soli, oniemiała; miała coś przeczytać ze sceny, jakąś odezwę, jakieś oświadczenie, a nie wie, co robić wobec podnoszących się z widowni z okrzykiem „zaraz się skończą te wasze teatry” dziarskich chłopców. W jej osłupieniu mieści się gremialna bezradność nas wszystkich wobec brutalnego chamstwa stukającego do wrót. To fenomenalny początek „Białej siły czarnej pamięci” Piotra Ratajczaka według reportaży Marcina Kąckiego w białostockim Teatrze im. Węgierki. W tym spektaklu ma jeszcze świetne, przejmujące epizody: relację z życia pary polsko-hinduskiej na podlaskim osiedlu zakończonego rejteradą za granicę. A z poprzednich sezonów pamiętam choćby „Rozkłady jazdy” Petra Zelenki, melancholijno-farsową popisówkę o tym, że aktor musi grać, choćby wszystko się sprzysięgło przeciw.

Małgorzata Gorol [nadzieje]

Umie wszystko, co tylko trzeba. Jeździć na wrotkach. Robić striptiz tak, żeby pokazać i piękno ciała, i upokorzenie. Tańczyć na lodzie. Zmieniać seks w cyrkową gimnastykę. Nabierać wieku na komendę: z uroczego podlotka w dojrzałą kobietę. I – również na komendę – to mięknąć, to twardnieć, z nieprawdopodobną giętkością zmieniać stany psychiczne, wirtuozowsko żonglować migawkowymi portretami. Fantastyczny debiut, niskie pokłony. Chciałem tylko napisać, żeby dali jej pole do popisu w lepszej literaturze, bo niekończące się słowotoki Elfriede Jelinek („Śmierć i dziewczyna” czy „Podróż zimowa”) nawet jej kameleonowym umiejętnościom nie starczą za pożywkę – ale w obecnej sytuacji wrocławskiego Polskiego odechciewa mi się żartować.

Karina Grabowska [na fali]

Nie byłem fanem jej ról, może dlatego, że Harey z „Solaris” wykluła mi się wyraziście w głowie po lekturze Lema i była daleka od jej wizji a Nina Zarieczna z „Mewy” gdzieś się pogubiła w rozbuchanej inscenizacji Gabriela Gietzky’ego. Ale w „Kamieniach” łatwo daję się przekonać. Jej bohaterka, porte parole narratorki z prozy Grażyny Jagielskiej, żona reportera wojennego balansująca na krawędzi obłędu, jest na scenie kłębkiem woli walki – o siebie i o niego, o własną psychikę i o ten budowany dom, który go nic nie obchodzi. Jej szaleństwo krąży, gubi cel, w końcu kaleczy ją samą. Jest w niej coś z rannego ptaka, tłukącego się bezradnie do końca. Robert Talarczyk, szef Teatru Śląskiego w Katowicach, inwestuje w pomysły młodych aktorów – i będzie miał z tego niezły procent.

Dorota Ignatjew [zwycięstwo]

Tomasz Śpiewak, dramaturg, napisał dla samego siebie na debiut reżyserski tę opowieść o Świadkach Jehowy. Chciał zgłębić tajemnicę miłych i uprzejmych ludzi nieodstępujących od dogmatów wiary nawet w obliczu śmierci. Wyszło mu rzetelnie, ale trochę mdło. Siłą „Sali Królestwa” w sosnowieckim Zagłębiu jest dopiero finał: monolog lekarki tkwiącej bezsilnie przy łóżku pacjenta, który umrze, bo religia nie pozwala na transfuzję krwi. Jej furia ma w sobie coś z dygotu samolotu przed startem, kiedy rozgrzewają się silniki, a hamulec nie pozwala ruszyć z miejsca; jest wściekła, wulgarna, obraźliwa i obsceniczna a wszystko to na niewyczerpanych pokładach rozpaczy i bólu. Świetny występ pani dyrektor, która właśnie kończy misję w Sosnowcu i idzie rządzić lubelskim Teatrem im. Osterwy. Znów nie będzie miała czasu na granie; trochę szkoda.

Anna Ilczuk [zwycięstwo]

Miało być o polityce, ale mam nieodparte wrażenie, że groza „tajnego rządu” ideologów, zamordystów i ciemniaków opisanego w „Onych” Witkacego nie zmieściła się, by tak rzec, w horyzoncie wyobraźni młodziutkiego reżysera Oskara Sadowskiego. Nie życzę mu (ani nam wszystkim) brutalnej lekcji w tym względzie, bardzo niestety prawdopodobnej we wrocławskim Polskim. Widowisko zdominował kamp, ocierające się o kicz obrazy, a postacie – aktorka Spika Tremendoza, manieryczna, przesadna, ale pięknie szpikująca swoje pozy niespełnionym pragnieniem zwykłego ludzkiego ciepła. Wyraźnie dojrzała, pozbyła się infantylnego tonu długi czas nieznośnego w kolejnych rolach, świadomie i mądrze operuje ciałem, umie budować wyraziste sylwetki, ratować się także w niezbornych całościach (nieudany „Czarny śnieg”). Dlaczego musi się bać o swoją i teatru przyszłość?

