Zobacz poprzednią edycję »

Subiektywny spis aktorów teatralnych

Edycja dwudziesta trzecia


„Nareszcie skończył się ten upiorny dzień, w którym w imię czystości sprawy, w imię reali­zacji marzeń o własnym zespole zrobiłam tyle krzywdy ludziom – pisze Izabella Cywińska w swojej wspomnieniowej książce. – Wybierałam pomiędzy przyszłością teatru a losem aktorów (i ich rodzin), których jako zupełnie niewinnych, zakładając, że się nie dostosują, skazałam na banicję. Czy naprawdę musiałam tak zrobić?”

Upiorny dzień zdarzył się wiosną 1970 roku. Młoda reżyserka objęła swoją pierwszą w życiu dyrekcję – w Teatrze im. Bogusławskiego w Kaliszu – na dzień dobry zwalniając ryczałtem całą załogę poprzedniczki. Zastąpiła ich aktorami pościąganymi z rozmaitych miejsc w kraju. Niewątpliwie miała talent do lepienia ekipy, dobierania właściwych proporcji osobowych, uruchamiania wspólnotowego ducha. Zespół – przy całej zmienności w miarę upływu lat – był jednym ze stałych atutów jej dyrekcji, tak w Kaliszu, jak później w Poznaniu. Być może to, że wtedy nie cofnęła się przed radykalną decyzją, symbolicznie, by tak rzec, pasowało ją na teatralnego lidera, ile trzeba stanowczego, ile trzeba ludzkiego – i przecież lubianego. Tak czy owak na początku była jatka. Rzeź niewiniątek.

Niepowtórzona potem chyba nigdy i przez nikogo, przynajmniej ja żadnej podobnej zbiorowej egzekucji nie pamiętam. Co nie znaczy, rzecz jasna, że wymiany szefów scen gdziekolwiek mogły przejść bezboleśnie. Obejmujący swój urząd dyrektorzy zazwyczaj deklarują szacunek do zastanych aktorów, obiecują, że nikogo nie zwolnią, wszystkim dadzą szansę. Przywożą jednak ze sobą swoich – współpracowników z poprzednich miejsc. Ci zwykle zaczynają grać podstawowe role, spychając starych na margines, do halabard, potem może i za bramę. Nie dzieje się to bez upokorzeń, ale przynajmniej rozkłada się w czasie i w pewnym stopniu hamuje początkowy radykalizm. Pozwala dojść do głosu argumentom obrony: jak można na bruk, on/ona ma tu dom, rodzinę, pracy nie znajdzie, cztery lata do emerytury, w pewnych rolach jest świetny/świetna. Kto ich wywali na pstryk, wszystkich, „w imię czystości sprawy”?

Znam doskonałych, mądrych dyrektorów, którzy w prywatnej rozmowie na uwagę „on/ona nie powinien/na tego grać”, odpowiadają „wiem, ale nie grał/grała od roku, z gołej pensji nie wyżyje”. A ja, miast się pryncypialnie srożyć, kiwam głową, rozumiem powód, przyjmuję do wiadomości, że jakość dzieła oddała pole życiowej wyrozumiałości i poszła się paść. Ale z drugiej strony odruchowo się jeżę – i chyba nie tylko ja – czytając, jak Cywińska z lekko porażającą szczerością opowiada w książce o okrucieństwach, jakie wyprawiała najbliższym. Jeszcze parę lat temu, już nie jako dyrektorka-debiutantka, z dnia na dzień zdejmowała z roli jednego z serdecznych przyjaciół, bo przyjeżdżał znany krytyk i chciała, by zagrał dubler – aktor z większym nazwiskiem. A gorzki paradoks tkwi w tym, że ów krytyk jechał obejrzeć właśnie tego zdjętego, bo słyszał wiele dobrych opinii o jego kreacji.

Sztuka wymaga ofiar? Pewnie tak, choć łatwo mówić postronnym. Z pewnością jednak nie każda sztuka i nie z automatu. Balans między „czystością sprawy” a życiową empatią wobec - bądź co bądź - współkreatorów jest może najtrudniejszą wewnętrzną składową owego nieporównywalnego z niczym zbiorowego zakładu produkowania artyzmu, jakim zawsze jest teatr. Wahnięcie w jedną stronę zmierza ku dyktaturze i konfliktom, w drugą – ku obojętności i bylejakości. Paradoksalnie i jedna, i druga skrajność zwykle bokiem wychodzi nade wszystko bohaterom tego tu Subiektywnego Spisu. Aktorom, którzy na wybór szefa – bez różnicy, bezwzględnego ideowca czy miękkiego oportunisty – wpływu nie mają. A przecież to, co i jak stworzą, zależy w znacznej mierze od tego, jak ich lider widzi zespół.

Na szczęście nie tylko od tego: od osobistej siły przebicia, talentu i inwencji także. O tym mówią te coroczne notatki. Publikując je dwudziesty trzeci raz, przypominam na nowo sens używanych tu kategorii. Więc „nadzieje”, co tłumaczenia nie wymaga, „na fali”, czyli dobra passa, „zwycięstwo”, czyli rola – skok przez samego siebie, „mistrzostwo” – wiadomo. I „pytania”: nie zawsze pretensja do aktora, częściej do skomplikowanych mechanizmów życia sceny, których aktor jest cząstką, często, chyba za często, bezradną.

Jacek Sieradzki

Swietłana Anikiej [zwycięstwo]

Ignacy Karpowicz wymyślił Sońkę – wiekową wariatkę z Podlasia, która, zwierzając nieznajomemu swoje pokręcone losy, młodnieje, pięknieje, widowiskowo zrzuca niewypowiedziany ciężar. Pyszne zadanie. Tylko któżby je dźwignął w naszym kraju, gdzie tak bardzo w odstawkę poszło (w teatrze; bo w kinie wraca) aktorstwo wcieleniowe, techniki kreacyjne, charakteryzacja, kunszt tworzenia sylwetek dalekich od prywatności aktora? Agnieszka Korytkowska-Mazur, szefowa teatru w Białymstoku, musiała szukać za wschodnią granicą. Aktorka mińskiego Teatru im. Janki Kupały zbudowała rolę bezbłędnie, a przy tym skromnie, z klasą i wdziękiem, błyskotliwie odnawiając wzorzec, który chyba nazbyt pochopnie wpadł nam do kosza.

Matylda Baczyńska [nadzieje]

W ustach młodej, ślicznej dziewczyny krwawe oktawy z „Króla Ducha” Słowackiego zdają się całkowicie nie na miejscu. Ale może przez ten intrygujący kontrast są lepiej zrozumiałe? W piwnicy pod sceną tarnowskiego Teatru im. Solskiego, aktorka, nie tracąc sensu (nie melodii tylko sensu!) mówionych wersów, wspaniale łowi z nami, słuchaczami, kontakt. Jest czasem kokieteryjna, czasem wyzywająca, sarkastyczna, gorzka -  opowieść nabiera żaru, bądź chłodnieje w poetyckiej retoryce. A wszystko brzmi wśród przedziwnych quasi-harf z metalu, których dźwiękami aktorka podbija monolog. Chapeau bas dla niej i dla teatru za szalone przedsięwzięcie, które nie miało prawa się udać, a udało się przecież znakomicie.

