Zobacz poprzednią edycję »

Subiektywny spis aktorów teatralnych

Edycja dwudziesta druga


Prof. Beata Guczalska, dziekan (czy akcja żeńszczenia rzeczowników rodzaju męskiego każe mówić „dziekanka”?) Wydziału Reżyserii krakowskiej Szkoły Teatralnej, znawczyni współczesnego aktorstwa, zadała bolesny cios niniejszemu przeglądowi. Naszkicowała bowiem na sesji „Portret aktora”, (która odbyła się podczas ubiegłorocznego Kontrapunktu, a właśnie ukazał się tom referatów będący jej pokłosiem) generalną przemianę w sztuce aktorskiej ostatnich lat; przemiana ta przebiegała w jej ujęciu „od słowa do ciała”. „Słowo – mówiła badaczka – traktowano kiedyś jako zasadniczy obszar teatralnego przekazu; najważniejsze umiejętności aktora wiązano z umiejętnością aktorskiej interpretacji tekstu i odpowiedniej wymowy. […] Stopniowo zaczęto traktować mowę nie tylko jako rejon słów i związanych z nimi znaczeń, lecz także jako obszar ekspresji ludzkiego organizmu oderwany od ściśle określonych sensów. […] Jeszcze ważniejsza zmiana wiąże się z intronizacją ciała: żywe, często pozbawione bezpiecznej przesłony roli ciało aktora na scenie staje się właściwym obszarem dramatu. To w jego obrębie, na granicy obnażenia, skandalu, wykraczania prywatną cielesnością poza rolę, rozgrywa się podstawowy konflikt teatralny”.

Z drugiej strony dowalił „Spisowi” dr Piotr Olkusz z Uniwersytetu Łódzkiego, wywodząc na tejże sesji, że w teatrze – o ile „przez wieki postać uzbrojona była w wytrzymałą strukturę, przez co nie można było sprowadzić jej do jednoznacznej definicji” – o tyle dziś „aktor istnieje na scenie nie jako byt dialektyczny, którego biegunowość czytamy na scenie, ale jako byt jednolity, istniejący swoją cielesnością czy daną kondycją. […] Takie «bycie sobą» na scenie jest wnoszeniem swej cielesności, a nie zmaganiem się z nią […]”. Tego – sugeruje badacz – chce reżyser, pan i władca sceny, tak pisane są nowe dramaty. „W teatrze – czytamy w konkluzji – aktor coraz silniej istnieje jako producent ciała czy jego właściciel. Inspiracja nie idzie od strony tekstu, ale jest jakby autorskim projektem matki natury, z której darów czerpie reżyser budujący może i dialektyczne spektakle, ale z niedialektycznych elementów – w tym aktorskich ról.”

No i co począć z takimi diagnozami, co brzmią jak wyroki? Ponad wszelką wątpliwość opisują trafnie znaczną połać życia sceny, ale… „Subiektywnego spisu aktorów teatralnych” niepodobna póki co zmienić w spis właścicieli ciał porywanych przez teatr. Byłoby to bowiem nie tylko grubiańskie, ale i śmiertelnie… nieciekawe. Jeśli zostawić na boku namiętności eleganckich voyeurów i pospolitych podglądaczy, ciało w teatrze budzi zainteresowanie jedynie wtedy, gdy jest do czegoś użyte. Gdy się je zderza, łamie, przekształca, dekonstruuje, ale i rekonstruuje na potrzeby postaci, tak, postaci w dalszym ciągu na pierwszym miejscu. „Wykraczanie prywatną cielesnością poza rolę” od czasu do czasu bywa fascynujące, najczęściej jednak z lekka żenuje, albowiem prywatna cielesność z reguły jest zwyczajnie nudna – póki się jej nie „zrobi”, nie podkręci, nie podda kreacji. Kreacja taka z definicji nie może być jednak częścią „autorskiego projektu matki natury”; musi płynąć z głowy aktora, z jego świadomości, z jego kunsztu gry całym sobą jako instrumentem. Oby jak najczęściej instrumentem, który służy do generowania sensów, a nie generalnej „ekspresji ludzkiego organizmu”. Do tego celu wciąż jednak, choć siądź i płacz awangardzisto, przydatniejsze jest słowo niż ciało. Nowoczesny teatr chętnie by zaprzeczył, ale nie bardzo mu wypada, albowiem sam jest niesłychanie rozgadany; potrafi ględzić na scenie godzinami. Niekoniecznie z korzyścią dla myślowego skutku dzieła.

Przeto wybaczcie, uczeni, ale niniejszy przegląd, ukazujący się już dwudziesty drugi raz, nadal będzie stronił od zajmowania się prywatnością (cielesną i niecielesną) aktorów. Będzie za to próbował – witając nowe nazwiska, czyli nadzieje, łapiąc artystów dramatycznych „na fali” dobrych ról, ciesząc się z ich zwycięstw, czyli przeskoczenia samych siebie, kłaniając się mistrzom – po prostu odnotowywać rozmaite przejawy aktorskiej kreatywności. Te dialektyczne i te monolityczne, te sięgające do prywatności (ale jako budulca, nie punktu odniesienia) i te ściśle separujące wykonawcę od scenicznego zadania. Czasami arcydzielne, a czasami budzące sporo wątpliwości. Gdyby przykładów brakowało, trzeba by pewnie pokornie uznać nadejście nowych czasów – i zwijać interes. Ale nie brakuje. I chyba jeszcze dobrą chwilę nie zabraknie.

Jacek Sieradzki

Bartosz Bandura [nadzieje]

Wystartował w zawodzie zadaniem morderczym: Segismundem u Justyny Celedy w „Życiu snem”, gdzie trzeba pokazać, jak w zaszczutym zwierzęciu budzi się człowiek. Trochę nadto było tam histerii, nadpobudliwości ruchowej (młody aktor jest też tancerzem), ale egzamin z budowy roli zdany został celująco. A w doskonałym „Onym” Marty Guśniowskiej (reż. Alina Moś-Kerger, też Teatr im. Osterwy w Gorzowie Wielkopolskim) gra, czy raczej opowiada przez siebie osobę pewnego ośmiolatka na błyskawicznym kursie gorzkiego dojrzewania i jest w tym czuły, dojrzale empatyczny, jakoś tak dorosło dziecięco zamyślony. A ruch sceniczny ustawił kolegom, sam jest mądrze powściągliwy w geście… Trzymać kurs!