Zbigniew Kosowski [zwycięstwo]

Po paru latach nieobecności wrócił do łask w Starym Teatrze. I dobrze, można nie cenić zadań aktorskich rodem z dziwacznego panopticum we „Wrogu ludu” w koncepcji Jana Klaty, ale można też z podziwem patrzeć, jak się w tej grotesce znajduje, jak się ustawia do kolegów, słucha ich i partneruje w zgodzie z najlepszymi standardami zawodu, jak wygina śmiało ciało i modeluje sylwetkę, bezbłędnie znajdując się w każdej scenicznej sytuacji. Taki aktor w zespole to skarb, ale też używanie go do ratowania średniej klasy dowcipów w infantylnym kabarecie „Książka telefoniczna” to czyste marnotrawstwo.

Maciej Kowalczyk [nadzieje]

Nie ułatwiła mu życia Lidia Amejko, czyniąc narratorem „Silesii, silentii” (Wrocławski Teatr Współczesny) ni mniej, ni więcej… płaszcz. W jej wyobraźni nie żaden kawałek materiału tylko boski twór, jak każdy inny, ważny w świecie, gdzie dusze poszukują swoich uniformów, aby się w nie przyodziać a krawieckie wykroje chcą wypełniać się istnieniem jak nadzieniem. Jak to wszystko grać? Z nieomal niewykonalnego zadania wychodzi z tarczą, bierze na siebie – jako ów płaszcz – lwią część i prezentacji filozofii autorki, i opowieści o Wrocławiu od czasów przedwojennych do dziś. Recenzenci zarzucali mu nadekspresję, chyba krzywdząco; w porównaniu z innymi rolami („Tajemniczy ogród”) jest wręcz powściągliwy, skupiony, a niezbędna dynamika jego roli pięknie kontrapunktuje w inscenizacji Marka Fiedora z…

Przemysław Kozłowski [zwycięstwo]

…z jakby wykutą w spiżu sylwetką Krawca-Boga, stwórcy-ofiary, prawodawcy świata, w którym żyje i kronikarza-komentatora jego zagłady. Bardzo łatwo tu o pusty patos; aktor świetnie potrafi się przed nim obronić poprzez wstrzemięźliwość i, by tak rzec, oddanie siebie do dyspozycji tekstu – a autorka tę z kolei postać wyposażyła w kilka ustępów poetyckiej retoryki najwyższej klasy. Potrafi przyciągnąć uwagę koncentracją, dojrzałością środków. Przeglądam zapiski z dawnych lat i z różnych miejsc Polski; wychodzi, że notowałem jego role – nawet nieduże, ale wyraziste i niebanalne – głównie właśnie w pracach reżyserskich Fiedora („Proces” w Polskim w Poznaniu, „Baal” w Opolu). Spotkali się znów, to dobrze wróży.

Bogusław Kudłek [na fali]

„Każdemu Everest” z tego sezonu jeleniogórskiego Teatru im. Norwida i „Karskiego historię nieprawdziwą” z sezonu poprzedniego łączy nieoczywista i niepowszednia cecha: inteligenckość. Zajęciem inteligentów była zawsze wysokogórska wspinaczka z całym jej dramatyzmem, i także inteligenckie są smętne podśmiechiwania na temat tego, co świat wie i czy w ogóle wie o Janie Karskim. Oba widowiska, Radosława Paczochy/Piotra Jędrzejasa i Szymona Bogacza/Julii Mark są zbiorami scenek, etiud i skeczy, w obu czuje się świetnie, kreśli celne, efektowne sylwetki na przykład peerelowskiego ubeka, który ongiś kontrolował alpinistów, albo dzisiejszego arywisty, który „kupił już sobie pieniądze” i żąda wygodnego dostarczenia na Everest. Brakuje na co dzień takiego teatru, lekkiego, niewymuszonego – i takiego aktorstwa też.

Marcin Kuźmiński [               ]

Jak to go nie ma? W obu przedstawieniach krakowskiego Teatru im. Słowackiego, które widziałem w tym sezonie – w „Rytuale” Bergmana w reżyserii Iwony Kempy i w adaptacji „Kuzynki Bietki” przygotowanej przez Małgorzatę Warsicką – był panem sceny, dyktował ton, tempo sekwencji, czuło się jego świetną formę, precyzję w prezentowaniu intencji granych postaci. Ten niebłahy rodzaj dobrego aktorskiego samopoczucia, który sprzyja, niesie spektakl pod niebo a nie niszczy go niemądrym narcyzmem. I nagle w lipcu. Pięćdziesiąt dwa lata. Psiakrew.

