Zobacz poprzednią edycję »

Subiektywny spis aktorów teatralnych

Edycja dwudziesta


Andrzej Łapicki budował panteon. Działo się to równe dziesięć lat temu, podczas pierwszej i, jak się miało okazać, jedynej edycji Festiwalu Klasyki Europejskiej w Rzeszowie. Powinniśmy gadać o oglądanych przedstawieniach, a on tymczasem i nam, członkom jury, któremu przewodniczył, i publiczności podczas spotkań za każdym razem mówił o zadaniu, które sam sobie wyznaczył. Chciał mianowicie tworzyć listę dziesięciu najwybitniejszych aktorów polskiego teatru. Dziesięciu w całej historii! Kryteria były ostre jak brzytwa. Obejmowały przede wszystkim wynalazczość zawodową, ale też i skuteczność w osiągnięciu oczekiwanego wyrazu, i wyczucie widowni, z którą poszukiwało się kontaktu. I klasę obieranych środków. Łapicki najrozmaitsze aspekty waloryzujące aktorstwo obracał bez końca w swoim chłodno-racjonalno-ironicznym stylu. O nazwiskach nie chciał mówić. Jedno podkreślał, nie bez kąśliwej satysfakcji: spośród współczesnych na miejsce w dziesiątce mógł liczyć może jeden Tadeusz Łomnicki. Może.

Chyba nie opublikował tej listy. Wypatrywałem jej usilnie po festiwalu w jego felietonowych cyklach. Może przeoczyłem, lecz i dziś także nie umiem jej znaleźć.

Być może zresztą gonienie króliczka w postaci niekończących się rozmyślań nad ową złotą dziesiątką było dlań równie ważne, co postawienie (a w tym przypadku niepostawienie) kropki nad "i". Łapicki należał do pokolenia ludzi teatru, dla którego hierarchiczne porządkowanie zawodowego świata miało znaczenie fundamentalne. Żeby funkcjonować należycie w profesji, należało wiedzieć, kto jest dobry. Nie według rankingów cywili: krytyki czy widzów; należało wiedzieć – a przynajmniej wierzyć, że się wie – kto jest dobry naprawdę. W jednym ze swoich najlepszych felietonów opisał zwyczaj przedwojennych zapaśników, zwany "hamburskim szcziotem". Walki zapaśnicze w cyrkach były oczywiście ustawiane i reżyserowane, jak i współczesny wrestling. Ale raz na rok, poza sezonem, zawodnicy zjeżdżali do Hamburga, bez widzów prali się na serio i rozjeżdżali z błogosławioną jasnością, kto ma jakie miejsce w hierarchii swojej, jakby nie było, sztuki.

"Co to ma wspólnego z aktorstwem? – pytał felietonista podpisujący się wtedy pseudonimem Kolega. – Co chwila różne siły – a to recenzenci, a to dyrekcja, a to… mniejsza z tym – usiłują przekonać opinię, że najlepsza w sezonie była Żelazna Maska. Publiczność czyta, częściowo wierzy, natomiast sami zapaśnicy doskonale wiedzą, kto jest kto. I nie trzeba komputera, żeby sprawdzić, że X jest 347 na liście, a Y wygrał trzygwiazdkowy turniej. Środowisko wie doskonale i w tym jest sprawiedliwe. Choć na co dzień istnieje fason, żeby o kolegach mówić źle (zresztą nie od dzisiaj; trzeba było posłuchać, co mówił Węgrzyn o Osterwie, albo Leszczyński o Jaraczu), tak naprawdę wiadomo, kto jest w pierwszej trójce, kto wszedł do dziesiątki, a kto ma miejsce najwyżej w lidze międzywojewódzkiej, choć czytamy o nim przepiękne eseje…"

Ach, jakże nas, obserwatorów, drażniła wtedy ta pewność siebie mistrzów, te zakulisowe hierarchie dostępne ponoć tylko wtajemniczonym. Widzieliśmy przecież, jak wiele w nich – obok niewątpliwej profesjonalnej eksperiencji – trafia się klisz i świadectw rutyny. Jak łatwo petryfikują się oceny, jak zawodnik, którego autorytety lokują na 347 miejscu, beznadziejnie tam tkwi, choć od dawna zasługiwałby na pierwszą pięćdziesiątkę. Nie widzieliśmy za to pewnie – bo żeby to zrozumieć, wypada się trochę zestarzeć – iż w tym labilnym, galaretowato roztrzęsionym zawodzie nawet tego rodzaju wmówione hierarchie były czymś niezbędnym: stelażem, swoistym rusztowaniem, na którym można było przynajmniej z jakim takim skutkiem łapać duchową równowagę. A ci najwięksi, pysznie komunikujący światu arbitralne przydziały miejsc dla kolegów na środowiskowych listach, niejednokrotnie potem, w domu, zdjąwszy maskę mistrza, tonęli w zwątpieniach, załamaniach, histeriach… Tak przytomny obserwator ringu, jak Łapicki, musiał to świetnie rozumieć.