Sonia Bohosiewicz [zwycięstwo]

Spektakl nazywa się wabikowo „Chodź ze mną do łóżka”, a jest wyzbytym z dosłowności monologiem wewnętrznym chorej kobiety, pozbawionej kontaktu ze światem, mogącej tylko patrzeć. Nie wiem, czy taka zmyłka wobec wiernej klienteli opłaci się Teatrowi Polonia, ale kto nie przylazł wyłącznie po rechot za każdą cenę, dostaje pięknie opakowany, wytrawny, pozbawiony wszelkiej spodziewanej czułostkowości przekaz, w którym – przy dobrej robocie i autora, Andrzeja M. Żaka, i reżysera Adama Sajnuka – główną rolę gra jej nieoczekiwana i imponująca dyskrecja, delikatne wyciszenie, nieśmiałość uśmiechu… A żona w „Ich czworo” Zapolskiej u boku Jerzego Stuhra (też Polonia) to również udana rola baby śmiesznej i groźnej w bezdennej głupocie. Długo jej nie było w teatrze, niech trochę zostanie.

Eliza Borowska [na fali]

Nie poznałem jej pod peruką międzywojennego wampa w ryzykownym, nie zawsze skutecznym, ale w wielu momentach pięknie efektownym spektaklu Janusza Opryńskiego z Provisorium (pardon, jakiego tam międzywojennego, skoro w tej opowieści, czyli w „Lodzie” Jacka Dukaja, I wojna w ogóle nie miała miejsca!). Gościnnie w Lublinie, ale i u siebie, w Powszechnym, zaczęła szukać pola do popisu w tradycyjnej charakterystyczności – z kontrolowaną przesadą, w wykrzywiającym sylwetkę kostiumie niejakiej Chłopowej (tak Igor Gorzkowski sfeminizował szkolnego kuratora w „Rewizorze”), pod krzykliwym makijażem wypindrzonej prowincjuszki w „Dziewczynach do wzięcia”. Nieczęsto tak się dziś gra, a jeszcze rzadziej się wie, jak to robić, więc rezultaty muszą się podobać, choć czy to pomysł na długo…?

Aleksandra Domańska [nadzieje]

Sztuka Amy Conroy „Alicja kocha Alicję” to w oryginale opowieść niemłodych dam, od lat będących parą i wspominających, jak to w ich stadle bywało. Maria Seweryn obsadziła tymczasem dwie młodziutkie aktorki i ułożyła spektakl w sympatyczny, ale słodki do mdłości coming out. Czy bardziej nieuładzonego obrazu lesbijstwa poczciwa widownia OCH-teatru już by nie zniosła? Tak czy owak aktorka dała z partnerką, Aleksandrą Grzelak bogaty koncert scenicznego mizdrzenia się, zabawny, bo wypracowany w każdym uśmiechu i każdym komediowym faux pas. Zdawała się wymarzoną wykonawczynią roli tytułowej w teatralnej wersji starego filmu „Miłość blondynki” (też OCH) i znalazła w sobie, co trzeba: nieporadność, naiwność, cięlęctwo. Spektakl jednak nie wyszedł, zabrakło mu klimatu, portretu prowincjonalnego świata, czyli czegoś, co niekoniecznie od aktora zależy, choć on głównie płaci.

Iwona Dróżdż-Rybińska [na fali]

Ma duże, masywne uda i stopy, sylwetkę mocno pobrzydzoną przez niezgrabną bieliznę. Jej ciało gra dziewczynę kloca, prosto z obrazów Jerzego Dudy-Gracza i z bardzo wielu spektakli jego córki Agaty. Twarz nieruchomieje w stuporze Gombrowiczowskiej Iwony, księżniczki Burgunda. Ale na głowie nosi trójkątny papierowy kapelusz z obrazów Makowskiego, pod nim wicher rudych włosów. I umie klasnąć w dłonie tak, że nie mamy wątpliwości, iż to ona kręci całym dworem wykreowanym w widowisku Teatru im. Jaracza w Łodzi, że to jej gest, jej siła wewnętrzna kreuje i unicestwia światy. Gdzie jest istota roli: w ucharakteryzowanym ciele czy w wyhamowanej, ale przecież (przez to!) decydującej mocy aktorskiego skupienia, tudzież w precyzyjnie zaprojektowanych kluczowych zwrotach opowieści?

Włodzimierz Dyła [pytania]

Pan Bóg o twarzy knajaka w campingowym dresie, który wybucha nagle, po trzech godzinach wielosłowia, najczystszą sztuką oratorską, kazaniem wściekłym, dotkliwym, podszytym jakąś nieprawdopodobnie głęboką rozpaczą – to aktorskie arcydzieło; ktoś, kto wytrzymał wszystkie nierówności teologicznego traktatu Jarosława Murawskiego „Na Boga!”, śledzi ten finał z rozdziawioną gębą. Ale poza oswojonym matecznikiem Wałbrzycha jest już gorzej: rycerz Ludwik gościnnie u Pawła Passiniego w „Bramach raju” (wrocławski Współczesny) to tylko niewypełniony rolą kawałek blachy z butaforki, a z zapowiadanych przenosin do Starego na razie nici. Ma wąski przedział ról, które może grać i pewnie każdy teatr będzie miał kłopot z obsadzaniem. Ale ryzyko warte jest podjęcia – zawsze, gdy trafi na właściwe dla siebie wyzwanie.

Jan Englert [mistrzostwo]

Nie tylko gra Gombrowicza, wręcz czuje się Gombrowiczem w błyskotliwie napisanej partii w sztuce Macieja Wojtyszki „Dowód na istnienie drugiego” (a niekiedy wolno podejrzewać, że i poza nią). Rozkosznie patrzeć na ten błysk zadowolenia w oku, gdy drwi, podpuszcza, prowokuje, folguje samouwielbieniu i poczuciu wyższości wobec świata. Ale jednocześnie potrafi fenomenalnie zlepić kabotyńskie maniery z dojmującym przeczuciem starości i lękiem odchodzenia, z czego powstaje migotliwy, wielobarwny portret świadomego siebie człowieka, idealnie wyważony w każdej kresce i w każdym kolorze. I błyszcząca, i mądra rola – o ilu daje się to powiedzieć?