Jacek Beler [na fali]

W Powszechnym jest czas przepoczwarzania, mieszania starych doświadczeń z nowymi, warszawskich przyzwyczajeń scenicznych z dowiezionymi (desantem aktorskim) z Bydgoszczy. Trzeba się w tym odnaleźć, czemu nie sprzyja nieudany sezon. Ale on akurat nie musi narzekać. Stworzył ciekawą sylwetkę Szumana, młodego żydowskiego intelektualisty wściekłego na arystokratyczno-kapitalistyczny sojusz (da się ją docenić oczywiście wyłącznie przez odlepienie z pamięci osoby opisanej w „Lalce” Prusa; nie ma z nią nic wspólnego). A i nieoczekiwane wcielenie Innocentego, absztyfikanta Iwony, w przeróbce Gombrowiczowskiej komedii autorstwa Magdy Fertacz, wyrywa się z łatwej groteski pół-romantycznym, pół-ironicznym tonem. Lepiej wychodzi z zawieruchy niż wielu kolegów.

Piotr Biedroń [na fali]

Nikt nie miał od dawna takiego wejścia na scenę: nago, głową w dół, z rajskiego ogródka podwieszonego do góry nogami pod sufitem prosto na twardą, polską ziemię z wizji Żeromskiego. To nie są żadne metafory – proszę spojrzeć na zdjęcie. Czysto retoryczna rola Cezarego Baryki nie dorównuje już potem może tak przebojowemu entrée – ale jest dobrze skonstruowana, żarliwa. Świetny sezon, bo różnorodny: główny bohater w „Przedwiośniu”, błaznowanie po pseudofrancusku w „Wesołych kumoszkach z Windsoru”, utrzymany na granicy pastiszu (ale bez jej przekraczania) dandys z „Portretu damy” w spektaklu Eweliny Marciniak. Grać dużo i w wielu stylach; nie ma lepszej recepty dla aktora, by nie rdzewieć.

Sara Celler-Jezierska [na fali]

Pamiętam ją z rozmaitych wałbrzyskich przygód: milczącą Marinę Abramović u Michała Kmiecika, kiedy nikt na widowni nie wiedział, o kogo chodzi, wygłaszany nago monolog parodiujący Jandę u Macieja Podstawnego. W „Męczennikach” von Mayenburga (koprodukcja Dramatycznego z Wałbrzycha i Współczesnego ze Szczecina) gra racjonalną i trzeźwą nauczycielkę biologii wyprowadzaną z równowagi przez ucznia zafascynowanego biblią. Gra w charakterystycznym stylu spektakli Anny Augustynowicz: z minimalistycznym psychologizowaniem, wyraziście i na chłodno, czytelnie, ale bez emfazy. To precyzyjnie zrobiona rola i można odnieść wrażenie, że poczuła się w tym świetnie, a nawet jeśli nie, to dyspensa od wiecznego eksperymentowania zawsze wychodzi na zdrowie.

Anna Chodakowska [zwycięstwo]

Wybieram ją ze świetnego grona kolegów z Narodowego, w którym są choćby Jerzy Łapiński, Jacek Różański, Waldemar Kownacki. To im (a nam przy okazji) zrobił frajdę Marcin Przybylski w „Fortepianie pijanym”, koncercie starych songów Toma Waitsa, prostych, gorzkich, wytrawnych. Nosi stare, hipisowskie ciuchy, ma stale na ustach zabłąkany, nieradosny półuśmieszek, śpiewa mocnym, niskim głosem o odwiecznych diabelstwach i kurestwach świata tego. Doświadczenie życiowe jest czymś w rodzaju pudła rezonansowego, które wzmacnia tony bluesowych prawd, nadaje im niepowtarzalną głębię brzmienia; młodzi, choćby najzdolniejsi, tak nie zaśpiewają.

Przemysław Chojęta [na fali]

W „Demokracji” Frayna chwalono – sam to robiłem – kostiumologa, Agatę Skwarczyńską, już krojem marynarki precyzyjnie charakteryzującą uciekiniera z NRD i szpiega pośród eleganckich polityków RFN. Tyle, że kostium trzeba jeszcze umieć nosić. On umie. Jego Guillome jest nie tylko niezręcznie ubrany; w jego nieforemnej sylwetce, uśmiechach, reakcjach jest śliskość, ale i niejednoznaczność kogoś, kto szpieguje kanclerza Niemiec, pozostając jednocześnie pod jego urokiem i jakoś mu, koślawo, pomagając. Dostajemy studium ludzkiej chwiejności, wewnętrznego rozmamłania, ciekawe i bogate, jak sporo ról w tym spektaklu, odsądzonym od czci i wiary (razem z całą dyrekcją Pawła Szkotaka w poznańskim Polskim) mocno na wyrost. Na koncie ma w sezonie jeszcze udział w sympatycznej, choć błahej pogoni podklimateryjnych panów za młodością w „Podróży za jeden uśmiech” na motywach książki Adama Bahdaja.

Kazimierz Czapla [zwycięstwo]

Jowialny i obsadzany zwykle w pogodnych rolach potrafił zainwestować kapitał osobistej popularności w ostrą scenę spektaklu „Królowa Margot. Wojna skończy się kiedyś” (Polski w Bielsku-Białej, reż. Wojciech Faruga), gdzie wychodzi przed kurtynę i przejmującym, szczero-prywatnym tonem opowiada o strasznych, nierozliczonych zbrodniach – tylko po to, żeby po przerwie inny aktor mógł ostrzec: nie nabierajcie się tak łatwo na wzruszenia, przemowa „kolegi nestora” była cynicznym kłamstwem. Lekcja (dla widza) tak oszukanego jest okrutna, nie każdy aktor by takie wyzwanie podjął; szacunek! Rola Wokulskiego w adaptacji „Lalki” (też Bielsko-Biała, reż. Aneta Groszyńska) przyszła nieco za późno: wierzy się mu we wszystko, tylko nie w miłosne opętanie. Ale zawodowo postać zbudowana jest bez zarzutu…

Marcin Czarnik [zwycięstwo]

…podobnie jak postać Wokulskiego w złomotanej na miazgę „Lalce” w warszawskim Powszechnym. Pod warunkiem – proszę nie gwizdać, nie rzucać pomidorami i dać dokończyć! – pod warunkiem, że potraktuje się tekst Wojciecha Farugi i Pawła Sztarbowskiego jako swego rodzaju wariacje wokół dzieła Prusa, wręcz parafrazę, bez odwzorowywania powieściowych postaci. Przy takim spojrzeniu ten nie żaden złoty, mądry Stach, tylko drań, kupujący i sprzedający ludzi dla kaprysu, gorączkowo szukający pola dla zaspokojenia ambicji, kochający się w Izabeli ze swoistego przymusu, z gorzką świadomością, że nic z tego nie będzie – taki Wokulski to jedna z oryginalniejszych kreacji sezonu. Patrzę na niego w tej „Lalce”, czy w „Nie-Boskiej komedii” Pawła Demirskiego i Moniki Strzępki w Starym, i widzę aktora na wielką miarę, w świetnym wieku, z bogatym doświadczeniem, z rozpierającą energią, gotowego na najwyższe wyzwania. Czy przed nim staną – nie od niego tylko zależy.