Dziś nikt nie zaproponuje hamburskiego szcziotu, teatralni zapaśnicy i tak by na ustawkę nie przyjechali. Wolą na odległość oceniać konkurentów, każdy z własnego cyrku. Następcy Andrzeja Łapickiego czasami usiłują emfatycznie głosić przekonanie "środowisko doskonale wie, kto jest kto, i w tym jest sprawiedliwe", ale nie są w tym akurat zadaniu aktorskim specjalnie wiarygodni. Świat teatru mocno się, jeśli nie zdemokratyzował, to przynajmniej spluralizował, na co może i nie trzeba narzekać; ścisła hierarchizacja nigdy sztuce nie służy. Aliści wahadło poszło za daleko w drugą stronę. Bo ktoś, kto chciałby dziś budować już nie panteon dziesięciu najlepszych aktorów w historii, ale skromniej: panteonik dziesięciu najlepszych aktorów ostatniej dekady – stanie przed zadaniem nie do wykonania. Jakich narzędzi miałby użyć, jakie kryteria uznać za uniwersalne?

Nie jest problemem to, kto jest najlepszy w ringu, czy to naprawdę, czy na niby. Ważne, żeby wspólnie, przynajmniej z grubsza, wiedzieć, po co się w ogóle lezie w światło reflektorów.

* * *

A niniejszy przegląd, żeby było jasne, nigdy nie aspirował do roli panteonu czy panteoniku. To zawsze był składany przez cały sezon zbiór uwag/notatek o zdarzeniach w świecie aktorskim. O nowych nadziejach, o pięknie toczących się karierach, o odkrywaniu w poszczególnych artystach całkiem nieoczekiwanych możliwości, o wyzwalaniu się czeladników na mistrzów, czasem też o niepokojących meandrach karier. Generalnie o tej niezwykłej, ulotnej robocie twórczej, na której opisy nigdy nie starczało miejsca w teatralnych sprawozdaniach, a która dziś, gdy na krytycznych poletkach wielkości znaczka pocztowego nie ma miejsca na cokolwiek, pozostaje już całkiem niezanotowana. Dalibóg zbyt niesprawiedliwie, nawet jak na te nonszalanckie czasy, w których przyszło nam żyć.

Justyna Bartoszewicz [na fali]

Pewnie to dziś najlepszy klucz: precyzyjne balansowanie po barierze, na której psychologiczne aktorstwo graniczy z przerysowaniem i groteską. Łączenie wyrazistości z wiarygodnością, ekspresji z wyczuciem granicy. Wychodzi jej to świetnie w "Ciałach obcych" Holewińskiej w gdańskim Wybrzeżu, gdzie jej dewotka i żona transseksualisty zdaje się jedną nogą w komplikacjach życia, drugą w kabarecie; śmieszy i porusza. W dorobku sezonu także dramatyczna Maria z okrojonej "Nie Boskiej", znów zbudowana granicznymi środkami, między patosem opery a wyciszeniem obłędu; także ostra dziewczyna z popsutego świata w "Stalkerze". Świetne sylwetki, dobry czas.

Bartłomiej Błaszczyński [nadzieje]

Niewielu rówieśnikom trafia się taki zestaw w debiutanckim sezonie: Laertes w "Hamlecie", Trieplew w "Mewie". Przy czym Trieplew karkołomny: u Gietzky’ego w katowickim Śląskim ma to być jadowita parodia reżyserskiego przemądrzalca, z namaszczeniem cytującego Hegle, Artaudy i Lehmany. A aktor musi ten prześmiewczy obrazek zgrać z jaką taką obroną wrażliwości rówieśnika, bez tego w ogóle nie byłoby warto zwracać na niego uwagi. Walczy konsekwentnie, celnie karykaturuje, ani przez chwilę nie obniża tonu. Ale na to finałowe spotkanie z Niną, które winno być emocjonalną przeciwwagą, trochę braknie mu siły. Warto patrzeć, co z nim będzie dalej.