Agnieszka Kwietniewska [zwycięstwo]

Kiedy Bruscona, komedianta, grafomana i tyrana na gościnnych występach w podłej dziurze, grał Łomnicki u Axera, było w nim jakieś uskrzydlenie rojeniami o wielkości, choć z nieuniknioną kompromitacją w perspektywie. W jej Bernhardowskim bohaterze jest przede wszystkim zimne upojenie władzą, maltretowanie niezdolnych dzieci, wulgarna erotomania dodatkowo jaskrawa przez to, że kobieta gra mężczyznę. Jej świadomość formy, jej wielobarwność środków sprawia, że postać na scenie może fascynować jako niezwykły ludzki dziwoląg. Nie do końca jest jednak jasne, w jakim celu o nim opowiada łódzki Teatr im. Jaracza; taki brak punktu dojścia u Agnieszki Olsten zdarza się nie pierwszy raz. Gorzkie to więc aktorskie zwycięstwo. A i nowa propozycja Jolanty Janiczak i Wiktora Rubina, rola tytułowej hrabiny Batory w kieleckim Teatrze im. Żeromskiego nie dorównuje pamiętnej Joannie szalonej, królowej z tej sceny.

Lech Łotocki [zwycięstwo]

Określenia „mistrz epizodu” używa się czasami z ironicznym przekąsem. Niezasłużenie i nietrafnie. Granie epizodu jest osobnym podgatunkiem aktorstwa, wymagającym mądrej konstrukcji, umiejętności wpasowania się w całość, wyczucia proporcji. Gdy się to wszystko uda, epizod może być cenniejszy od głównej roli. Ot, choćby w spektaklu „Wyznawca”, przygotowanym w warszawskim Studio przez Natalię Korczakowską na podstawie filmu „Fanatyk” Henry’ego Beana pokorny sprzątacz, polski Żyd długo prowokowany przez nazistę w końcu wybucha gniewem, który w sobie gromadził i który jakby widowiskowo rozsadza jego uniżoną sylwetkę. O ileż więcej waży w teatrze ta migawkowa scena, niż cała idiotycznie ustawiona rola hrabiego Lekcickiego z „Rodziny” Słonimskiego (Fundacja HI!ART.), gdzie polskiemu szlagonowi przyprawiono wąsiki Herkulesa Poirot. Niektórych zadań po prostu nie opłaca się brać.

Hanna Maciąg [nadzieje]

Dostała ZASPowską Nagrodę im. Jana Świderskiego za rolę w „Dybuku”, świetnym spektaklu Anny Smolar (Polski, Bydgoszcz). To paradoks, bo rola licealistki usiłującej dać sobie radę z samobójczym zamachem kolegi wykonana jest w jakimś sensie nieaktorsko, półprywatnie, wymyka się formalnym regułom. Niewiele dotąd zagrała, ale artystyczne dossier ma niemałe: stale współpracuje z duetem Janiczak/Rubin, projektuje kostiumy, kręci filmy wideo, bywa asystentką reżyserów. Najwyraźniej szykuje się nader niestandardowa kariera, której aktorstwo albo będzie składową, albo nie – ale ponad wszelką wątpliwość o rutynie czy stereotypie absolwenta szkoły teatralnej na posadzie nie będzie mogło być mowy.

Anna Magalska-Milczarczyk [zwycięstwo]

Najpiękniejsze w „Nieskończonej historii” Artura Pałygi przyrządzonej przez Małgorzatę Warsicką w toruńskim Teatrze im. Horzycy, w swoistej, zestrojonej z wielu głosów symfonii codzienności, są te solówki, gdzie „instrumentaliści” nieśmiali, niepewni siebie, rozpędzają się do jakiejś scenicznej opowieści-arii, która ich niesie, każe się samym sobie dziwić, zdumiewać, zachwycać. Tak, jak grana przez nią bohaterka, rutyniara od pogrzebów, pogubiona w swojej wierze/niewierze, odzyskująca głos i, by tak rzec, postawę wyprostowaną po spotkaniu z prościutką lokatorką. Subtelnie, „do wewnątrz” wykonana rola. A dla kontrastu druga praca w udanym sezonie – napalona mieszczka w skróconej i skondensowanej „Heddzie Gabler” Ibsena reżyserowanej przez Agatę Dyczko, grana dużo grubszymi, brutalniejszymi, ale w pełni świadomie używanymi środkami.

Rozalia Mierzicka [zwycięstwo]

Alicję w krainie czarów zobaczy każdy, kto nawet przelotnie spojrzy na to zdjęcie. Nie ma się co dziwić, że Justyna Łagowska – debiutująca jako reżyserka, ale na co dzień plastyczka – zatrudniła ją do tytułowej roli w Teatrze im. Fredry w Gnieźnie. Szkoda, że scenariusz Michała Kmiecika niewiele dawał do zagrania poza wdziękiem. A jej trzeba więcej. W „Cynkowych chłopcach” według Swietłany Aleksijewicz (Teatr im. Szaniawskiego, Wałbrzych) ucieka od własnego stereotypu, z gryzącą ironią buduje postać jakiejś estradowej wodzirejki robiącej show z koszmaru wojny. I szuka, ryzykuje, bierze udział w instalacjach, w okazjonalnych spektaklach, na przykład Komuny Warszawa. Nosi ją. Czemu tylko przyklasnąć i podziwiać, tylko z takiego niepokoju coś się tworzy.