Gabriela Fabian [mistrzostwo]

Dyspozycja aktorska potrafi przenicować gotowy spektakl. Gdy Jacek Głomb robił pierwszą wersję „Zabijania Gomułki” według Pilcha w Zielonej Górze, dominowali mężczyźni: ojciec narratora i jego przyjaciel, słynny pan Trąba. W lustrzanej powtórce inscenizacji w legnickim Teatrze im. Modrzejewskiej to ona kradnie im show paroma wypracowanymi etiudami porządnej pani domu z trudem znoszącej brewerie facetów, ale jakoś im, z komicznym wysiłkiem, wybaczającej. Obserwuję ją w szeregu ról, od pamiętnej kapral Haliny Gniazdko w „Balladzie o Zakaczawiu”: sylwetki są zawsze misternie i niebanalnie wymyślone w drobiazgu, w geście, w szastnięciu nóżką, wygięciu ramienia, lekko spóźnionej reakcji na wypadki. Przez to się je zapamiętuje, także w zbiorówkach – takich jak choćby zespołowa komedia matrymonialna zrobiona w Legnicy z Gogolowskiego „Ożenku” przez Piotra Cieplaka.

Adam Ferency [mistrzostwo]

Nie wiem, czy wolę go w porządnych, bez zarzutu odrobionych u siebie w Dramatycznym zadaniach z tradycyjnego repertuaru – jako Heideggera w „Rzeczy o banalności miłości” albo tytułowego cudotwórcę ze sztuki Briana Friela – czy może półprywatnie, boso i z podwiniętymi spodniami wśród zachwycających witalnością chórzystów zespołu Wrzos z Zakrzewa koło Piły, mówiącego teksty z „Nocy i dni”. A i popisowo napisana partia Machiavellego w „Machii” Juliusza Machulskiego wyprodukowanej przez lubelski Teatr Stary to zgrabna, efektowna rola. Najgorzej w bilansie sezonu wypada Kreon w „Edypie”, zrobiony jedną tanią miną politycznego dygnitarza. Ale na pustym interpretacyjnie antyku Jakuba Krofty gorzej wyszli inni…

Sławomir Grzymkowski [zwycięstwo]

… na przykład kolega w roli tytułowej, której dalibóg nie da się zagrać jako bubka pod krawatem, z zaciśniętymi zębami poszukującego rozwiązania zagadki ulokowanej przecież w świecie mitu a nie marnego polit-kryminału. Szkoda, że sezon tak mu się źle skończył, bo zaczął się arcydziełem: rolą Gierosławskiego w „Lodzie” Jacka Dukaja w Provisorium, wielką czterogodzinną wyprawą w poszukiwaniu tożsamości Polaka z nieistniejącej Polski początku zeszłego wieku, którą prowadzi jakby to był niekończący się monolog romantycznego bohatera, żarliwy i logiczny zarazem. A potem były udane, fachowo zrobione role w Dramatycznym: w „Mizantropie”, w „Nosorożcu”. Więc nie narzekajmy, furda Edyp; bilans wychodzi na plus.

Mariusz Kiljan [zwycięstwo]

Komediowego Guślarza historia „Dziadów” dotąd nie znała. W jakimś opuszczonym czy nieskończonym domu, gdzieś na prowincji, w absurdalnym kowbojskim kapeluszu kreuje szamana hochsztaplera, który przyzywa gości z zaświatów, ale sprawia wrażenie, jakby sam się bał skutku swoich zaklęć, nadrabia miną, wymachuje rękami w obronnych gestach, jego „a kysz” brzmi panicznie. Dzięki – w znacznej mierze – charyzmie aktora ów portret naiwnego plebeja od duchów, naszkicowany w spektaklu Michała Zadary we wrocławskim Polskim, nie jest wygłupem, łapie coś, czego może nigdy nikt w tej postaci nie przeczytał. Na koncie ma jeszcze wyrazistą, dynamiczną rolę Iwana Bezdomnego w „Mistrzu i Małgorzacie” we wrocławskim Capitolu.

Dominika Kluźniak [mistrzostwo]

Na krótką chwilę, bez słowa wchodzi z głębi sceny w nocnej koszuli, patrząc, jak potężny Gombrowicz szykuje się do męskiego, godowego pojedynku z jej mężem Mrożkiem i w jej spojrzeniu jest tyle uczuć: ambicji, rozżalenia, wyrozumiałości, kpiny, paradoksalnego poniżenia (przez pominięcie) i wyższości jednocześnie, że innym nie starczyłoby na to całej roli. Za to mgnieniowe, nieme wejście z „Dowodu na istnienie drugiego” Wojtyszki oddam cały występ w „Milczeniu o Hiobie” Piotra Cieplaka w Narodowym, gdzie jest fachowo – kiedy trzeba – dramatyczna, kiedy trzeba śmieszna do rozpuku, ale nawet nie zbliża się do tej syntezy sprzecznych uczuć, które umie zagrać jednocześnie, w jakimś migotliwym stopie.

Anna (Anuszka) Konieczna [na fali]

Pokazuję ją na zdjęciu obok w dynamicznej, wściekłej i bolesnej roli groźnie pogubionej nastolatki, w starym brutalistycznym dramacie Endy Walsha Disco Pigs pod firmą katowickiego Teatru Rawa – bo po prostu wolę ją w tej postaci, a może i w innych, takich sobie rólkach z zabrzańskiego Nowego, niż w „Uwodzicielu” na prominentnych deskach warszawskiego Nowego. Czyli w monodramie Katarzyny Warnke na temat, mówiąc prosto, seksualnego podniecenia, pretensjonalnie płaskim niezależnie od świecidełek nowoczesnej inscenizacji i odniesień do modnych filozofów. A ona z pewnością tu właśnie lokowała ambicję; wytrwale szuka czegoś wyższego ponad codzienność małego teatru (ma na koncie wystawę fotografii artystycznej), a blask stołecznej firmy zdawał się gwarancją jakości. Złudną.

Monika Krzywkowska [pytania]

Monolog zdradzanej blondyny pędzącej po pijaku vectrą po szosach polskiej prowincji jest sam w sobie arcydziełkiem. Wzięła na siebie jeszcze drugi popisowy numer z „Dwojga biednych Rumunów…” i stworzyła w tej samej inscenizacji rozkoszną postać kierowcy – facecika w kamizeleczce, z wąsem i kitą rudych włosów, zachłystującego się potokami skrzydlatych fraz Doroty Masłowskiej. Obie etiudy, wyliczone w tempie, w akcentach, w rozłożeniu point zasługują na najwyższy podziw; jakby obudziła się w niej wielka tradycja komediowego aktorstwa, choćby spod znaku Ireny Kwiatkowskiej. Chapeau bas, ale potem w Studio była jeszcze Raniewska w „Wiśniowym sadzie”, pośpieszna, puszczona, sprowadzona do niemądrych śmiechów, odległa od tych subtelności, które z Agnieszką Glińską umiały wygrać choćby w „Płatonowie”. Może Czechowa nie da się tak z marszu?