Mariusz Bonaszewski [mistrzostwo]

Jeśli za istotę diabelstwa w teatrze uznać przewrotność, to ma już tytuł dożywotniego Księcia Piekieł. Nikt jak on nie tańczy po wszystkich szatańskich rejestrach, od jowialnych pogwarek po słowne sztylety, od czarciego uwodzicielstwa po chichot morderczej pogardy. To przewrotki trudniejsze od salta w tył ze stołu, którego odmówił Jarockiemu w "Sprawie", a i tak jego Lucyfer wypełnia sobą niemal całą przestrzeń rebusu o Samuelu Zborowskim w Narodowym. Jest tam adwokatem idealnym; w pasjach kauzyperdy spala się niemal fizycznie – jak chciał Słowacki. Coś z przenikliwości cynicznego diabła przeniknęło do "Getsemani" Davida Hare’a w Teatrze Telewizji i rozjarzyło nieoczekiwanymi barwami sucho polityczny wykład Anglika. Ale drugą rolę na małym ekranie w panaWildsteinowej "Dolinie nicości" mógł sobie darować.

Łukasz Bugowski [na fali]

Nigdzie nie potrafią tak się bawić pomysłowo, zaraźliwie, jak w teatrze lalek. W najlepszych przedstawieniach, rzecz jasna – i w najlepszych budach; opolski Teatr im. Smolki do nich należy. W "Psiakości", parafrazie musicalu lat pięćdziesiątych (plus "Muppet Show") autorstwa Marty Guśniowskiej (tekst) i Marcina Mirowskiego (muzyka) jest kolejno omdlewającym zaskrońcem dziwakiem jakby wprost z bandy Kermita, kogutem prężącym grzebień w czymś w rodzaju arii Figara i pudlem chippendalsem prosto od psiego fryzjera. Trzy arcydziełka wynalazczości aktorskiej, humoru i przebojowości, bez grama tandety. A potrafi też serio: pamięta się jego świdrująco bezczelne spojrzenie we "Wnyku" Roberta Jarosza, najlepszym spektaklu sezonu o problemach dzisiejszych młodych. Nie życzę mu odchodzenia z lalek do żywego planu, ale dziwiłbym się dramatycznym, gdyby go nie próbowali kaperować.

Grażyna Bułka [zwycięstwo]

Zapamiętana z katowickiego Cholonka aktorka na co dzień gra w Bielsku, najczęściej role charakterystyczne, jak poczciwa Ślązaczka w "Miłości w Königshütte" Villqista, bądź farsowe, jak w – nazbyt tu przeszarżowanym – "Bogu mordu" Rezy. Innego aktorstwa spróbowała gościnnie na scenie katowickiego Śląskiego. W "Jakobim i Leidentalu" Levina pod batutą młodej Joanny Zdrady, gra formalnie, apsychologicznie, niczym wielka i nieszczęśliwa mechaniczna lalka; jest w tym clownada podjeżdżająca gdzieś pod Beckettowskie tony. Nie ma nic bardziej odświeżającego w tej profesji, jak nagła i diametralna zmiana środków. Choć na chwilę.

Ewa Dałkowska [mistrzostwo]

Miałem jej za złe w zeszłym roku rolę w "Końcu", której infantylny ton nie wiedzieć czemu brano za szczyty wyrafinowania – tym niżej muszę się ukłonić za dwie tegoroczne kreacje: w "Opowieściach afrykańskich według Szekspira" u Warlikowskiego w warszawskim Nowym i w "Hopla, żyjemy!" u Krystyny Meissner we wrocławskim Współczesnym. Obie role są rozbierane. I w obu nie ma niczego z epatowania niemłodym ciałem – jest pewien rodzaj harmonii w mówieniu, w spojrzeniu, w pozie. Jakiś rodzaj spokoju pogodzonej z sobą kobiety, spokoju, który emanuje przez rampę i ma siłę nieomal hipnotyczną. W czasach, w których nagość tak często jest dewaluowana jako źle, za łatwo, za tanio użyty znak – dojrzałość i jej, i obu obrazów niesie ulgę.

Elżbieta Donimirska [zwycięstwo]

Gdy na scenie dzieje się bardzo dużo, a może nawet dużo za dużo, aktor skupiony na swoim, skoncentrowany, wygrywa: to na niego chce się patrzeć. Jak w "Trash story" w reżyserii Marcina Libera w zielonogórskim Lubuskim. W biegunce działań, pośród tarzania się w błocie i ekstatycznego łupania Rewolucyjnej na wraku fortepianu, ona, tragiczna matka nie przyjmująca do wiadomości śmierci syna, zajmuje się czymś demonstracyjnie nieistotnym, jakimś tam oprawianiem mięsa na grill. Ale to jej aktorska koncentracja, jej moc skupienia jest soczewką, która ściąga światło, niezależnie od tego, który reflektor kazano zapalić elektrykowi.