Maja Ostaszewska [mistrzostwo]

Czy teatr Krzysztofa Warlikowskiego robi się manieryczny? Poniekąd tak. Choćby przez to, że zdaje się rok w rok taki sam, przy zmieniającej się przecież tematyce i inspiracjach literackich. Coś jest niebezpiecznie powtarzalnego w rytmie scen, w plastyce obrazów, w tempie mówienia, w prowadzeniu postaci. Kolejne dzieła zaczynają się w pamięci zlewać, nakładać na siebie i w tej atmosferze oczywistości („było jak zawsze”) zaciera się świadomość klasy tego teatru, choćby jego aktorstwa. Taka Odeta de Crecy z „Francuzów”, cudnie szczery, bo z lekka niemądry obiekt amorów pana Swanna. Grana misternie, z dyskretną komediowością, która służy nie chichotom, tylko lekkiemu, naturalnemu dystansowi do siebie i napuszonego świata Proustowskich arystokratów. Takie to niby przewidywalne i „jak zawsze”, a proszę mi pokazać więcej tak drobiazgowo wypracowanych, ani na centymetr nieprzerysowanych ról.

Rafał Ostrowski [zwycięstwo]

Grał Wokulskiego w pamiętnej musicalowej „Lalce” Wojciecha Kościelniaka i Antka Borynę w tegoż inscenizacji „Chłopów” w Muzycznym. Duże zadania, role z literackiego kanonu. A dopiero Agata Duda-Gracz zdarła z niego – i z koleżanek i kolegów gdyńskiego ansamblu – ostatnie ślady pozłotki, scenicznego błyszczenia, które aktor nabiera na skórę chcąc nie chcąc, gdy gra niemal wyłącznie w rozrywkowym repertuarze. Fascynujące jest patrzenie, jak pod niewiarygodnym, perswazyjnym wpływem reżyserki aktorzy otwierają się, nabierają zaufania do własnego ciała, do szczerości zachowań, do gmerania w ciemnych rejonach psychiki bez lęku przed drastycznościami, ale i bez taniego ekshibicjonizmu. Noszą ją potem na rękach w podzięce za tę terapię – i mają za co.

Paweł Palcat [zwycięstwo]

To się nazywa iść po bandzie. Grać Macierewicza, jak onanizuje się przy ścieżce dźwiękowej głosów z kokpitu czy Kaczyńskiego jak wygrzebuje się z worka ze zwłokami brata i wybucha rozpaczliwym monologiem, żądając od widzów utulenia w bólu. Przemysław Wojcieszek w swoim „Hymnie narodowym” (Teatr im. Modrzejewskiej, Legnica) nadto rozpędził się w politycznej gorączce i w nienawiści (której nie kryje), użył najcięższej broni, jaką miał w arsenale wyobraźni, jednoznacznie przekroczył granicę przyzwoitości. Ale aktor nie!! W jego wykonaniu nie ma nic niskiego. Żadnego ośmieszania, poniżania. Jest szaleństwo i groza, ostrzeżenie i strach przed obłędem, jednoznaczność oskarżenia owszem, ale bez pogardy. Chciałbym o tym przekonać, ale ci, do których to mówię i tak mi nie uwierzą, a sprawdzić nie pojadą.

Ewelina Pankowska [nadzieje]

To dla mnie największa zagadka sezonu: co pociągającego rozsądni ludzie zobaczyli w widowisku Anny Karasińskiej „Ewelina płacze” z TR Warszawa, gdzie Adam Woronowicz, Maria Maj i Rafał Maćkowiak grają prowincjonalnych amatorów, którzy po wygraniu castingu mają zastąpić Woronowicza, Maćkowiaka i Maj. Ani to śmieszne, ani mądre. Jeśli o czymś świadczy, to o jakiejś niezrozumiałej infantylizacji współczesnego teatru i jego fanów. Co nie przekreśla debiutantki mającej rzekomo zastąpić Magdalenę Cielecką, nie umniejsza jej szczerości, otwartości, umiejętności znalezienia się w gwiazdorskim zespole. Rzuciła mi się w oczy też w „Weselu” dyplomowym spektaklu PWST we Wrocławiu wyreżyserowanym przez Monikę Strzępkę. Zobaczymy, co będzie dalej.

Antoni Pawlicki [na fali]

Amantowaci, przystojni idą do filmu, do seriali i zdają się dla teatru z góry straceni. Ale czasami wracają. Zobaczyłem go w dwóch rolach na stołecznych scenach: „zięcia” kobiety, która nie akceptuje homoseksualnego związku swego syna („Matki i synowie” Terrence’a McNally’ego w Polonii) i odpowiednika Czechowowskiego Astrowa w uwspółcześnionej parafrazie „Wujaszka Wani” („Wiosna” Leonarda Moreiry w Studio). Nic w nich szczególnego, po prostu bardzo przyzwoite, fachowe partnerowanie w dobrze skrojonych, konwencjonalnych sztukach. Ale coraz częściej takich umiejętności zawodowego akompaniowania kolegom, którym przypada główny konflikt spektaklu brakuje w zespołach. Więc kto umie i nie zjadła go rutyna – niech wraca, będzie witany ciepło.