Magda Kumorek [na fali]

Zawsze miała dryg do gry charakterystycznej; dobrze, że nie zabiły go lata niebezpiecznej dla każdego aktora serialowej banalizacji. Można z pewną przesadą powiedzieć, że prowadzi owocne studia nad typem rodzimej dewotki – pod kierunkiem Agaty Dudy-Gracz. Najpierw w wersji dramatycznej w świetnym przedstawieniu „Ja, Piotr Rivière…” na deskach wrocławskiego Capitolu, a potem w groteskowo-parodystycznie-poczciwej sylwetce „pani Kazi, bardzo wierzącej Polki” w widowisku „Wielka Płyta 1972-2018”, przygotowanym jako gala XXXV Przeglądu Piosenki Aktorskiej. W odważnie obrzydzonej makijażem pani Kazi jest i nieśmiałość, i przaśność, i słodycz podlewana skrywanym jadem kompleksów. Misterny portrecik.

Jacek Labijak [na fali]

Należy do znacznej liczby koleżanek i kolegów w zawodzie, których przez lata, mówiąc gombrowiczowsko, upupiały dziecinne warunki (wzrost, aparycja), ograniczając charakter powierzanych ról. Na wyrośnięcie z tak ciasnego emploi czeka się niekiedy latami; czy jego złowroga kukiełka upiornego belfra z nowego panopticum Janusza Wiśniewskiego, skonstruowanego z „Martwych dusz” i innych klasycznych tekstów, nie jest przypadkiem podświadomą zemstą na aktorskim losie? Żarty żartami, zagrał już mnóstwo dorosłych ról w gdańskim Wybrzeżu, a w kabaretowej „Wielkiej improwizacji” zdaje z powodzeniem egzamin z inteligentnego kontaktu z widownią.

Marta Ledwoń [na fali]

W gorzkim nad miarę czytaniu Bułhakowa przez Artura Tyszkiewicza jej Małgorzata ma do dyspozycji tylko rozpacz. Miłość już była, jest bezpowrotnym wspomnieniem, a bal u szatana to wielkie upokorzenie pomalowanej złotą farbką kobiety-zabawki. Aliści właśnie to pasuje do jej emploi; grywa złożone postacie, których wewnętrzna dojrzałość i świadomie podejmowane wybory kontrastują z młodą aparycją; umie napełnić ten kontrast psychologiczną prawdą, uwiarygodnić go sobą. Tak konstruowana jest i Małgorzata (od Mistrza), i Porcja w „Kupcu weneckim” w chwili odklejania z twarzy sztucznych rzęs i sztucznego wigoru, też u siebie, w lubelskim Teatrze im. Osterwy, i posągowa Antygona z polsko-rusko pogranicznej „Antyhony” u Agnieszki Korytkowskiej-Mazur gościnnie w Teatrze im. Węgierki w Białymstoku.

Magdalena Łaska [na fali]

Najpierw szalony pomysł Marcina Libera, żeby Chochołem na jak najbardziej współczesnym „Weselu” była ona, wyrastająca wzrostem i postawą nad uczestnikami chłopsko-pańskich przepychanek piękna kobieta, modelka, ale w czarnej sukni niby z żałobnego Grottgera. A z tego zadania hop siup do… piórnika, gdzie zagrała Plastusia we wracającej na afisze starej bajce Marii Kownackiej, zainscenizowanej przez Lenę Frankiewicz. Poczciwego plastelinowego ludka z niebotycznymi nogami rozjeżdżającymi się na wszystkie strony, jakby naprawdę były z masy plastycznej, z żywiołową frajdą beztroskiego wygłupu i ze znakomitym kontaktem z dzieciakami. To znak dobrego teatru: dawać aktorom płodozmian; bydgoski Polski to umie.

Zygmunt Malanowicz [mistrzostwo]

Nie, nie rola w „Kabarecie warszawskim”, dziesiąta woda po diabolicznym konferansjerze z filmu „Kabaret”, w której aktor ewidentnie męczył się pod kruczoczarną, niewygodną jak całe zadanie peruką. Raczej Hojbitter z „Dziwki z Ohio” wystawionej przez Adama Sajnuka w Teatrze WARSawy na Nowym Mieście. Ryzykowną, jak często u Hanocha Levina, postać starego mężczyzny, wydającego na starość całe oszczędności na dziwkę (której w dodatku nie potrafi zaspokoić), umie nasycić jakimś lirycznym sentymentem nie z tego świata, pół autokpiącym, pół marzycielskim tonem skargi postarzałego, bezradnego dziecka, któremu współczuje się odruchowo, mimo że współczuć wcale nie ma czego, a pod wzrokiem zbitego psa chowa się pazerność, draństwo i małość. To małość jest jednak czymś opromieniona i to czymś w aktorze – nie w postaci.

Grzegorz Mazoń [nadzieje]

Staje na środku małej sceny Wrocławskiego Teatru Lalek za keybordem jak za katedrą, wiedzie wzrokiem po rozdokazywanej gówniarzerii, zaczyna mówić i grać – i już ich ma, prowadzi, dokąd chce. Nie tylko dzięki mądrej, dowcipnej i życiowej opowieści Marii Wojtyszko o trzynastoletnim Samie, którego rodzice się rozwodzą, a on musi ułożyć życie z dwoma nowymi rodzinami, z nauczycielką (którą doprowadza do wyznania, że ona ma już dość wychowawczych głupot zapisanych w programie), tudzież z miłą sercu koleżanką z ultrakatolickiej, lekko zakłamanej rodziny. Dzięki temu wszystkiemu oczywiście jak najbardziej, ale nade wszystko dzięki aktorstwu bez reszty nastawionemu na inteligentny kontakt, bez mizdrzenia się, bez głupich prowokacji i bez cienia wyższości. Za to z uwodzicielskim, kanciastym wdziękiem. Oto droga do sukcesu – bynajmniej nie tylko w lalkach.