Krzysztof Dracz [mistrzostwo]

Gdy ciska oskarżenia nowego Szeli, chłopa z chłopów przeciw dzisiejszym panom, albo i łże panom, jego twarz ze zmrużonymi oczami i zaciśniętymi ustami ściąga się w zaciśniętą pięść. Cały staje się sprężoną złością, nabojem pod ciśnieniem. Ale w spektaklu Strzępki i Demirskiego "W imię Jakuba S." (Warszawa, Dramatyczny) tytułowy bohater to nie tylko mściciel z plakatu, ale i upierdliwy maruda cham sprzed telewizora. Fascynujące, jak kompresuje przeciwieństwa, by mu się zmieściły do obrazka, jak w tej samej chwili przyciąga i odpycha, daje postaci morderczą siłę i kompromituje ją jednocześnie. Dlaczego ostatnimi sezonami tak mało grał – a jeśli już, to bzdurki takie, jak infantylne "Muranoo"?

Mariusz Drężek [zwycięstwo]

Wziąć rolę po Wilhelmim i podołać, to już jest coś. Jego kelner Fornalski z "Zaklętych rewirów" jest zbudowany na chamstwie podszytym histerią i wewnętrznym strachem, to brutal i sadysta świadomy, że gdy przestanie rządzić – zginie. Bardzo subtelnie pokazane jest tu swoiste napędzanie się do skurwysyństwa, plus mgnieniowe iskry lęku w oczach, natychmiast gaszone, i jeszcze niejasna i ciekawa miękkość pod twardoskórą powłoką… Świetna rola w dobrym, skromnym widowisku Adama Sajnuka z Konsekwentnego, nieoczekiwanie ratującym afisz Studia w jego roku żenujących klęsk.

Krzesisława Dubielówna [mistrzostwo]

W dramatycznie rozsypanej "Poczekalni 0" Krystiana Lupy we wrocławskim Polskim słucha się jej jednej: kruchej i mocarnej jednocześnie. Niewyszukany, życiowy monolog o niepełnosprawnym wychowanku, zostawionym w domu i wariującym z braku opieki, brzmi w jej ustach krystalicznie prosto i czysto, jak franciszkański komunikat o wartościach najprostszych. Byłby to dowód, że wspaniała aktorka może nawet z nader skąpego tworzywa budować rolę, samym tokiem potocznej mowy przyciągać uwagę. Ale z pełnej nicości nie da się wykreować niczego, o czym smutny przypadek "Hansa, Dory i Wilka" Michała Borczucha świadczy nadto wyraziście.

Łukasz Dziedzic [na fali]

Wszystkim, którzy obejrzawszy Javerta w warszawskich "Les Misérables" z Romy mówili: głosisko jak dzwon, ale aktorstwo z drewna, wypada podpowiedzieć wyprawę do Muzycznego w Gdyni, by w "Shreku", musicalowej przeróbce kreskówki, zobaczyli go jako Lorda Farquaada. Z clownowsko wymalowanymi policzkami, zredukowany do karlej wysokości, podskakuje, uwodzi, konno jeździ, wygłupia się na potęgę, a poważny baryton w niepoważnej posturze staje się elementem groteski, nie tracąc barwy ani powabu. Przełamać dobrej klasy komikowaniem nadmiar pustej powagi – iluż panom i paniom polskiej sceny chciałoby się tę kurację zaaplikować natychmiast.

Zuzanna Fijewska‑Malesza [zwycięstwo]

Można jej w pierwszej chwili nie zauważyć pod ścianą warszawskiej Sceny Przodownik, w grzecznej bluzce, z zaczesanymi włosami. Nie wcieli się w "Alę z elementarza", czyli Alinę Margolis‑Edelman, powoli wejdzie w jej wspomnienia o upiornościach warszawskiego getta. Wejdzie z ledwo wyczuwalnym, narastającym oporem, jakby coś się w niej, głęboko, buntowało przeciw samej konieczności mówienia. I to już będzie cała dramaturgia – bez krzyku, ekspresji, rozpaczy. Czysty kontrast między relacją z dna piekła a delikatną dziewczyną o srebrzystym głosie, nieznacznie twardniejącym w nieludzkich momentach, zawładnie widzem bez reszty, nie pozwoli mu kaszlnąć ani mrugnąć. Świetny koncept (reżyserowała Agnieszka Glińska) i fenomenalna perfekcja grania; każdy emocjonalny nadmiar rujnowałby wszystko.