Jan Peszek [mistrzostwo]

Któż jak nie on mógłby zostać polskim Busterem Keatonem? W komedyjce Igora Sawina „Kto nas odwiedzi” (OCH-Teatr, Warszawa) reżyser, choreograf i oryginał Cezary Tomaszewski zobaczył slapstickową burleskę. I aktor ją wykonuje, wcielając się w cztery role naraz (kamerdynera i trzech gości hrabiny), upijając się widowiskowo, wywalając o tę miednicę, co ją widać na zdjęciu, realizując matematycznie wyliczony scenariusz kroków gestów i gagów, rozpędzany coraz mocniej, coraz śmieszniej, w jakimś oszalałym accelerando. Trzeba najwyższej sprawności fizycznej i – ważniejsze – siódmego zmysłu efektów komicznych; miał ją genialny aktor niemego filmu, ma ją polski kontynuator. Zagrali w sezonie – w duecie, jak tu, z Jadwigą Jankowską-Cieślak – jeszcze irlandzką obyczajówkę „Błogie dni” w Ateneum, bardzo porządną, ale jakże – w porównaniu – okropnie zwyczajną.

Michał Piela [na fali]

Casting był niepotrzebny. Kto wie, może Tadeusz Słobodzianek, gdy wymyślał przeniesienie na scenę dziejów niedźwiadka odbywającego z II Korpusem szlak wojenny z Iranu do Szkocji, od razu miał przed nosem jego masywną postać? A on „Niedźwiedzia Wojtka” zagrał trochę jak w szkole teatralnej, gdy studenci mają pokazać zwierzęta – nie naśladować tylko znaleźć znak-metaforę dla nich konstytutywną. Rola jak rola, poprawna, podobnie jak cała, trochę sentymentalna, trochę gorzka epopeja żołnierska w warszawskim Dramatycznym, ale szkoda aktora, który ma w sobie potencjał na zadania w większym stopniu idące na przekór potężnej posturze i jowialnej aparycji. Jak go obsadzać? Próbowano różnie, nawet – ze średnim skutkiem – jako Wacława w „Zemście”. Nie wiem, czy mało wykorzystywany miś czeka na propozycje, ma oczywiście jeszcze film i seriale, ale życzę mu odjazdowych propozycji.

Kamila Pieńkos [nadzieje]

Jak się opowiada dziś dzieciom o krasnoludkach i Sierotce Marysi? Tak, że sierotka jest sierotką naprawdę, w pustym mieszkaniu, w depresji, z rozpaczliwym mobilizowaniem się do działania i wreszcie ze snem, który jest wejściem w bajkę, ale wcale nie ucukrowaną jak dydaktyczny ulepek. Bajka jest, owszem efektowna, widowiskowa i traktuje młodych widzów najpoważniej jak umie: bez infantylizacji. Z fajerem, z dowcipem, życiowo. Wszystko to w spektaklu Iwony Jery w Bagateli według tekstu Martyny Lechman. A tytułowa Marysia jest młododorosła, rezolutna, sympatyczna i umie grać na klarnecie; muzykowanie jest dopełnieniem aktorstwa, dodatkowym środkiem wyrazu, co ten akurat krakowski teatr skutecznie nauczył się stosować.

Jacek Poniedziałek [zwycięstwo]

Rola podstarzałego dandysa: jak łatwo ją przesolić. Zdjęcie, które tu zamieszczamy, sugerowałoby przesadę, grubą charakteryzację i dosłownie, i w przenośni. A tym czasem barona de Charlus, jednego z najefektowniejszych Proustowskich bohaterów, rysuje we „Francuzach” (Nowy Teatr, Warszawa) cienko i chłodno. Ból upokorzonego miłośnika pięknych młodzieńców nie jest tu, broń Boże, ani celebrowany, ani rozpamiętywany, rozmywa się w cedzonych słówkach, obcesowych opiniach, pełnych wyższości spojrzeniach i powściąganych emocjach. Jeszcze raz wracam do pozycji teatru Krzysztofa Warlikowskiego, który łatwo usuwamy z pamięci, bo rzekomo zbyt mało proponuje nowego, a potem okazuje się, że nie tylko w widowiskowości, także w cienkościach psychologicznego aktorstwa niełatwo dlań o konkurencję.

Jerzy Radziwiłowicz [mistrzostwo]

Coś się we mnie wzdraga przed koncepcją, w myśl której Jan Englert przeczytał Słowackiego: Kordian, który na starość zostaje Prezesem to jednak wbrew sensowi, nawet jeśli tę ewolucję podszyć goryczą i złością. Tym bardziej, że w spektaklu, który widziałem, sprezesiały Kordian był bardziej dystyngowany niż zły, raczej retoryczny niż cierpiący. I oczywiście jego retoryce niczego niepodobna było zarzucić, warsztat mowy aktora jest, każdy wie, nieskazitelny. Z tego sezonu w Narodowym wolę jednak jego rolę niemą: sylwetkę samotnego człowieka noszącego worki z trupami – z jednego z nich wychodzi żywa dziewczyna – chociaż nie mam pojęcia, niech mi Piotr Cieplak wybaczy, kim jest ta dziwna postać i co w ogóle robi w tym „Owocilpos”, odwrotce Soplicowa, sprowadzającej Mickiewiczowski mit do walki zdziczałych plemion oddzielanych siatką od cywilizowanego świata. Nie mam pojęcia, ale nic to; na tego palącego papierosa ponuraka mogę się gapić godzinami.