Sambor Czarnota [zwycięstwo]

Pan Fedycki jako chippendale? Tak, to logiczne. W cudownie przenikliwej i wiecznie aktualnej „tragedii ludzi głupich”, czyli w „Ich czworo” Zapolskiej, pusty bawidamek zawsze żył bez zobowiązań wyłącznie z omotywania i uwodzenia kolejnych kobiet. Ale Małgorzata Bogajewska w łódzkim Teatrze im. Jaracza każe mu konkretnie i dosłownie lizać stopy partnerki, prężyć tors, rozbierać się do slipek. I nagle, miast motylkowatego amanta, staje przed nami zawodowiec, który wybrał taki a nie inny sposób bycia i którego mózg, niezależnie od mikroskopijnych rozmiarów, stać jednak na dojmujące poczucie upokorzenia, doskonale i gorzko czytelne w kolejnych etapach jego mechanicznie beznamiętnej, fachowej „miłosnej obsługi”.

Katarzyna Dałek [na fali]

Wymarzona do „Portretu damy” według Henry’ego Jamesa, z którego Ewelina Marciniak zrobiła w gdańskim Wybrzeżu trochę kampową, trochę operową, mocno ironiczną i gorzką opowieść o całkowicie niepoprawnej (wedle dzisiejszych reguł) drodze kobiety, na której dojrzałość oznacza jednocześnie stratę wolności. Jej Isabel jest w pierwszych scenach wcieleniem spontaniczności, upajania się swobodą sposobu bycia, bezpośredniością, bezpruderyjnością – i gdzieś w trakcie opowieści ten blask blednie, przygasa, daje się zamknąć w niewolę społecznego konwenansu. Wszystko, co dzieje się z postacią, odciska się w ciele aktorki, idealnie swobodnym na początku, potem przedziwnie samo-się-krępującym. Nie pierwsza to jej tak efektowna rola we współpracy z tą reżyserką – vide „Amatorki”; na drugim biegunie stoi powściągliwa, retoryczna Maria Zarębińska w „Broniewskim”: imponująco szerokie możliwości.

Barbara Derlak [nadzieje]

Nie aktorka, lecz muzyk, liderka zespołu „Chłopcy kontra Basia”, który Ewelina Marciniak odkryła dla teatru. W „Morfinie” z katowickiego Teatru Śląskiego im. Wyspiańskiego przebywa cały czas na scenie – widowisko jest właściwie klipem muzycznym z rozbudowaną fonosferą determinującą rytm – i miło zerkać, jak w niej wzbiera chęć włączenia się w akcję, jak szuka kontaktu z występującymi na scenie, ogrywa kostium, jest po prostu gotowa. Co teatr umie zauważyć: w „Portrecie damy” w Gdańsku ma już własną aktorską sekwencję, skromną, ale całkiem wyrafinowaną. Idę o zakład, że zobaczymy ją niebawem w jakiejś robocie stricte aktorskiej. I nie jest to odosobniony przypadek pchania się (w pozytywnym sensie) wokalistki-kompozytorki na scenę: bosy taniec Joanny Halszki Sokołowskiej pointuje spektakl-koncert „Nikt nie byłby mną lepiej” w Lubuskim Teatrze w Zielonej Górze.

Jan Frycz [mistrzostwo]

Jego gra w „Wycince” (Teatr Polski, Wrocław), to jakby gościnny występ teatru Mikołaja Grabowskiego w teatrze Krystiana Lupy. Ma zagrać karykaturę aktora Teatru Narodowego, gościa honorowego uroczystej i pretensjonalnej kolacji wydanej przez jeden z najambitniejszych salonów miasta. Przybywa spóźniony i gada, peroruje i tokuje, nadając obsesyjnym frazom o sobie formę refrenów, wracających niczym w rondzie, coraz wymyślniejszych, coraz monstrualniejszych. To wspaniałe ćwiczenie formalne; Schaeffer by przyklasnął. I na koniec, już w szatni, przy wkładaniu palta, nagle cała forma się zwija, pada jedno czy dwa zdania zmęczone, szczere i normalne, które w tej lawinie błotnej mazi lśnią jak bryłka złota. Jeśli ktoś się śmiał z karykatury, albo męczył logoreą, nagle zastyga, zdumiony. Arcydzieło.

Renia Gosławska [zwycięstwo]

Oczywiście, oczywiście, pamiętam ją z „Chłopów”, z występów na wrocławskim Przeglądzie Piosenki Aktorskiej, z dramatycznej roli w „Piaskownicy” w jednym z offowych gdyńskich teatrów. A jednak los kazał mi oglądać w tym sezonie aktorkę gdyńskiego Muzycznego akurat w repertuarze dla dzieci i dałem się olśnić pomysłowością, dynamiką i wdziękiem w „Sindbadzie Żeglarzu” a jeszcze mocniej w składance „Tuwim dla dzieci”. Gdzie śpiewa, tańczy, recytuje, gra na pianinie i wciąga smarkaterię do zabawy z tak wulkaniczną, rozsadzającą energią, jakiej nie spotyka się na co dzień w teatrach ani dla dzieci, ani dla dorosłych. Po prostu: indywidualność jest indywidualnością w każdym zadaniu, a komuś, komu tak się chce tu, będzie chciało się wszędzie. Ku naszej frajdzie, tej dziecinnej i tej dorosłej naraz.

Jerzy Grałek [mistrzostwo]

Mimo sążnistych autoegzegez wciąż mi się nie chce wierzyć, że Jan Klata miał coś niesłychanie głębokiego na myśli, przenosząc „Króla Leara” do Watykanu i zmieniając córki Leara w papieski dwór. Zostaję przy podejrzeniach, że zafascynowały go uroki czysto zewnętrzne: wirujące kolorowe sutanny, rzędy „umundurowanych” dostojników, możliwość obserwowania akcji w pałacowych komnatach z kamery ustawionej pod sufitem. A też i poorana zmarszczkami niczym rzeźba twarz aktora, kontrastująca z jego dźwięcznym, witalnym, doskonale modulowanym głosem. Właśnie tyrady Leara niczym kunsztowne arie wzmacniane mikroportami, płynące spod zastygłej, starczej, nieruchomej maski to jeden z bardziej przejmujących efektów przedstawienia. A może da się widzieć w przedsięwzięciu rodzaj prezentu dla zasłużonego aktora obsadzonego tak, by jego zawodowe przymioty jaśniały możliwie najpełniej? Byłżeby możliwy taki gest?

Magda Grąziowska [na fali]

Najpierw dramaturg Radosław Paczocha przełożył Żeromskiego na nasze, odjął pisarzowi nieznośność późnomłodopolskiego stylu, tak skutecznie odrzucającego dzisiejszych czytelników. Drastyczność fabuły „Dziejów grzechu” mogła w pełni zabłysnąć (w kieleckim teatrze, któremu patronuje autor powieści) niczym stare malowidło pod werniksem. A efektu dopełniła pożyczona z krakowskiej Bagateli aktorka w roli Ewy Pobratyńskiej, sympatycznej, dającej się lubić i jednocześnie całkowicie immoralnej istoty, której zdrady, denuncjacje, morderstwo własnego niemowlęcia dokonują się jakby mimochodem, z bezradności, ze wzruszenia ramion „będzie, co ma być”. Zło w jej kreacji jest pasywne, jest zwierzęce (odgryźć się gdy atakują). I jest jeszcze do tego zniewalająco uśmiechnięte.