Janusz Gajos [mistrzostwo]

Jako Popoch z Levinowskiej "Udręki życia" u Jana Englerta nie może spać, bo nie pozwala mu odraza do siebie, własnej brzydoty, małości, nieforemnego ciała, niezrealizowanego życia. Nie uwodzi widza, jak mu się niejednokrotnie – i cudownie – zdarzało, raczej ciągnie w koszmar bezsennych nocy, jakich w pewnym wieku doświadczył pewnie każdy. Cichym głosem nuci trudne kantyleny Stanisława Radwana, niby gorzko drwiący płacz nad sobą samym. To jedna z jego najlepszych ról w Narodowym, niedoceniona, zapewne niemieszcząca się w żadnym z typów kokieterii władających dziś scenami, od komercji po awangardę. W pewnej chwili umiera, potem wraca z zaświatów, elegancki i śliczny. Ale co z tego, skoro martwy? Jakoś tak się uśmiecha, że nie mamy wątpliwości: wie, ile co było warte. My też powinniśmy.

Wiktoria Gorodeckaja [na fali]

Strasznie ją nosi: do Ateneum na gościnny występ w Levinie, do muzycznego spektaklu Andrzeja Strzeleckiego, do Studia Koło na groteskę w przypomnianych Oberiutach. Ale czy można się dziwić, skoro włożyli jej w "Aktorze" taką perukę, że nikt jej nie rozpoznaje, tylko każdy leci do knajpy Antrakt sprawdzić, czy to przypadkiem nie autentyczną białowłosą kelnerkę wpuszczono zamiast niej na scenę?! Spokojnie, żartuję. Rólka w spektaklu Zadary nie do peruki się oczywiście sprowadza, a w Narodowym była jeszcze ekspresyjna Kasandra u Kleczewskiej w "Orestei". Niemniej ścieżka, którą biegnie – kiedy po olśniewającym debiucie goni się role, które do tej pierwszej wciąż nie dostają – jest i będzie "stałym fragmentem gry" aktorskiego życia. Z jej talentem dobiegnie, gdzie trzeba, może być spokojna.

Michał Grudziński [mistrzostwo]

Ładnym gestem Piotra Kruszczyńskiego, po objęciu dyrekcji Nowego, było wystawienie "Peep show" na cześć ulubieńca tej sceny. Nawet podtytuł został sztuce Taboriego dopisany: "benefis aktora". Bo też ciąg scenek zza kulis teatru, nieco może nadmiernie chaotyczny, służy tak naprawdę aktora owego autospowiedziom. A także jego niepowtarzalnemu timbre’owi głosu, w którym dźwięczy wieczna drwina albo ból, jedno od drugiego niedalekie. Jego fenomenalnemu talentowi komicznemu, polegającemu zawsze na opóźnieniu reakcji, wyczekaniu pauzy, bezbłędnym podaniu pointy. Ten autoportret komedianta, wspierany czułym partnerowaniem poznańskiego zespołu, wypada nie nazbyt słodko, chwilami lirycznie, jakoś po Chaplinowsku. Sto lat!

Konrad Imiela [zwycięstwo]

Szatan w musicalu Jerry Springer, The opera wyreżyserowanym we wrocławskim Capitolu przez Jana Klatę, bije na łeb cały ansambl. Bo wszystkie postacie są tu albo z dna telewizyjnej tandety (owszem, celnie parodiowanej), albo niestety z papieru (jak bohater tytułowy) – a tylko ten pomagier, co się okazuje Belzebubem, łączy plastikowy lukier showmana z utajoną mocą bossa marnego ziemskiego interesu. A do tego potrafi stepować, elegancko pląsać w baletowej zbiorówce, zaś mało uprzejme "pierdol się" wobec gościa z Nieba wkłada w tak kaskadowe melizmaty, że Claudio Monteverdi klasnąłby z uznaniem w swoim, pewnie dalekim od Springerowskiego piekła, miejscu pobytu.

Marcin Januszkiewicz [nadzieje]

Wyśpiewał drugą nagrodę XXXIII Przeglądu Piosenki Aktorskiej między innymi własnym songiem napisanym do… Dziadów ("Człowieku, gdybyś wiedział…"), sympatycznym, choć naiwnym – i niezawodną Osiecką. W marnym czasie dla aktorskiego śpiewania niewątpliwie się wyróżniał: ma świetny, mocny, dobrze opanowany głos, obycie sceniczne. Ale w teatrze, w klasycznych rolach (Zbyszko w "Moralności pani Dulskiej", Laertes w "Hamlecie") nie wyszedł na razie poza cokolwiek szkolną poprawność. Co może być problemem na przyszłość, bo w ansamblu warszawskiego Współczesnego szanse na zaistnienie zawsze wydzielane były nader skąpo.