Henryk Rajfer [na fali]

Wstyd, wielki wstyd przyznać, ale go nie znałem, nie trafiałem, bywając okazjonalnie w Żydowskim na tego aktora-podporę zespołu Szymona Szurmieja i Gołdy Tencer. A gdy na plac Grzybowski weszli nowi realizatorzy, zobaczyłem artystę w znakomitej formie, czekającego na istotne zadania – i wciąż, jak się zdaje, nie zaspokojonego. Maja Kleczewska w „Dybuku” dała mu do grania jakiś marny żart na temat rebego – egzorcysty, Monika Strzępka z Pawłem Demirskim w niezbyt udanym spektaklu o Marcu ’68 stworzyli mu wyganianego z Polski Żyda, postać dziwnie apatyczną, wypełnioną sentymentalnymi marzeniami o zamienieniu się w modrzew, konstrukcję o sto lat świetlnych od jego temperamentu. Musi poczekać, może coś dla takiego Dyla Sowizdrzała, jak on, wreszcie się znajdzie.

Mateusz Rusin [na fali]

Przejdzie do historii jako najdziwniejszy w historii ksiądz Piotr z „Dziadów” zrobiony w… bociana. Dwie dziewczynki naciągają mu dziecięce rajtuzy od stóp do pół uda, przykłada do dzioba, pardon, do ust papierową tutkę i między Mickiewiczowskie wersy wstawia „ta-ta-ta-ta” – zapewne tak brzmi po litewsku „kle-kle-kle”. Bodaj żaden komentator uroczystej premiery w Narodowym na dwustupięćdziesięciolecie teatru nie zapytał o sens tego konceptu. Przyjęliśmy – nie bez powodu! – że wizja Eimuntasa Nekrošiusa z założenia będzie hermetyczna i odbiegająca od polskich przyzwyczajeń, więc wręcz nie wypada dociekać wykładni poszczególnych zabiegów. Tu może jednak należało? Skądinąd teatr polski ma generalnie kłopot z „Widzeniem księdza Piotra”. No bo jak w dzisiejszych nastrojach inscenizować natchnionego klechę ze swoim „A imię jego czterdzieści i cztery”?

Magdalena Schejbal [zwycięstwo]

Mały quiz: kto z państwa nie krzyknął w pierwszym odruchu, że pomylono zdjęcia? Janusz Wiśniewski lubi, jak wiadomo, fundować aktorom i aktorkom takie przecharakteryzowywanie fizjonomii, że ich potem rodzony tatuś nie pozna. Tak też się stało w tych „Dziewicach i mężatkach” (jak by się ktoś pytał, chodzi o Molierowskie „Uczone białogłowy”) w Ateneum. Ważne i godne podkreślenia, że serialowa i świetnie rozpoznawalna aktorka dała się tak doszczętnie zamalować, że pokornie i bez cienia gwiazdorzenia weszła w zespołowe granie. A może teatr pomyśli w przyszłości o wykorzystaniu jej na scenie z takim wizerunkiem, w jakim ją rodzice stworzyli, bez szczelnej warstwy maskującej? Ku pożytkowi nas wszystkich, ale i swojemu marketingowemu przede wszystkim.

Szymon Sędrowski [na fali]

Lubię jego radość grania, pewnego rodzaju propellerek w scenicznym byciu, który się lekko ociera o popisywactwo, ale granicy raczej nie przekracza. To jest oczywiście coś przydatnego najbardziej w repertuarze komediowym, którego w gdyńskim Teatrze Miejskim im. Gombrowicza gra się sporo, ale też wspaniale pomaga, gdy się trafi zadanie na granicy tragedii i komizmu. Jak dla niego Per Olov Enquist pisał „Z życia glist”, opowieść o Hansie Christianie Andersenie, w której wielki bajkopisarz jawi się jak wielkie, niezgrabne dziecko, ładujące się w gafę za gafą, oczekujące, że będzie się je pieścić i pocieszać, a gdy przychodzi konflikt, doroślejące z trudem, z bólem i chyba tylko na chwilę. Przemyślana, konsekwentna rola w przedstawieniu Krzysztofa Babickiego – obok występów w „Komedii omyłek” na scenie letniej w Orłowie, gdzie w trzecioplanowej rólce wygłupia się brawurowo, choć w granicach rozsądku.