Janusz Grenda [zwycięstwo]

„Obwód głowy” to widowisko Zbigniewa Brzozy w poznańskim Nowym na podstawie reportażu Włodzimierza Nowaka o dzieciach, trzylatkach, odłączanych od polskich matek podczas wojny i zsyłanych w głąb Reichu do rodzin zastępczych. Rodzice, którzy przeżyli, odbierają dzieci po wojnie. Ale minęło przecież parę lat! Opowiada jedną z takich historii. Nie odmładza się. Ma tylko w niskim głosie, w siwej twarzy starszego pana, w ufnym spojrzeniu, głębokie obrażenie ośmiolatka, dobrze wychowanego germańskiego dziecka, które jedzie do nieznanego kraju z niezłomnym zamiarem wytłumaczenia oczekującej go kobiecie, że to pomyłka, jego Mutter i Heimat są gdzie indziej. I tylko w niezauważalnie narastających tonach niepokoju wyczuwa się rosnące u małego rycerza przeczucie, że jego dziecinny świat zaraz zwali się w gruzy. Najtwardsze krokodyle na widowni płaczą jak bobry.

Agata Grobel [nadzieje]

Pozwoliła się dostrzec – w swojej energii, zadziorności, wyrazistości – już w debiucie w jeleniogórskim Teatrze im. Norwida, w opowieści o Miedziance, znikającym mieście według książki Filipa Springera. W ironicznym kabarecie dziejów „Karskiego historia nieprawdziwa” ma kilka popisowych etiud: pokornej sekretarki Roosevelta czekającej, aż prezydent skończy wysłuchiwanie głupstw o jakichś Żydach i spojrzy na jej nogi, albo współczesnej maturzystki bajdurzącej bezkarnie piramidalne głupstwa o niedawnych koszmarach. Dysponuje celną, wyrazistą kreską przy rysowaniu postaci i poczuciem humoru; dobre perspektywy przed nią.

Jadwiga Grygierczyk [zwycięstwo]

Danie jej roli Rzeckiego w przyrządzonej przez Anetę Groszyńską „Lalce” wcale nie jest taką ekstrawagancją, na jaką wyglądałoby na pierwszy rzut oka. Ma w sobie jakąś poczciwość pasującą do starego subiekta, ale nieustannie podbija ją na scenie zadziornością, prowokacyjnością; ton nauczycielki starej daty łączy się u niej z tonem kpiącej ze słuchacza współczesnej kobiety w jedyny w swoim rodzaju mix. Jest w niej zawsze coś niepokojącego, niezależnie, czy występuje w sukience zasuszonej polonistki, czy w lateksowych ciuszkach eksponujących szczupłą sylwetkę. Subiekt Rzecki stojąc przed pierwszym rzędem bielsko-bialskiego Polskiego, patrzy na widzów spokojnymi, przymrużonymi oczami; nie da się zlekceważyć tego spojrzenia.

Małgorzata Hajewska-Krzysztofik [mistrzostwo]

Lubię w „Nie-Boskiej komedii” Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego ten jeden jedyny spadek po Zygmuncie Krasińskim: wielką sekwencję dysputy Hrabiego Henryka z Pankracym, a tak naprawdę z samym sobą. Aktorka jest w tej scenie, chcący czy niechcący, depozytariuszką polskiego romantyzmu, nie tego z podręcznika literatury, lecz tego rozpalającego widownię Narodowego w 1968, czy właśnie Starego w latach siedemdziesiątych, nowego romantyzmu, żarliwego i ironicznego, walczącego o rząd dusz, i – w jakimś wymiarze – zdobywającego tę władzę. Co czyta się doskonale w osobnym stylu gry, tak różnym od łażących po scenie petard lęku i nienawiści, jakie aktorom Strzępki pisze Demirski. Jest tu cytatem z innych czasów na tej samej zasadzie, jak wersy klasycznego poety, i tak samo mocnym przez kontrast.

Karolina Kamińska [nadzieje]

Karol Marks, orędownik proletariatu uciskanego przez burżujów, zmachał dziecko służącej i prosi Fryderyka Engelsa, by wziął je na siebie, bo inaczej wybuchnie filisterski skandal. Maciej Wojtyszko w swoich „Narodzinach Fryderyka Demuth” dyskretnie i dość dobrotliwie śmieje się z tej sytuacji, nie pogrąża postaci, pozwala im jako tako wychodzić z twarzą z farsowych qui pro quo. A młodziutka aktorka imponująco trafnie realizuje jego ton. Jej Lenchen, owa ofiara swawoli rewolucjonisty, ma w sobie skromną, prostą i w tej prostocie stalową pewność siebie osóbki wiedzącej, co jest ważne, a co nie, wiedzącej to dużo lepiej niż miotający się w panice zadufani teoretycy walki klas. Dojrzałość, precyzja roli została – słusznie – zauważona przez gremia rozdające nagrody sezonu. A może teraz Teatr im. Słowackiego da jej  do grania – gwoli odmiany – na przykład coś wściekle żywiołowego?

Maria Kania [nadzieje]

To dopiero żywioł! Nieprawdopodobny kłębek energii scenicznej. W „Gałganie”, marnym melodramacie Jarosława Murawskiego, sprawia wrażenie, że rozniesie Rekwizytornię Wrocławskiego Teatru Współczesnego. W monstrualnej, niewygodnej krynolinie tapla się w brodziku z wodą, urządza strep-tease, uwodzi widownię ruchliwą kokieterią mokrych stóp, kaprysi, zaczepia, prowokuje. W jakiejś chwili sens jej przekazu odjeżdża w kosmos, pozostaje czysty performans, pozasemantyczny wygłup, rozpędzanie gry dla gry. Jej nadekspresja, nadpomysłowość potrafi przykryć pustkę tekstu – w tym „Gałganie”, czy w przeróbce „Tajemniczego ogrodu” – aliści całkowitego braku sensu nie przeskoczy, i wtedy („Nie trzeba”, ostatnia premiera WTW) żal patrzeć, jak z tej wyjątkowej sprężarki scenicznej z sykiem uchodzi powietrze.

Magdalena Koleśnik [nadzieje]

„Dybuk” zaproponowany przez Maję Kleczewską warszawskiemu Teatrowi Żydowskiemu jest patchworkiem rozmaitych skojarzeń i etiud, dość niedbale ułożonych w całość i różnej jakości. Nie można wszakże odmówić wartości niektórym elementom, w tym ponad wszelką wątpliwość temu debiutowi. Lea, panna młoda, w którą wstąpił dybuk, to popisowa partia; absolwentka krakowskiej szkoły wypełnia ją głównie kontrastami. Jest w niej i słodycz, i nienawiść, bezradność opętanej i bezkarność triumfującego demona, wysoki ból i niski rechot. Bogata paleta środków sprawnie użyta i rokująca na przyszłość. Ewentualnie nieznośne udawanie strażackiej syreny w sekwencji wyśmiewania rabinów można było sobie darować – ale może nie ją wybór tego, nazwijmy to, donośnego środka wyrazu obciąża?