Irena Melcer [nadzieje]

Wygrała Konkurs Aktorskiej Interpretacji Piosenki na XXXV Przeglądzie Piosenki Aktorskiej w gruncie rzeczy tym, że umiała finałową frazę utworu z repertuaru Tiger Lillies, brzmiącą literalnie „Na chuj ci ten mąż?”, wykonać filuternie, przewrotnie, pociągająco i zabawnie. Zatem udowodniła, że chamstwo nie ma swej siedziby w słowach, nawet i najbardziej nieparlamentarnych, a jedynie w umysłach tych, którzy nimi obracają. Politycy o mentalności kaprala z koszar, artyści, co rzucają mięsem w celach autopromocyjnych, przeciętni użytkownicy polskich tramwajów – wszyscy powinni się zapisać do kończącej właśnie warszawską szkołę aktorki na korepetycje. Tylko skąd mają wiedzieć, że właśnie tak byłoby przyzwoicie?

Grzegorz Mielczarek [mistrzostwo]

Pomysł Józefa Opalskiego, by w sztuce o Niżyńskim ustawiać go w pozach z Diagilewowskich baletów był ryzykowny, mógł się nawet wydać śmieszny w swej sztuczności. Rękojmią był tu jednak aktor znakomicie panujący nad aparatem ciała, głosu, gestu, co więcej, zawsze tworzący role obdarzone niezwykłym napięciem, żelazną koncentracją emanującą ze sceny i przemożnie narzucającą się widzom. Czasami przy okazji tuszującą – samą siłą scenicznego wyrazu – słabość materiału (jak w tej opowieści o obłąkanym tancerzu), czasami wybijającą drobny epizod na pierwszy plan, jak w sztuce „Z miłości” Petera Turriniego w reżyserii Iwony Kempy. Patrzę na niego z podziwem od wielu sezonów krakowskiego Teatru im. Słowackiego – gdzieś od wspaniałego Kaliguli u Agaty Dudy-Gracz. Nota o nim wypadła wtedy, w 2005 roku podczas skrótów przy łamaniu „Polityki”; pora nadrobić zaległość.

Alicja Mozga [zwycięstwo]

Była niekwestionowaną gwiazdą sceniczną w starym stylu, kiedyś w Teatrze Ziemi Pomorskiej w Grudziądzu, potem w Polskim w Bydgoszczy. Można było wróżyć, że nie będzie jej po drodze z nowymi poetykami wprowadzanymi na tę scenę przez kolejnych dyrektorów, zwłaszcza że opór tradycyjnie nastawionych teatromanów był nad Brdą całkiem dziarski. Ale proszę, jest, gra, czuje się chyba dobrze w tak ekscentrycznych zadaniach, jak odegranie inżyniera z Fordonu z przyklejonym wąsikiem, w którego nieoczekiwanie wstępuje duch wielkiej przedwojennej śpiewaczki („Historie bydgoskie” Artura Pałygi w reżyserii Pawła Łysaka). Albo ni mniej ni więcej w roli Gumki-Myszki w „Plastusiowym pamiętniku”. Liczy się odwaga, ufność – i, śmiem podejrzewać, dobry duch w zespole; to przynosi najpiękniejsze teatralne zwycięstwa.

Elżbieta Mrozińska [na fali]

Teatr Miejski im Gombrowicza w Gdyni, niehołdujący nowoczesnym prądom (ale organizujący coroczny R@Port) wziął na warsztat scenariusz „Joanny Szalonej; Królowej” Jolanty Janiczak, preparując zeń czystą fabułę o Joannie Kastylijskiej, a kasując dygresje, metakomentarze, wewnętrzne kwestionowania konwencji i sposobów mówienia o historii. Nie wyszło z tego zbyt udane dzieło (bo siła utworu jednak właśnie na tych wewnętrznych dygresjach polega), ale jej „królewska” rola, koturnowa, dramatyczno-retoryczna, nieco deklamatorska, była – w ramach przyjętych, cokolwiek niedzisiejszych założeń – udana i konsekwentna a technicznie bezbłędna. Niemniej chyba lepiej się czuje w lżejszych formach, takich jak brawurowo szarżująca Zielona Gęś w widowisku według Gałczyńskiego sprokurowanym przez Jarosława Kiliana na bałtyckiej plaży w Gdyni-Orłowie.

Tomasz Nosinski [na fali]

Jego wkroczenie na scenę kieleckiego teatru w upupiających rajstopach, królewskiej peruce i z narodowym godłem na obrazku – sprawiającym wrażenie, jakby go ktoś przed chwilą ściągnął ze ściany zapyziałego urzędu w mordobijskim powiecie – mogłoby pretendować do nagrody za sceniczne wejście roku, gdyby ktoś takowe przyznawał. Ma wrodzony zmysł groteski, giętkość i plastyczność gestu, umiejętność skrótowego rysunku postaci – cechy kompatybilne ze stylem pracy takich twórców jak Wiktor Rubin (z jego „Carycy Katarzyny” pióra Jolanty Janiczak pochodzi ten złośliwie narysowany król Staś Poniatowski w rajstopach). Bądź jak Radosław Rychcik, który zrobił z niego jednego z wyfraczonych konferansjerów-przewodników po „Diable” (Szczecin, Współczesny), hołdzie dla świata amerykańskich filmowych wyobrażeń, a w „Dziadach” (Poznań, Nowy) – Guślarza z pyskiem Jokera, tego od Batmana. Trochę na jedno kopyto to zadania, budowane na dystansie, na zgrywie, na prostych skojarzeniach z kulturą pop – ale rezultaty są całkiem bogate i oryginalne.

Joanna Osyda [nadzieje]

W nieco nieoczekiwanie, bo grubo, karykaturalną kreską poprowadzonym przez Igora Gorzkowskiego „Rewizorze” w warszawskim Powszechnym zagrała horodniczankę – i umiała nie dać się zapędzić w rodzajowość; z prowincjonalnej gąski, jak się zwykle gra tę postać, zrobiła współczesną, pewną siebie, drapieżną nastolatkę, zaginającą parol na modnisia ze stolicy. Co więcej, jej gra była wyrazista i czytelna, ale w niczym nie przeszarżowana, nie natrętna. Czyli taka, jaką wśród dzisiejszego serialowego banału warto cenić; podobny styl reżyser zwykle lubi w swoich autorskich przedstawieniach. Nie dziwota, że wziął aktorkę do roli Basi w „Tajemniczym kliencie” (Studio Teatralne Koło), ale tam przypadło jej tylko partnerowanie (porządnie wykonane, a to też umiejętność niebłaha), albowiem reflektory poszły na postać tytułową…

Sławomir Pacek [zwycięstwo]

…owego „tajemniczego klienta”, faceta odgrywającego w sklepach i urzędach natrętnego upierdliwca testującego wytrzymałość i odporność urzędników bądź sprzedawczyń. Gorzkowski napisał tę partię niemal jak serię lazzi z commedii dell’arte; aktor dwoił się i troił w inteligentnych prowokacjach, zmieniając maski i stopniowo podszywając swą postać heroiczną misją zbawiania ludzkości, inteligentnie prześmianą przez przywoływane komiksowe klisze. W Studio Koło stworzył więc błyskotliwie wieloznaczną postać – a w „Rewizorze” został na dalekim planie; jego Dobczyński nie wyszedł poza konwencjonalne wizerunki tej postaci. Tak się od wieków kręci karuzela pierwszych planów, komparserii i epizodów na teatralnych afiszach.