Jan Sobolewski [nadzieje]

Kategoria „nadzieje” dotyczy tym razem drugiej strony. To znaczy ja mam nadzieję, że zobaczę kiedyś aktora w roli dorównującej znakomitej opinii, którą ma powód się cieszyć. Bo na razie widzę na scenie bydgoskiego Polskiego głównie konferansjerki, referowanie problemów, albo tę szczególnie uwielbianą przez część obserwatorów dziecinną półprywatność: „nazywam się Janek i jak byłem w szkole teatralnej, to…” Trochę to mało jak na listę osiągnięć, a rola tytułowa w przedstawieniu Magdy Szpecht „Delfin, który mnie kochał”, z udawaniem morskiego ssaka ocierającego się o barierkę dla widzów, zdała się nawet z lekka kompromitująca. Wiem, że reżyserzy go uwielbiają i nie tracę nadziei, że kiedyś wyjdzie z tego coś, co rzuci na kolana.

Anna Sroka‑Hryń [mistrzostwo]

Gdy w zeszłym roku wpisałem przy jej nazwisku kategorię „mistrzostwo”, warszawska Roma zacytowała ją w reklamie i rozplakatowała po Warszawie. Miło było czytać swoją opinię na murach i stacjach metra. Ale nie trafi na wielkoformatowe plakaty coś, co jest dużo ważniejsze. To, że gwiazda musicalu „Mamma Mia” w nielicznych chwilach odpoczynku od śpiewania ABBY, gra w kameralnym Teatrze Ochoty dla kilkunastu osób kapitalnie podpatrzoną sylwetkę znerwicowanej widzki, co przyszła do teatru niepewna, z kompleksami, ze złością na siebie, wyładowywaną w złości na świat, a zwłaszcza na potulnego partnera, który ją do teatru zaprosił. Jest w tej rólce (z miniatury Grzegorza Staszaka w widowisku „Triatlon”) finezja psychologiczna, mądrość, ciepła kpina i przeogromna empatia. A między widowiskiem z Romy a drobiazgiem dla smakoszy z Ochoty mieści się w gruncie rzeczy cała niezwariowana komercyjnie wielkość polskiego teatru.

Cezary Studniak [zwycięstwo]

Niezbadane są drogi, którymi wędruje wyobraźnia Agaty Dudy-Gracz. To jest Kaliban? Ten stary, śmieszny i uwodzicielsko autoironiczny hipis na emeryturze zalegający z ciepłą, murzyńską żoną (bo jest i pani Kalibanowa) na kanapie stojącej w głowie Prospera? Bardzo daleko odżeglowaliśmy od Shakespeare’owskiej inspiracji, spektakl wrocławskiego Capitolu nazywa się „Po burzy”. Ale inscenizatorka może szaleć w skojarzeniach tylko, gdy ma tak sprawnych wykonawców, rysujących wyraziste sylwetki jednym gestem, pochyleniem drągalowatej sylwetki, krzywym uśmieszkiem spod kapelusza. Zagrał też w spektaklu „Y” Artura Pałygi o treści równie enigmatycznej, jak tytuł. Podobno chodziło o spotkanie Steve’a Jobsa z Beatlesami; o jego roli mogę powiedzieć, że śpiewał pięknie, choć aranżacje powykręcały przeboje czwórki z Liverpoolu w całkiem nierozpoznawalne sekwencje dźwięków.

Ewa Telega [zwycięstwo]

Kamienna twarz: już wspominany tu Buster Keaton wiedział, że dobrze użyta daje lepszy efekt komiczny niż nadmiar min, dobrych dla saperów. W scenariuszu „Demon teatru, czyli mniejsza o to” Bogusława Schaeffera, w którym reżyser i trójka aktorów wzajemnie prowokują się, podszczypują, obrażają i wyczyniają wieczne numery z tej commedia dell’arte, jaką jest świat teatralnych prób, ma sekwencję, gdy z buzią w ciup przez ciągnące się w nieskończoność minuty znosi podgryzania reżysera. I oto paradoks sceny: znieruchomiała fizjonomia, jedynie dźgana przez aktywność partnera, niejako ożywa; zdaje się, że malują się na niej kolejne reakcje, choć w rzeczywistości ani drgnie. Aktorka zawsze miała fantastyczne poczucie humoru, dobrze że znalazło wyraz w udanym spektaklu Andrzeja Domalika na do widzenia z Ateneum.

Małgorzata Trofimiuk [zwycięstwo]

Ponoć gdy w opowieści libańskiego reżysera Rabiha Mroué o Andrzeju Lepperze „Tu już Wersalu nie będzie” w bydgoskim Polskim wstała z widowni w taniej sukience, w brzydkiej peruce i jęła opowiadać, jakim bogiem dla ludzi z prowincji, takich, jak kreowana przez nią postać, był Lepper – obecni na spektaklu członkowie szczątkowej Samoobrony pytali, z jakiego jest koła. Nie potrzeba lepszego świadectwa precyzji rysunku, znakomitego podpatrzenia reakcji, celnego osadzenia postaci w realiach. A paleta środków aktorki bynajmniej nie wyczerpuje się na realistycznych obrazkach; w ściśle skodyfikowanym, sztywnym formalnie spektaklu Weroniki Szczawińskiej – „Wojny, których nie przeżyłam” – jest jedną z najbardziej zdyscyplinowanych osób na scenie. Jak widać na różnorodność zadań i konwencji aktorzy antrepryzy znad Brdy narzekać nie mają prawa.