Rafał Kosowski [zwycięstwo]

Zwykle z małą bródką, męski, energiczny, swego czasu twórca najjadowitszej karykatury Leszka Balcerowicza na polskich scenach (u Moniki Strzępki w „Był sobie Andrzej…”), zagrał transpłciową Annę w parafrazie „Nocnego kowboja” autorstwa Julii Holewińskiej i Kuby Kowalskiego (koprodukcja Dramatycznego z Wałbrzycha z Teatrem WARSawy), tworząc, śmiem twierdzić, najpiękniejszy aktorski portret, jaki narodził się tego roku na scenach. Zbudowany z samej łagodności, z wyciszenia, z dyskretnych śladów skrywanych urazów i z ech bolesnego niepogodzenia się z własnym ciałem, tworzony bez cienia agresji, a przez to i taniości łatwego efektu z teki „facet za babę przebrany”. Sfilmować i pokazywać młodszym, jako wyrazisty przykład czegoś, czym przywykła obcesowo gardzić nasza hałaśliwa scena. Jako obowiązkową lekcję subtelności.

Zdzisław Kuźniar [mistrzostwo]

Tymoteusz Karpowicz + Weronika Szczawińska = formalizacja do kwadratu. Nigdy nie grany „Niewidzialny chłopiec” wrocławskiego poety we wrocławskim Współczesnym: wyabstrahowana przestrzeń, aktorzy w monochromatycznych, jaskrawoczerwonych kostiumach (plus jedna postać na żółto), świadomie banalne komunikaty konwersacji słane w powietrze, przed siebie, bez kontaktu, mechaniczne szczekanie słów. I nagle on, nestor tej manekinowatej scenicznej rodziny, w rozbłyskującym szaleństwem monologu, w przełamaniu sformalizowanego marazmu, w ekstatycznej apoteozie życia zakończonej paroma taktami tenorowej arii, bodaj z „Napoju miłosnego”. Czy ta brawurowa etiuda to świadome dopełnienie konwencji widowiska, czy celowy do niej kontrast? A może, horribile dictu, bunt, może wręcz zanegowanie sensu całego tak sztywnie‑lodowato wymyślonego przedsięwzięcia?

Janusz Łagodziński [na fali]

W prowokacyjnym, burzącym dobre mniemanie rodaków o sobie (zwłaszcza na tle pogardzanych sąsiadów ze Wschodu) widowisku Remigiusza Brzyka „Przyjdzie Mordor i nas zje” według Ziemowita Szczerka (lubelski Teatr im. Osterwy) jest Piłsudskim w szarym szynelu i z przepisowym wąsem (choć z nieprzepisową brodą). Ale nie kochanym dziadkiem z pomnika, tylko kpiącym, gderzącym i pieklącym się złośnikiem, mądrym i nieznośnym, chwilami wulgarnym, a chwilami tylko drwiąco uśmiechniętym. Cieszy dobrze utrafiona sylwetka sceniczna, ekwilibrystycznie łącząca w sobie nieprzystające bieguny mitu Komendanta: uosobienie polskich cech narodowych i bezlitosną ich krytykę. I cieszy fakt, że dobry, użyteczny aktor, tułający się latami od sceny do sceny, znalazł sobie w Lublinie miejsce; oby na dłużej.

Maciej Makowski [pytania]

Na litość Boską, jaki ma sens siedemdziesiąt lat po wojnie i dwadzieścia pięć po zniesieniu cenzury rzecz o powstawaniu filmu „Zakazane piosenki”, czyli o roku 1946, w konwencji przedpotopowego wodewilu? W stylu poczciwej śpiewogry, w której bohater, owszem, trafia na UB, ale wychodzi z aresztu, powiada, że paznokcie odrosną i… siada do pianina, by śpiewać fajne piosenki? Przedziwne curiosum zrodziło się w łódzkim Powszechnym, niegodne klasy autorów Maciejów: Karpińskiego i Wojtyszki. A w tym jego rola to specyficzny rarytas: czysta kalka amanta z lat czterdziestych, ciężko przystojnego, forsownie uwodzicielskiego, rewiowo śpiewającego i nawet akompaniującego sobie na pianinie. Nie śmieję się z aktora: rola od strony zawodowej jest bez zarzutu, umiejętności (aktorsko‑muzyczne) spore, wdzięk też. Śmieszyć może tylko aż tak pietystyczne odgrzewanie w mikrofali beznadziejnie anachronicznej konwencji.

Krzysztof Matuszewski [zwycięstwo]

Widzę go w gdańskim Wybrzeżu od lat, zwykle w rolach drugoplanowych. Wygląda na to, że doczekał się swego czasu. Tego specyficznego momentu w życiorysie aktora, kiedy się zgrubło, podłysiało, ma się rozmaite doświadczenia życia wypisane na facjacie, a ciało jeszcze działa sprawnie i stać je na rozmaite fizyczne wygibasy, które lubią reżyserzy. Na przykład Ewelina Marciniak chętnie go obsadza w roli lekko starszych bohaterów – w „Amatorkach”, w niewydarzonym „Ciągu”, także w „Portrecie damy”, z ewidentną satysfakcją patrząc, jak wnosi tymi tatusiami i wujami energię innego typu niż naturalna witalność młodych kolegów. I jak pięknie dotrzymuje im kroku, a niekiedy wręcz każe siebie gonić.

Gabriela Muskała [mistrzostwo]

Jakże straszliwie mało jej na scenach. Pięć ról teatralnych na całe ostatnie dziesięć lat!! Co nie pasuje teatrom, reżyserom? Perfekcjonizm? Jej Żona w „Ich czworo” (Teatr im. Jaracza, Łódź, reż. Małgorzata Bogajewska) to arcydzieło przemyślanej… niekonsekwencji. To kaskada reakcji szybszych, niż partner skończy zdanie, strumień śmiechu, płaczu, obrażania się i wybaczania, akceptacji i dezaprobat, działań spontanicznych, nielogicznych, egocentrycznych i w tym wszystkim groteskowo poczciwych. Nie oszczędza swej bohaterki, jej głupotę portretuje do dna – a przecież zostawia tu i ówdzie ślad smuteczku, że gdyby otoczenie tak jej nie upokarzało, nie wpychało w stereotyp żony-idiotki uniwersyteckiego mądrali – może piramida głupoty nakręcona chęcią odwetu nie urosłaby tak pod sufit. Patrzy się z zachwytem na jej robotę, na tkanie postaci z najmniejszych detali, na jej czujność na partnera, na sytuację. Doprawdy dość marnowania jej talentu, czcigodni panowie i panie od reżyserskich stolików i dyrektorskich paprotek.