Małgorzata Patryn [nadzieje]

Gdy Monika Strzępka robiła prapremierowo tekst Pawła Demirskiego „Niech żyje wojna!!!”, skupiała się na historycznych i propagandowych kliszach wpompowanych w takie przedsięwzięcia, jak „Czterej pancerni i pies”. Gdy tychże „Pancernych” (zaadaptowanych przez Konrada Dworakowskiego) grają dyplomanci białostockiego Wydziału Lalkarskiego Akademii Teatralnej, nie o Stalina, Mikołajczyka, panów i chłopów chodzi – lecz o elementarną, młodzieńczą obronę przed hucpą i blichtrem świata, przed nieznośnością pustych haseł i paskudztwem rzeczywistości. A w centrum obrony jest jej filigranowa sylwetka i twarz przez pół przesłonięta wielkim hełmem, jej Szarik, chaplinowski łazęga, psio czuły i psio skopany na koniec, jej oczy, najpierw ciepło ufne, potem przegrane i wyrzutu pełne. Co teatr z nią zrobi? Doceni?

Agnieszka Pawełkiewicz [nadzieje]

„Dwoje biednych Rumunów…” Agnieszki Glińskiej w warszawskim Studio to fajerwerk scenicznej zabawy dobrej klasy. Baby poprzebierane za facetów, faceci za baby, monologi Moniki Krzywkowskiej bawią do łez (było pisane wyżej, proszę spojrzeć pod „K”). I wszystko zależy od tego, czy Gina i Parcha – ona i jej partner Marcin Januszkiewicz – znajdą w sobie siłę, by przygasić kuszący ubaw widowni i wyciągnąć spod wszechobecnego wygłupu nieoczekiwany, lodowaty paroksyzm strachu przed pustką życia. Paroksyzm, który z niego czyni okrutnego, samolubnego potwora, a ją jakby nagle wtłacza w siebie, miażdży, obezwładnia, sprawia, że finałowe samobójstwo nie jest tylko figurą narracyjną, lecz boleśnie realnym, nieuchronnym punktem dojścia. Raz to wychodzi, raz nie, widziałem parę razy, więc wiem; gdy wychodzi – z wybuchów śmiechu rodzi się cisza, jak makiem zasiał.

Bartosz Porczyk [zwycięstwo]

Energia go rozsadza. I dobrze, bo bez wewnętrznej pary niczym w rozgrzanej lokomotywie nie uciągnąłby półtoragodzinnego monologu z IV części „Dziadów”, czasami tylko przerywanego głosem unickiego księdza czy dzieci. Eksploduje kaskadami wersów, część spowiedzi-skargi śpiewa, akompaniując sobie na pianinie, sam się do siebie śmieje, sam z siebie szydzi, gotów jest brać widzów na świadków swego poniżenia przez pewną „wietrzną istotę”. Trzyma kontakt: młoda widownia spektaklu Michała Zadary słucha go tak, jak od czasów Krzysztofa Kolbergera w spektaklu Hanuszkiewicza nikt Mickiewiczowskiego Gustawa nie wysłuchiwał. Niepodobna tego nie docenić. Rozpierająca go witalność czyni z kolei z ruskich diabłów w „Termopilach polskich” postacie zanadto już rodem z kreskówek; u Micińskiego było subtelniej. Ale to może bardziej typowy dla Jana Klaty wybór poetyki niż koncepcja aktora?

Barbara Prokopowicz [zwycięstwo]

Od jej wejścia na scenę Polskiego „Mizantrop” przerobiony przez Julię Holewińską i Kubę Kowalskiego przestaje być środowiskową zabawą (Alcest krytykiem teatralnym, boki zrywać!) i staje się jedną z bardziej przenikliwych opowieści o mechanizmach współczesnego dworu (politycznego, artystycznego, każdego). Celimena tu rządzi. Nie ma w niej krzty kokieterii, z którą się tę postać zwykle grało, nie ma czułości, nawet zwykłego uwodzicielstwa. Jest czujność w oczach, rozdzielanie etykietek i rang towarzyskich, złośliwości morderczego kalibru, nieustanna aktywność. Tudzież całkowite zakochanie w swojej władzy, wobec którego żadna miłość czy lojalność nie jest nawet do pomyślenia jako alternatywa. Czy chodzi gdzieś po naszych scenach lepiej uchwycona dyktatorka dzisiejszych salonów? Krótki wypad aktorki do Warszawy nie przyniósł satysfakcji, wróciła do Poznania, czekamy na nowe role.

Agnieszka Przepiórska [zwycięstwo]

Bilans sezonu z pewnością dodatni: niesłychana popularność Dzikiej Agnes z kabaretu „Pożar w burdelu”, świetna rola w „Dziwce z Ohio” Levina w Teatrze WARSawy, trochę słabsza (bo zbyt dosłowna) w „Dziewczynach do wzięcia” w Powszechnym. No i przede wszystkim monodram „Tato nie wraca” Piotrów Ratajczaka i Rowickiego, drugi wielki sukces na tym polu po „…I będą święta”. Doskonale skonstruowana opowieść kobiety, która na skutek przypadkowego impulsu wylewa z siebie całą traumę dorastania bez ojca istniejącego, ale nieobecnego, obojętnego, okrutnego. Brawo za spektakl, tylko dlaczego, do cholery, obniża jego wartość, gorliwie plotąc po gazetach, że to wszystko z osobistych, prawdziwych przeżyć? Czy naprawdę kultura współczesna tak zgłupiała, że nie rozumie, iż coś, co jest celną, precyzyjną, mądrą kreacją, zawsze było – i będzie nadal, nie wolno w to zwątpić – po stokroć wartościowsze niż przekładanie na sztukę prywatnych zasmarkań, nawet w dobrym stylu? I że odrobina dyskrecji nieodmiennie dodaje, a nie ujmuje blasku?