Anna Kadulska [zwycięstwo]

Na początku czwartego aktu "Mewy" w estradowej sukni i platynowej peruce Marilyn Monroe śpiewa z playbacku widowiskowy song, co jest oczywistą parodią zabiegów Warlikowskiego czy Kleczewskiej, ale i robi wrażenie – vide głosy recenzentów – całkiem wprost, jako liryczna scena. Godna braw ta ambiwalencja roli: niby zbudowanej z zapożyczeń i drwin, ale nasyconej żarliwością, ekspresją, wielością użytych środków, także imponującym poświęceniem (ekstatyczny taniec w strugach wody). Widz dostał mocną pigułę teatru, niech sam kombinuje, z czego ma się śmiać, a co wielbić. Wyrafinowania nieco brakuje Gertrudzie z "Hamleta" (także Teatr Śląski), gdzie czysto fizycznych działań też jest co niemiara, aliści składają się tak naprawdę jedynie na wyraz dość monotonnego przerażenia.

Michał Kaleta [na fali]

Gdzie się podział duży, witalny facet z gęstą czarną brodą, tubalnym głosem anektujący nie raz całą scenę poznańskiego Polskiego? Z sezonu na sezon chudnie tak, że mógłby bez charakteryzatorskich zabiegów kręcić reklamy "suplementów diety", twarz, kiedyś duża kropka, zmienia mu się w przecinek, rysy się wyostrzają, wydłużają. I jakby wpadł, nie tak znowu tuż po debiucie, w emploi zbuntowanych młodzieńców: i Hamlet Pawła Szkotaka, i Brick z "Kotki na rozpalonym blaszanym dachu" u Kuby Kowalskiego robione są z dość podobnych klocków. Robione dobrze, na brak siły scenicznej nigdy nie narzekał, ale stylistyczny płodozmian byłby pożądany, przynajmniej z naszej strony rampy patrząc.

Marek Kałużyński [pytania]

Widzę go nieoczekiwanie w obsadach krakowskiej Bagateli, i to nie tylko w świetnym, na poły surrealistycznym "Barbelo", reżyserowanym przez Małgorzatę Bogajewską, ale i na afiszu klasycznych fars. Zatęsknił? Od zawszę próbuję przekonywać w tych notatkach, że nie ma lepszego środka higieny aktorskiego zawodu niż gatunkowy płodozmian. I pewnie nie tylko gatunkowy. Oglądając go na scenie łódzkiego Teatru im. Jaracza, choćby w tytułowej roli "Ryszarda III" ze spektaklu Grzegorza Wiśniewskiego, roli nagradzanej i chwalonej – zasłużenie – nie mogę pozbyć się dręczącego déjà vu: już go przecież dokładnie takiego na tej scenie widziałem.

Joanna Kasperek [na fali]

Dawna gwiazda Tomaszukowego Wierszalina objęła dziś, mówiąc językiem dziewiętnastowiecznym, emploi "komicznych matek" w kieleckim Teatrze im. Żeromskiego. Emploi rozciągliwe, skoro obejmujące także królowe, traktowane przez reżyserów formalnie i zewnętrznie (Gertruda w "Hamlecie" u Rychcika, Izabela Kastylijska w "Joannie Szalonej" u Rubina). Umiała do wszystkich tych matron, także do Matki w "Białym małżeństwie" u Weroniki Szczawińskiej dobrać za każdym razem inne, zmienne hafty, odmiennie sfastrygować sylwetkę, ale trochę jej żal do czysto warsztatowych igraszek. Zaś rola dla niej: skromnej kobiety odżywającej przy wspominaniu ABBY, czyli tak naprawdę własnej młodości, wyszła połowicznie, bo autor sztuki, Tomasz Man, kompletnie nie dał sobie rady z reżyserią. Mamma mia!

Elżbieta Kępińska [mistrzostwo]

"Poślizgłam się" – mówi z przepraszającym uśmiechem, z jakimś ufnie dziecięcym zadziwieniem. I to jest już wszystko – na pożegnanie. Odtąd po scenie będzie kręciła się w nocnym gieźle, tym, w którym się poślizgła, bo w świecie Nieskończonej historii opisanej przez Artura Pałygę i wystawionej w warszawskim Powszechnym przez Piotra Cieplaka, śmierć, owszem, komplikuje codzienność, ale nie żeby miała być znowu wszechmocna. W zbiorowym, teatralnym hymnie na cześć życia ma pięknie zharmonizowaną partię; jej Przejście jest maksymalnie odpatetycznione, odteatralizowane, rozpuszczone w jakiejś promiennej naiwności niepomieszanej z żadnym brudem. To sceniczna maestria: trafić rysunkiem postaci w tak misterny cel.