Beata Niedziela [na fali]

Michał Siegoczyński dał w koszalińskim teatrze nieoczekiwany portret Kalibabki,  peerelowskiego zdobywcy damskich serc tudzież zaskórniaków chowanych po pończochach. A może ściślej: jego portret na tle siermiężnych lat siedemdziesiątych tamtego wieku, zatęchłej prowincji i marnie ubranych kobiet, które nawet wyczyszczone z kasy i zrobione na szaro wspominają z rozrzewnieniem, że jednak przeżyły jakąś przygodę. Zagrały tę balladę o amancie z kiepskich marzeń same baby; jej, w białej zawadiackiej peruce, przypadł w udziale powiatowy Casanova osobiście. Uwodzicielski i tandetny, pociągający i skłamany na pierwszy rzut oka, jawnie cyniczny, nie ukrywający swych zamiarów a mimo to skuteczny, jakby same lgnęły do jego oszukańczego serca niczym ćmy do ognia. Ładna rola poskładana ze sprzecznych elementów, umiejętnie zdystansowana. Pamiętam ją z kilku robót w granych na małej scenie Bałtyckiego współczesnych dramatach, zawsze staranną, pomysłową, rzetelną. Nie doceniamy takiego aktorstwa, a teatr nim właśnie stoi.

Edyta Ostojak [na fali]

Nie pędźcie tak do tej Warszawy, zdolne i zdolni z małych teatrów! Wiem, mogę sobie notować kredą w kominie, popędzicie i tak. Ale będzie, jak było tym razem: dostaniecie, niechby i w renomowanym teatrze, drugoplanową rolę w bulwarowym przedstawieniu („Taniec albatrosa”, Współczesny), będziecie próbować zabawić widownię, robić jakieś miny, odnajdywać się w obcej konwencji, bezskutecznie. Będziecie tracić pewność czegoś wartościowego, co już wypracowaliście, jasność i klarowność stawianych zadań (choćby w takim „Koniu, kobiecie i kanarku” Brzyka i Śpiewaka, u siebie w Teatrze Zagłębia) ustąpi miejsca mizdrzeniu, zaś w mizdrzeniu przegracie z lepszymi w tej dziedzinie fachowcami. A powinno być właśnie tak: zdolna z Sosnowca jedzie do Warszawy, wnosi swój talent i sama czegoś się uczy. Aliści w incydentalnym spotkaniu, o którym mowa, żadna ze stron nie zyskała nic, a krocie podobnych transakcji zakończonych obopólną stratą znają niestety na wylot warszawskie bruki.

Kamila Pietrzak-Polakiewicz [na fali]

Pamiętam jej debiut jako Młodziutkiej Bladej w „Żegnaj, Judaszu” Iredyńskiego na gorzowskiej scenie, z którą związana jest do dziś; przez lata ogrywała przede wszystkim właśnie młodziutką bladość, dziewczęce warunki, sarnie spojrzenie, wrażliwość, emocjonalność. Miło patrzeć, jak okrzepła, jak z dobrym skutkiem zaczęła szukać swoich szans w rolach charakterystycznych (pani Page, kumoszka z Windsoru, w szekspirowskim spektaklu Jacka Głomba), a „Rewolucja balonowa” Julii Holewińskiej, żartobliwa ale i celna opowieść o pokoleniu dzieci Balcerowicza, które wchodząc w dorosłość, wchodziły jednocześnie w szaloną transformację po komunizmie, daje jej doskonałą okazję do budowania efektownych epizodów, sięgania po celny skrót, po parodię i autoparodię. To jest zawsze fascynujące przy obserwacji tego zawodu: chwytanie momentu, kiedy przekraczany jest próg.

Katarzyna Pietrzyk [na fali]

Teatr im. Witkiewicza w Zakopanem jest wierny do bólu patronowi; wraca do jego sztuk, ale i pokazuje rozmaite aspekty jego życia w drobiazgach,  monodramach, aktorskich popisach. Scenariusz wieczoru poświęconego kobietom Witkacego znany zakopianista Maciej Pinkwart napisał specjalnie dla niej. Z reżyserką Justyną Kowalską zrobiły z tego dobry spektakl, ile trzeba zanurzony w cokolwiek kiczowate uroki salonu pierwszej połowy tamtego wieku, ile trzeba z kiczu kpiący. Umiała zróżnicować te wszystkie Witkacowskie baby, rysować je ostrą, wyrazistą kreską. Ale uatrakcyjniła opowieść do przesady, gdy inscenizując rzekomą próbę „Bzika tropikalnego” prowadzoną przez Solską, wciągała widzów w wygłupy na scenie. Za łatwe żarty sceniczne w nietandetnym widowisku zawsze się płaci niemało; patrzyłem, jak potężny wysiłek musi włożyć, żeby rozchichotanych spektatorów przywrócić opowieści, zmusić z powrotem do słuchania serio. Ale dawała radę i to pięknie.  

Bartosz Porczyk [pytania]

Niepodobna pominąć jego Konrada w „Dziadach części III”; robota aktorska jest tu wysokiej próby, ogień, który płonie w aktorze, w znacznej mierze podtrzymuje żar wszystkich sekwencji z jego udziałem w widowisku Michała Zadary we wrocławskim Polskim. O niebywałej sile jego gry pisałem rok temu i mogę słowo w słowo przekleić tamte opinie dotyczące monologu Gustawa. Przemiana „Hic natus est Conradus” do czegoś jednak zobowiązuje i z tym czymś ma kłopot nie tyle aktor, co całe przedsięwzięcie. Mówiąc najkrócej: Improwizacja jest wyznaniem wiary, fałszywym, ale realnym, konkretnym i jeśli pomija się ten aspekt w interpretacji, to ogrywanie wszystkiego wokół, sytuacji więźnia (sikanie do wiadra), upajania się muzyką, własnym słowotokiem i narcyzmem ściąga rolę w tematy zastępcze. Uruchomione popisowo, ale w tej popisowości się wyczerpujące. Świetnie, spektakularnie, efektownie wypada scena egzorcyzmów, ale niech mi kto powie, patrząc jedynie na spalającego się na scenie aktora, odkładając na bok wiedzę ze szkoły: o co tu właściwie chodzi z tym bluźnierstwem?  

Agnieszka Przepiórska [pytania]

W poprzednim Spisie notowałem jej monodram „Tato nie wraca”, chwaląc robotę, ale indycząc się, że obniża jego wartość publicznymi spowiedziami, gdzie zwierza się, że wszystko to są cząstki prywatnego życia, szczera prawda, intymności powywlekane na wierzch mające uwierzytelnić dzieło. Pisałem, że takie uwierzytelnianie diabła warte. W wywiadzie dla „Wyborczej” oświadczyła ostatnio, że ujęła ją ta moja ojcowska troska, napominanie surowe i serdeczne, uzurpatorskie wejście w skórę dobrotliwego papy. Pięknie, ale niewydarzony performans „Dokument podróży” w TR Warszawa, (gdzie rzucała w twarz widzom pytania, co ma robić, gdy rodzona matka nie chce z nią rozmawiać o żydowskim pochodzeniu) zdaje się świadczyć, że napomnienie poszło w las. Córuś! Świata nie obchodzą Twoje prywatne problemy, obchodzi go, co z nimi zrobisz, w co przekształcisz, co z nich wykreujesz. Nie zawracaj nam głowy kwestiami, które nie dają Ci spać, buduj z nich dzieło sceniczne. Przecież umiesz.    