Tomasz Schuchardt [na fali]

Obserwatorzy i komentatorzy stołecznego teatru zapiali po premierze „Tramwaju zwanego pożądaniem” w Ateneum nad wielkością roli Blanche DuBois, doceniając ekspresję Julii Kijowskiej, ale nie spostrzegając, że kształt roli jest interpretacyjnym nieporozumieniem. Tennessee Williams stworzył mitomankę źle przystosowaną do życia w brutalnym świecie i lądującą za niewinność w szpitalu wariatów – nie fighterkę rzucającą wyzwanie mężczyznom. Może więc wypadałoby, choćby gwoli proporcji, zauważyć i – pomijaną w omówieniach – rolę Stanleya Kowalskiego, zagraną tu konsekwentnie, mocno, mięsiście, bez łatwego szukania sympatii widowni. Narodziła się postać, owszem, odrażająca w swoim tępym maczyźmie, ale idealnie wyprowadzona z utworu i logiczna. Łódzki aktor ze swoją energią i zawodową świadomością udatnie wpasował się w warszawski zespół; będzie przeprowadzka?

Andrzej Seweryn [mistrzostwo]

Jest w wieku i kondycji, kiedy jeszcze może, farbując na biało włosy i lepiąc brodę, dźwignąć Leara; tradycja mówi, że aktorzy, którzy czekali z tą rolą, aż osiągną podeszły wiek, nie dawali potem rady fizycznie. Jest przy tym w tak dobrej formie, że nie musi udowadniać technicznego panowania nad całą kubaturą Polskiego; może grać piano. I to jest Lear piano, Lear ściszony we wszystkich fazach: od pyszałkowatego dzielenia królestwa, przez wściekłe wycie zranionej dumy, przez odkrywanie względności fundamentów egzystencji, upokorzenie i pokorę, aż po dyskretne dojrzewanie do śmierci. Rola doskonała, aliści dyrektor teatru, wyglądając spod charakteryzacji aktora, mógłby ponad ramieniem Jacques’a Lassalle’a dostrzec z niepokojem, że drugoplanowe role widowiska w ogóle nie zostały skonstruowane, brzmią głucho i konwencjonalnie, niekiedy wręcz jak przedpotopowa deklamacja. A przecież komparseria współbuduje główną rolę; stary teatr powinien to wiedzieć.

Julia Sobiesiak [nadzieje]

„Witaj Dora!” Lukasa Bärfussa w toruńskim Teatrze im Horzycy jest jej popisem. To rzecz o opóźnionej w rozwoju dziewczynie, której matka odstawia leki, chcąc, by córka odzyskała aktywność, a ta szybko uczy się przede wszystkim potrzeb i upodobań ciała, przyjemności seksualnych, za czym nie idą elementy kulturowe, choćby odpowiedzialność za czyny. Sztuka jest na szczęście przypowieścią, nie naturalistycznym obrazkiem. Reżyser Krzysztof Rekowski znajduje frajdę w stawianiu otoczenia Dory w kłopotliwych sytuacjach, a młodziutka aktorka doskonale chwyta naiwnie-prostolinijny ton, w którym jednak z biegiem czasu coraz mocniej dźwięczą niedopowiedzenia: ile tu jest świadomości, ile kpiącej gry – także z publicznością? Lekkość bez przesady, przymrużenie oka: świetna rola i duże nadzieje na przyszłość, choć Celimena w „Mizantropie” nie była sukcesem (ale i cały spektakl też).

Przemysław Stippa [na fali]

Lubi przesadę na granicy aktorskiej histerii, nadekspresję, efektowność do granic efekciarstwa. Jako Woland w „Mistrzu i Małgorzacie” (Teatr im. Osterwy, Lublin) błyska różnokolorowymi soczewkami, co nadaje oczom diabła zaiste nieziemski wygląd. Pokazuje się też długą chwilę nago, zanim ruszy w dyskotekowy pląs, bo w tym stylu Artur Tyszkiewicz zobaczył bal u szatana naszych czasów. Jako „zły brat” w „Zbójcach” Schillera, których Michał Zadara przygotował w Narodowym, syczy, skrada się, zastyga w nienaturalnych pozach, szasta się po scenie, jakby podłe intencje postaci objawiały się fizycznie w nieustannym ADHD. Nie trzeba kochać takiego grania, ale niepodobna odmówić mu nietuzinkowości i siły. Tudzież zwolenników; wystarczy poczytać recenzje. I niech tam: lepsza różnorodność od poprawnej bezbarwności.

Marta Ścisłowicz [zwycięstwo]

Carycę Katarzynę w spektaklu kieleckiego Teatru im. Żeromskiego gra wiele minut nago, w bezpośredniej bliskości widzów, niekiedy nawet wchodząc między rzędy. Co jest prowokacją niepowszednią, nawet w naszym teatrze, który do rozbieranek (fakt, że ostatnimi laty raczej męskich) zdążył widzów przyzwyczaić, a niekiedy je nawet uzasadnić. Nie zawsze. W opowieści duetu Janiczak/Rubin o kobiecie, która wyrąbuje sobie ciałem i seksem prawo do rządzenia, owszem, nie potrzeba dodatkowych tłumaczeń. Ale czemu chwilę później w „Towiańczykach” tych samych twórców w Starym Teatrze znów mamy naguskę, parodystyczną Lady Godivę (patrz zdjęcie)? Nowy rodzaj specjalizacji scenicznej?! Zostawmy; wolę pamiętać, jak na gdyńskim R@Porcie doczekawszy się od prowokowanego widza (widzki) ostrej repliki, wybuchnęła wulkaniczną tyradą, podnosząc temperaturę i rozpędzając do galopu cały chwilowo przymulony spektakl. Nie ma wątpliwości: przemówiła aktorka, nie jej ciało.

Jakub Ulewicz [zwycięstwo]

Niech mi wybaczy: jego role przez lata w Bydgoszczy, a przedtem także w Kaliszu, to były w znacznej mierze takie aktorskie ciepłe kluski, przyzwoite, ale ospałe, nieczęsto warte pamiętania. Mogę to bezpiecznie napisać, widząc przemianę: jest teraz na scenie Polskiego ostry, skoncentrowany, walczący. Przyciąga uwagę jako upijający się na umór i projektujący sobie Wernyhorę Gospodarz w „Weselu” Libera, jako wywalony z pracy bydgoszczanin, na którego w czasie spaceru piętrowo nakłada się duch hitlerowca uwikłanego w wojenne konflikty, co umie pokazać precyzyjnie i wciągająco („Historie bydgoskie” Pałygi), ba, udatnie szaleje nawet jako dziarski scyzoryk z „Plastusiowego pamiętnika”. Co rola to gejzer energii, jakby odkrył gdzieś w zakamarkach bydgoskiego teatru utajone źródło mocy.