Andrzej Kłak [na fali]

Żartowałem przed dwoma laty z Agnieszki Kwietniewskiej, że gra w Wałbrzychu dziwne rzeczy, ale przynajmniej nie Łyska z pokładu Idy, jak on. Jego portfolio poszerzyło się tymczasem o mężczyznę w ciąży, według brylantowego określenia Łukasza Drewniaka "szarżującego jak pijana żyrafa" (chorzowskie "Położnice szpitala św. Zofii"), a w Wałbrzychu o Santera, złego rewolwerowca z Dzikiego Zachodu (który tak naprawdę jest szefem programu integracyjnego w wystawiającym "Winnetou", polskim ośrodku dla imigrantów), tudzież o Kalego, ofiarę kolonizacyjnych zapędów naszego Stasia od Nel. Ma bezcenną u aktora charakterystycznego zdolność przyciągania uwagi i błyskawicznego, sprawnego szkicowania postaci. Jeśli czymś może nie powinien grać, to prywatnymi (prawdziwymi lub nie) badaniami onkologicznymi w widowisku "O dobru" Strzępki i Demirskiego. Ani to smaczne, ani czemuś służące.

Waldemar Kownacki [zwycięstwo]

Świetny sezon. Najpierw ważna, wytrzymana w stylu, w napięciu, trudna bo statyczna rola Samuela w "Sprawie" Jerzego Jarockiego. A potem w "Aktorze", też w Narodowym, finezyjna i filuterna kreacja Faustyna Bizońskiego, podupadłego szlachcica prowadzącego hotelowy interes. Michał Zadara dokonał niemożliwego: na dzisiejszej scenie aktorzy Norwidem rozmawiają, Norwidem żartują, Norwidem charakteryzują rzeczywistość, a pośród przykładów rewitalizacji czwartego wieszcza właśnie jego docinki, uwagi, pozy i antypozy błyszczą jak najbłyskotliwsza współczesna konwersacja. Uwierzyłby kto? Teraz tylko pójść za ciosem, a nie – o co nasz teatr podejrzewam – czym prędzej zapomnieć, że tak się da i że to się może podobać widowni.

Agata Kulesza [zwycięstwo]

Czy bez roli w "Róży" dostałaby angaż do Ateneum i z miejsca dużą rolę – diabli wiedzą. Natomiast głód grania, po chudziutkich latach w Dramatycznym i jednej, nader sympatycznej ale całkowicie błahej postaci w Polonii w "Kantacie na cztery skrzydła" – ten głód w "Merylin Mongoł" rolą drapieżną, dojrzałą, odważną w odrzucaniu pokus łatwego sentymentalizmu, do czego Koladowe melodramaty ciągną. Dobrze też zgrali się z Bogusławem Lindą oferującym reżyserię bardzo "aktorską", dbałą o potrzeby kolegów i koleżanek. W teatrach środka zawsze to był klucz do sukcesu, dziś trochę zardzewiały, ale można go skutecznie odskrobać – jak widać.

Agnieszka Kwietniewska [pytania]

Omotana żółtą taśmą z napisem "caution", swoją namiętnością, zaborczością, rozerotyzowaniem nadaje pęd całej, dygresyjnej i chaotycznej "Joannie szalonej; królowej" Rubina w Kielcach, gdzie wróciła (kiedyś tu grała) gościnnie. To rola dynamit, od której dygoce cały gmach Teatru im Żeromskiego. Nieczęsto ma dziś takie okazje do scenicznych eksplozji u siebie w Wałbrzychu. W "A, nie z zielonego wzgórza" Katarzyny Raduszyńskiej, gdzieś ze środka ansamblu szuka kontaktu z widownią – jak zawsze zadziornie, dynamicznie, ale trochę ponad poczciwą opowieścią. W roli alegorii Europy z "W pustyni i w puszczy" dość szybko idzie spać w dole wykopanym na środku sceny; Amy Winehouse w "O dobru" to też żadne zadanie rozsadzające mury, a takie wcześniej u Strzępki i Demirskiego bywały. Ciasno?

Magdalena Łaska [nadzieje]

Może być chodzącym i powabnym dowodem na to, że wbrew sceptykom da się łączyć serialową popularność z porządną robotą. Rólkę panny Maryni w cieszącym się wielkim wzięciem bydgoskim "Klubie kawalerów" można jeszcze potraktować jak żart z wdzięków amantki, ale już kwintesencja współczesnego konsumpcjonizmu – żona Antypolaka z "Popiełuszki" Małgorzaty Sikorskiej Miszczuk w tymże Polskim ma niezłą siłę dramatycznego koncentratu. A we "Wszystkich świętych" Wojciecha Farugi i Jarosława Jakubowskiego dla podmalowania patologicznego portretu nie boi się ani pobrzydzenia, ani groteski, ani tego, co ponoć jest główną zmorą telewizyjnych pięknisiów: "że nie będą mnie lubić". Proszę więc nie wmawiać, że między serialem i ambicjami musi być albo albo; wystarczy wiedzieć, czego się chce.