Andrzej Redosz [zwycięstwo]

Stare powiedzonko o aktorze wysokim na twarzy i pociągłego wzrostu, także do niego może się stosować. Wieloletni członek zespołu lubelskiego Teatru im. Osterwy, a od paru lat gdyńskiego Teatru Miejskiego im. Gombrowicza należy do tych przedstawicieli zawodu, którzy rzadko dostają główne role, ale ich obecność w tle, wyraziste epizody są jak przyprawa w dobrej zupie: decydują o smaku. Maleńkie wyraziste w samej sylwetce, w sposobie scenicznego bycia rólki Tichona w „Biesach”, czy ostatnio pryncypialnego policjanta w opowieści Pawła Huellego i Krzysztofa Babickiego o Beatlesach („Żółta łódź podwodna”) powinny w zasadzie rozpływać się w całości widowiska, a jednak prawie zawsze zostają gdzieś na brzegu wdzięcznej pamięci. Zasłużenie.

Dorota Segda [mistrzostwo]

Być może konfabuluję całkiem bezpodstawnie, podejrzewając, że kretyńska akcja krakowskich świętoszków, protestujących przeciw jej roli w „Do Damaszku” i krzyczących, że rola Świętej Faustyny do czegoś zobowiązuje, miała tu jakiś wpływ. Tak czy owak nie pamiętam jej od dawna w tak zawziętej, złośliwej pasji, z jaką w „Nie-Boskiej komedii” kreśli postać Barbary Niechcic, pańci z manierami arystokratki kolekcjonującej rodowe srebra i z duszą egoistycznej, pazernej mieszczki. Nieprawdopodobnie śmiały gest Demirskiego i Strzępki wkładających do spektaklu (pomyślanego jako „Nie‑Boska” plus dwieście następnych lat) właśnie tę kompletnie nieoczekiwaną tu bohaterkę powieści Dąbrowskiej, okazał się celny w znacznej mierze właśnie dzięki jej pewności aktorskiej kreski, dzięki trafności portretu. Może ta brawurowa szarża pozwoli lepiej ją zagospodarowywać na macierzystej scenie Starego, bo nie grała tu ostatnimi czasy zbyt wiele.

Katarzyna Siergiej [zwycięstwo]

Była przez długi czas podporą Tomaszukowego Wierszalina, a przecież nie błyszczała tam aż tak, jakby można oczekiwać, pozostając zwykle w cieniu inscenizacji. „Guguły” w białostockim Teatrze im. Węgierki, gdzie przeszła, są erupcją jej aktorskiego wulkanu. Ma na sobie – przeklejam tu opis z własnej recenzji – zgrzebne, prowincjonalne szatki, w ręku sfatygowaną walizkę, a na gębie coś, co jej bohaterkę każe z miejsca lubić i do jej energii bez oporów się podłączać. Paszcza się jej nie zamyka, zaczepia widzów niekończącymi się monologami wziętymi z książki Violetty Grzegorzewskiej, ale i improwizowanymi z zachwycającą łatwością i naturalnością. Jej głos, niski, ciepły, dudni bez ustanku w przestrzeni widowiska. Wszędzie jej pełno, wbiega na strych, zamaszyście myje podłogę, jest jak młodziutkie ufne zwierzątko, które chce wszystko poznać, wszystko objąć, ze wszystkim się zaprzyjaźnić. Zagrała w sezonie jeszcze w „Sońce” rolę podobnie skonstruowaną, ale stonowaną, dyskretniejszą, dojrzale włączoną w zespołową robotę.

Piotr Skiba [mistrzostwo]

Uosabia cuda teatru Krystiana Lupy, tak pysznie i tak pięknie powrócone do nas w tegorocznej „Wycince” Bernharda we wrocławskim Polskim. Zatopiony w stojącym w półmroku „uszatym fotelu” prowadzi do mikroportu powieściową narrację, która nie jest tylko przekazywaniem treści, ale ustanawia rytm, niejako taktuje partyturę widowiska. Ale na narracji się nie kończy. Wielka filipika o artystach prostytuujących się przez przypochlebianie władzy ma siłę w dużej mierze właśnie dlatego, że mówi ją kameralny, schowany artysta, którego nagłe przekroczenie linii rampy i apostrofa wprost do widowni ma siłę gromu. A najpiękniejszą sekwencją „Wycinki” jest retrospekcja, wspomnienie ulotnych chwil z nieżyjącą Joaną. Przemykają przez wyczarowany nagle nie wiedzieć skąd kościół, kryją się w konfesjonale, nadzy, onieśmieleni. A on młodnieje. Nie w tonie głosu, jakoś w sylwetce, w spojrzeniu, w aurze wokół siebie. Nie wiem, jak to robi. Czysta magia.

Anna Sroka-Hryń [mistrzostwo]

W musicalu „Mamma mia” nie chodzi o nic, poza radością. Poza szczęściem życia już dojrzałego, ale jeszcze nieprzekwitającego, poza równowagą patrzenia na siebie i na świat, piękny świat greckich wysp przywołany na scenę olśniewającą, iluzjonistyczną techniką. To najlepsze dzieło dyrekcji Wojciecha Kępczyńskiego w warszawskiej Romie – właśnie przez tę równowagę i przez zatopienie się w pogodnej muzyce ABBY. A ona jest uosobieniem tej dojrzałej pogody. Parę lat temu składałem jej tu hołd za kunszt wokalno-aktorski w „Ptasim radiu” Tuwima. Tam na pierwszym planie był imponujący popis umiejętności, tu jest luz, cóż z tego, że lekko przykrywający życiowe wątpliwości, upojenie śpiewem, rodzaj zapamiętania w tych wcale nie prostych melodiach, rzutowanie tego zapamiętania na widownię. I ekstaza, kiedy wśród finałowych bisów krzyczy: „Chcecie jeszcze?”, a nabita do kresu wytrzymałości widownia Romy odwrzaskuje: „Taaaak”!

Marcin Sztabiński [na fali]

Ma coś ujmującego w nieśmiałej prostocie, gdy w „Dziwnym przypadku psa nocną porą” gra ojca chłopaka z zespołem Aspergera, usiłującego uczciwie doskoczyć do wymagań, jakie choroba dziecka stawia przed jego bohaterem, ponoszącego porażki i  podnoszącego się z nich wytrwale. Jest w jego grze rzadka szczerość – nie na błysk, nie na efekt, jest skromność, też nieczęsty przymiot na scenach. A warszawski Dramatyczny daje mu różnorakie zadania: okrutnego cara w adaptacji opowiadania Andrzeja Płatonowa „Rosyjski kontrakt”, gdzie despotia też jest cicha i schowana w sympatycznym uśmiechu przykrywającym stalowe słowa. Widziałem także starszą jego robotę, Solonego w „Trzech siostrach” pokazanego jako nieśmiałego i groźnego marzyciela-impotenta. Dobra przyszłość przed nim, a młodego Stalina mu zapomnijmy, rola była nie do uratowania.