Małgorzata Walas-Antoniello [mistrzostwo]

Troskliwa kobieta pakuje mężowi reklamówkę, jakby miał iść do biura, a nie lecieć do innego kraju w charakterze głowy państwa. I potem jest sam ten lot: startowe przeciążenie wbija aktorów w krzesła, odchyla od pionu. „Spisek smoleński” poznańskiej Fundacji Orbis Tertius to furiacka odpowiedź Lecha Raczaka na niekończące się brednie zamachowych teorii Macierewiczowej sekty. I jako taka może drażnić: jest oczywista, jednostronna i chyba świadomie obliczona na przekonywanie już przekonanych. Ale parę symboliczno-lirycznych wstawek, prześlepianych przez polemistów, to odpryski najczystszego kruszcu dawnego teatru Raczaka: wstrząsających teatralnych znaków uruchamianych na malutkim kawałku podłogi, minimalistycznymi środkami, nasyconych aktorską czułością i kunsztem.

Paweł Wolak [mistrzostwo]

Prostolinijnego i porywczego Jaśka, dobrego człowieka, ale po wiejsku popędliwego i brutalnego sam sobie, do spółki z żoną Katarzyną Dworak, napisał (i współwyreżyserował pod poetyckim tytułem „Droga śliska od traw. Jak diabeł wsią się przeszedł”). W poprzednich dziełach autorsko-reżysersko-aktorskiego duetu pisali postacie, jak się zdaje, mentalnie bliższe im samym; tu jest wyraźna kreacja i stylizacja. I – cokolwiek myśleć o plusach i minusach widowiska – musi imponować ta elementarna dbałość aktora o zawodowy potencjał, o niezamykanie się w jednej stylistyce, w jednym typie ról. Mógłby przecież sympatycznie buczeć swoim basem, mógłby niewielkim wysiłkiem przy świetnym warsztacie dawać się lubić widowni – jak w popisowej rólce z „Ożenku” w reżyserii Piotra Cieplaka. Szuka czegoś więcej. Niech mu teatralne bogi sprzyjają.

Adam Woronowicz [mistrzostwo]

W „Depresji komika” Michała Walczaka w warszawskiej Polonii miał być chyba przede wszystkim partnerem grającego tytułową rolę Rafała Rutkowskiego. Ale to on dominuje. Ładuje w komediowe scenki całą swoją energię, tańczy, śpiewa, sprzedaje kawałki prywatności, jak się należy w stand-upie. Jest chodzącym, ba, szalejącym po scenie dowodem, że każdy aktor, najpoważniejszy i najartystyczniejszy, potrzebuje raz na jakiś czas występu w żywiołowej zgrywie (byle zawodowo przyzwoitej!), pofolgowania temperamentowi, bezpośredniego odczucia miłości i oddania zakochanej widowni. To mu daje siłę, by potem z bezbrzeżną lojalnością bronić ambitnych zadań artystycznych – nawet takich, co się obronić zwyczajnie nie dają, jak kompromitująco schematyczny (już w scenariuszu!) reżyser z „Drugiej kobiety” w TR Warszawa.

Wojciech Ziemiański [mistrzostwo]

Pytanie: czy ktoś, kto nie zna „Termopil polskich” Tadeusza Micińskiego, w ogóle domyśli się na widowni wrocławskiego Polskiego, że smętny facet we współczesnej marynareczce to Stanisław August Poniatowski, właśnie wydymany koncertowo przez carycę Katarzynę i jej kamarylę? Komiksowo-wideoklipowa poetyka Jana Klaty oscyluje, zdaje się, na granicy komunikatywności, za którą jest machnięcie ręką: furda rozpoznawalność historycznych wątków, ważne, że widowisko się kręci. Co nie zmienia faktu, że spsiali polityczni obwiesie byli zawsze jedną z najwyrazistszych figur Klatowego teatru, a ten król Staś z wymiętym wyrazem pyska pod koroną jak z szopki, z wpisaną w samą sylwetkę nieuchronną przegraną i to taką przegraną bez podjęcia gry – działa na wyobraźnię, choć sam aktor do zagrania ma niewiele.

Mirosława Żak [zwycięstwo]

Słowo „subiektywny”, wpisywane w nagłówku tego przeglądu od początku jego istnienia, ma pełnić rolę alibi. Podkreślać, że to tylko notatki, uwagi o rolach i aktorach, nie pretendujące do syntez, do sumowania dorobku życiowego poszczególnych artystów, ba, nawet zawartości jednego sezonu ich pracy. Bo przecież zawsze się którejś roli nie doogląda, nie dojedzie, pominie. Co czasem prowadzi do zniekształceń tak drastycznych, jak w tym wypadku, kiedy przed rokiem podliczałem jej robotę w wałbrzyskim Teatrze im. Szaniawskiego, pomijając osiągnięcie niezwykłe – a do tamtego sezonu formalnie należące – czyli Lucyfera w „Na Boga!”. Szarą eminencję świata, upadłego anioła z ledwo widocznym krzyżykiem na skromnym uniformie, ze ściągniętą twarzą w jakiejś nieziemskiej koncentracji, z ciałem napiętym jak cięciwa łuku, ze skondensowaną w mięśniach energią niemal fizycznie promieniującą na widzów, z zapamiętaniem się w niesamowitych, kosmicznych wokalizach na koniec. Niewiele osiągnięć aktorskich tego roku mogłoby tej partii równać. A i następny sezon miała udany, z komediową etiudą w „Znikających szkołach” Pawła Świątka, z własnym, udanym stand-upem…

A także z występem na offie Przeglądu Piosenki Aktorskich, gdzie ni mniej ni więcej osobiście wprowadziła na scenę… niniejszą rubrykę. Wałbrzyskie aktorki wygłupiały się w kabaretowym programie, rozważając, jak osiągnąć sukces w zawodzie; z jej ust padło fundamentalne pytanie, co zrobić, „by Sieradzki wziął do Spisu”. Bardzo się cieszę, że światłe uczestniczki życia scenicznego stawiają to zagadnienie jako przedmiot refleksji; liczę, że będzie on w nadchodzących latach roztrząsany wreszcie także na poziomie akademickim, nie tylko przy piwie w klubie na wrocławskiej starówce. A na razie wszystkim wielkie dzięki za miniony sezon.

Jacek Sieradzki