Tomasz Tyndyk [zwycięstwo]

Marta Sokołowska napisała sztukę o Tomaszu Sikorskim, kompozytorze kiedyś grywanym na Warszawskich Jesieniach, który potem został odrzucony, nie dał sobie rady z samym sobą, zapił się na śmierć. Podczas prób Katarzyny Kalwat w TR Warszawa zmienili koncepcję: zrobili spektakl o teatrze, który wystawia sztukę o Sikorskim. Gdy nie szło, uciekli tam, gdzie się czuli najpewniej: w autotematyzm. Czy słusznie? Powiedzą, że tak: spektakl „Holzwege” się podoba, wygrał Konkurs na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. Ja nie jestem przekonany, a dowodem – właśnie główna rola. Przejmująca we wszystkim dotyczącym zniszczonego kompozytora, świetnie wtedy słuchana i rezonująca. I zjeżdżająca w niesmaczny banał, gdy aktor zaczyna biegać wokół widowni i wykrzykiwać coś o swoim teatrze, o kolegach. Jakby nie wierzył, że z samej opowieści o jakimś Sikorskim zrobi rolę. A zrobił – i to na tyle dobrą, że indywidualna nagroda w Konkursie jest najzupełniej zasłużona.

Ewa Wencel [na fali]

Aktorka Teatru Kwadrat, skazana na farsy i głupstwa, dla psychicznej odtrutki chyba wymyśliła sobie monodram o Marii Curie-Skłodowskiej „Promieniowanie”. Sama zamówiła tekst, scenografię, muzykę, zbudowała widowisko. Pewnie zbyt solenne, przez co trochę szkolne w sferze biograficznej, a trochę za mocno melodramatyczne w opowieści o romansie po śmierci męża, atakach bulwarowej prasy, zarzutach rozbijania rodziny, etc. Nie ma w tym przedsięwzięciu wielkiej sztuki, ambicji odkrywania czegoś o wielkiej chemiczce. Ale liczy się pasja, zrobienie teatru praktycznie z niczego, chęć opowiedzenia widzom czegoś ważnego. Skoro udaje się to sprzedać, w sensie: znaleźć i zgromadzić widzów, a w widowisku wszystko trzyma poziom – wypada cieszyć się i przyklasnąć. Trafiłem na ten spektakl dzięki zbiegowi okoliczności: o ilu podobnych inicjatywach nie wiemy?

Wojciech Wiliński [zwycięstwo]

Ta postać w scenariuszu Pawła Demirskiego „Marzec '68. Dobrze żyjcie – to najlepsza zemsta” (Żydowski, Warszawa) tak naprawdę nie jest dramaturgicznie do niczego potrzebna. Ale proszę spojrzeć na zdjęcie. Ten „Komik” (tak się nazywa postać) niesie w sobie całą paradę komików, nosatych mistrzów autoironii i absurdu wpisanych w najlepszy szmonces, pisany przez Tuwima czy Konrada Toma, grany przez Lopka Krukowskiego czy innych rozśmieszaczy. To także tradycja powojennej estrady i kabaretu, rewii w Teatrze Syrena, zapomnianego już na amen Podwieczorku przy mikrofonie, gdzie ze Zdzisławem Leśniakiem tworzył duet klasycznych clownów, Friko i Koko. Nie powiem, że zawsze były to race humoru na najwyższym poziomie. Ale daj Boże współczesnym jajcarzom.

Irena Wójcik [zwycięstwo]

Jest jedną z dłużej pracujących aktorek Teatru im. Szaniawskiego w Wałbrzychu (a ja ją widziałem jeszcze dawniej w Słupsku, w „Grach kobiecych” Zanussiego). Pamięta czasy, gdy działał tu przeciętny, prowincjonalny teatr, choćby za długiej kadencji Wowo Bielickiego. Przeszła lojalnie wszystkie wałbrzyskie szaleństwa tego wieku, dyrekcje Kruszczyńskiego, Majewskiego, prace Klaty, Kleczewskiej, Strzępki. Teraz gra w „Cynkowych chłopcach”, spektaklu młodego reżysera Jakuba Skrzywanka według prozy Swietłany Aleksijewicz. Gra matkę zabitego żołnierza. Nie boi się staroświeckiego wzruszenia, brody trzęsącej się od wstrzymywanego szlochu. Można powiedzieć, że to tradycyjne, konwencjonalne granie. Ale właśnie trening, który przeszła, długie sprawdzanie się w dzikich konwencjach i zadaniach sprawia, śmiem twierdzić, że w jej płaczu nad zwłokami syna nie ma nic z pustego, wyświechtanego gestu scenicznego, że aktorskie rozklejenie, mocno trzymane na uwięzi formy, owocuje dokładnie tym, czym powinno. Starym, dobrym katharsis.

Wszystkim artystkom i artystom dramatycznym, którzy zmieścili się i którzy nie zmieścili się w – i tak bardzo długim – spisie, serdeczne ukłony na progu nowego sezonu

Jacek Sieradzki