Zdzisław Wardejn [mistrzostwo]

Jego aktorstwo jest leniwe, pasywne, niekiedy, niech mi wybaczy, wyleniałe. Ale czy to znaczy, że nieskuteczne? Gdzież tam. Wymyślił sobie na przykład Antonia w „Kupcu weneckim” (warszawski Dramatyczny, reż. Aldona Figura) jako łagodnego starszego pana o szerokim szczerym uśmiechu, w białym garniturze, uroczego kompana i przyjaciela. Tyle że w ustach takiego sympatycznego dziadzi pojawiające się co jakiś czas antyżydowskie obelgi – ciśnięte ot tak, mimochodem, bez konsekwencji – brzmią jak zgrzytnięcie po szkle. I swoje robią. Niekiedy zresztą taka leniwa powściągliwość jest jedynym możliwym ratunkiem: ktoś kto by zaangażował się po uszy w pseudofilozoficzne wodolejstwo w najnowszym dziele Iwana Wyrypajewa „Letnie osy kąsają nas nawet w listopadzie”, poległby z kretesem.

Justyna Wasilewska [zwycięstwo]

Grzegorz Jarzyna z Romanem Pawłowskim (w roli dramaturga) podmienili płeć głównego bohatera „Męczenników” Mariusa von Mayenburga; czytałem już gdzieś feministyczną egzegezę owego śmiałego gestu. A założyłbym się, że powodowała nimi wyłącznie świadomość ognia gorejącego w piersi tej anorektycznej dziewczyny. Tylko ona mogła tak wspaniale dźwignąć zamysł reżysera, próbującego z satyrycznej groteski o chłopaku młodzieńczo zafascynowanym biblią i wprawiającym przez to w konfuzję całe otoczenie zmienić w dramatyczny traktat o sile i słabościach młodzieńczych fanatyzmów. Sztuka lekko złamała się pod ciężarem takich oczekiwań, ale rola broni się wspaniale; aktorka potrafiła uwiarygodnić nawet coś, co z niedowierzaniem i aprioryczną kpiną przyjmuje niemal cały dzisiejszy zeświecczony świat: moc i szczerość duchowej iluminacji.

Marcel Wiercichowski [zwycięstwo]

Syn stoi na proscenium, skarży się, że nie zdążył pożegnać ojca, mówiąc, brząka coś na trzymanym machinalnie kontrabasie. I nagle z mar rozlega się szeroka, rozlewna, smyczkowa kantylena i może nawet dopiero wtedy zauważamy, że coś, co wyglądało jak wieko trumny jest w rzeczywistości… wiolonczelą. Nieprawdopodobnie piękne i celne pomysły miała Małgorzata Bogajewska, reżyserując w krakowskiej Bagateli (scena na Sarego) szeroko (i słusznie) nagradzanego „Tatę” Artura Pałygi. A wiolonczelista jest jednym z głównych depozytariuszy jej pomysłu. Opowieść o wojskowym tacie maltretującym wychowawczo syna, ale i umierającym z troski o niego, w znacznej mierze wykłada się właśnie w jego grubiaństwie podszytym koślawą miłością, w życiowej niezaradności przykrywanej groźnym zupactwem, w słownej agresji kontrastującej z rozkochanym spojrzeniem. Dojrzała rola i dojrzały, najzupełniej profesjonalny ton wydobywany spod smyka.

Jacek Wojciechowski [zwycięstwo]

W niedalekim od sceny na Sarego Teatrze BARAKAH aktorzy też biorą instrumenty i to, co ważne dla postaci, dopowiadają muzyką. To dobry patent, zwłaszcza gdy postać jest złożona. W świetnej opowieści Andrzeja Sadowskiego „Sąsiedzi” gra brata-łatę, uczynnego i jowialnego. Takiego do rany przyłóż, któremu wybacza się lekkie buractwo w imię poprawnych i dobrze rokujących stosunków sąsiedzkich, a potem robi się już za późno na zwracanie uwagi – bo przecież było tak miło – kiedy dobrosąsiedztwo zmienia się w natręctwo, a sympatia w obrażalstwo. Jego portret jest fenomenalnie podpatrzony – z całym aparatem wkradania się w łaski sąsiada, z fałszywą przymilnością skutecznie neutralizującą pretensje, z grą na wmawianie partnerowi poczucia winy przy narastającym konflikcie. A wreszcie z cichym, bez podnoszenia głosu, zawiadomieniem: chciałem być fajny, nie umieliście tego docenić, a teraz nie mam wyjścia, muszę dać wam po pysku. Psychologiczno-obyczajowa celność tego obrazka jest zniewalająca; niech ktoś powie, że nie przeszedł czegoś takiego w realu. W teatrze może się już tylko z tego i z siebie śmiać.

Barbara Wysocka [mistrzostwo]

Wiele można mieć pretensji do „Fantazego” Michała Zadary, grzeszącego głównie, co się u niego często zdarza, tautologiami i łopatologią interpretacji. Ale ona idzie po swoje jak burza. Widzi swoją Idalię w całej złożoności, gra ją w kilku rejestrach naraz, czyniąc akordy ze sprzecznych cech. Jest w niej i czyste błazeństwo, i poczucie absurdu własnych poczynań, skrajny egoizm i skrajna, właśnie tak, skrajna empatia wobec innych postaci. Bo to ona tu wszystkich i wszystko rozumie, ona precyzyjnie jak nikt rozgryza postawy i motywacje każdej z osób działających, a jednocześnie pozostaje w niewoli własnej egzaltacji i brnie w głupstwo za głupstwem. Można było oszczędzić sobie finałowej gruboskórności, gdy, nie patrząc na konającego obok majora, już pakuje się do Rzymu – ale to bodaj jedyny zgrzyt w bezbłędnie ułożonym, wielopłaszczyznowym portrecie. Nadświadomość, zbyt wielka wiedza o postaci i o własnej grze, często pęta nogi aktorom; dawali sobie z nią radę tylko najwięksi. Właśnie wkracza między nich.

Wojciech Ziemiański [mistrzostwo]

Podtrzymuje świetną passę; odnotowywałem w zeszłym roku jego zeszmaconego króla Stasia w „Termopilach polskich”. Kompozytor Auersberger w „Wycince” jest następnym portretem w galerii bohaterów spsiałych. Kreślonym z samozaparciem i cokolwiek ponad stan: pogrążony w niemocy twórczej artysta, bełkoczący gościom idiotyzmy typu „Ludzkość trzeba wyplenić” na prostej drodze pod stół, chyba wręcz nie zasługuje na tak drobiazgową, troskliwą uwagę portrecisty. A w „Dziadach” mówi opowieść Kaprala. Zadarowa zasada nieskreślania ni słowa przywraca ten wyrzucany zawsze z sekwencji więziennej – kto go kiedy słyszał ze sceny? – monolog legionisty oszczędzonego niegdyś w zasadzce, bo bronił przed bluźniercami imienia Matki Boskiej. Umie zatopić się w cudowną melodię Mickiewiczowskiego wiersza, odkryć urodę i temperaturę powściągliwej retorycznie przypowieści. Słucha się tego trochę jak muzyki, machając ręką na poczciwość przesłania; jakby te wszystkie spsiałości, od których pęka scena polska, te wszystkie ludzkie marnizny i niedostatki, portretowane nierzadko z ogromnym talentem przez tych pospisywanych tu i tych przeoczonych artystów naszego teatru, zjeżdżają gdzieś w cień wobec zwykłego, prostego piękna monologu. I niech zachwyt nim właśnie skończy tegoroczny spis.

Jacek Sieradzki