Grzegorz Małecki [mistrzostwo]

Najpierw jest odrażający, cedzi spółgłoski, jakby odwalał ćwiczenia z dykcji, nie sposób mu współczuć. Potem obnosi abominacyjną maskę uwodziciela nieletnich idiotek. A potem pruje mu się to wszystko, co było tylko serią zasłon, a pod spodem jest poraniona psyche z nerwami drgającymi od bólu. Rozdygotane mięso obnażonej duszy, pewnie i niepięknej, ale zmaltretowanej ponad wytrzymałość. Fantastycznie wyliczył sobie tę sekwencję kolejnych odsłon, wkłada w nie takie emocje, że trzeba się bać, czy wytrzyma do finału. Wszystko na malutkiej scence Narodowego, "W mrocznym mrocznym domu" LaBute’a, reżyserowała Grażyna Kania. Zaś w zrobionych przez Macieja Stuhra fragmentach Kabaretu Starszych Panów (komercyjne widowisko zamówione przez bank; daj im Boże zawsze dywidendę tej klasy) bezbłędnie wszedł we wzorzec najwspanialszej elegancji świata, wykreowany przez Jerzego Wasowskiego. Rozpiętość, że klękajcie narody.

Wolfgang Michael [pytania]

Jego twarz ma wyrzeźbioną w każdej zmarszczce udrękę niemogącego umrzeć tytułowego "Nosferatu". Ale gdy otwiera usta, duka coś mechanicznie wyuczoną polszczyzną, a reżyser najwyraźniej nie postawił pytania, jakiej treści, jakiemu sensowi to wykręcanie języka ma służyć. Polscy komparsi mówią poprawnie, ale w ich płyciej rytych zmarszczkach rysuje się głównie wątpliwość, "co my tu właściwie gramy". W efekcie pozostają dodatkiem hologramowych tricków i transowej muzyki. Nie wyszedł ani Grzegorzowi Jarzynie, ani Narodowemu i TR-owi cały ten taniec wampirów.

Janusz Michałowski [mistrzostwo]

Duch Ojca Hamleta u Macieja Englerta we Współczesnym nie jest ani wojownikiem, ani podżegaczem do krwawych czynów. Jest starcem w płóciennej koszuli, bosym. Może wspomnieniem projekcją syna? Jego cicha mowa robi wrażenie – także ścisłą bezkontaktowością ze światem; w tym sensie to naprawdę duch. Jest w tej białej sylwetce tkliwość i spokój, powściągliwość gestu i uroda słów. Ale nie ma napędu, energii, która pcha do czynu i niejako uruchamia dalszą fabułę. Czy interpretator chciał, by całe działanie szło z wnętrza młodego Hamleta i do tego moderował astralnego wichrzyciela, czy przeciwnie, mając aktora o takich akurat środkach wyrazu, do niego przykrawał reżyserską koncepcję? To są pobudki, które rzadko poznaje druga strona rampy, a często przesądzają o wszystkim.

Rozalia Mierzicka [nadzieje]

Cienka jak patyczek i płomiennie ruda "jak lisia skórka latem" (pamiętacie Państwo taką piosenkę?) dostała w wałbrzyskim Dramatycznym serię ról, jak na miarę wyszytych. Anię z Zielonego Wzgórza w wyjętej z ram ramoty inscenizacji Katarzyny Raduszyńskiej, najbardziej rewolucyjną cząstkę podzielonej na trzy duszy Aleksandry Piłsudskiej u Marcina Libera, a nawet postać biednego dziecka upokarzanego w szkole przez bogatszych rówieśników w widowisku "O dobru" Strzępki i Demirskiego. Wszystkie role leżały jej jak dopasowana rękawiczka; ważniejsze, że do każdej sumiennie szukała innych środków wyrazu. Dobrą ma (miał: odchodzi do Starego) rękę Sebastian Majewski w konstruowaniu ansamblu; ten, który zostawi w Wałbrzychu będzie mocniejszy niż zespoły dużo bardziej pyszniące się renomą firmy.

Szymon Mysłakowski [na fali]

Od lat jest liderem kaliskiego Teatru im. Bogusławskiego. Widziałem go w cienko, subtelnie granej roli Jima, niedoszłego narzeczonego w "Szklanej menażerii" u Jacka Jabrzyka, a i w odważnej genderowej interpretacji "Gwałtu co się dzieje" u Macieja Podstawnego. Trzeba sporej dojrzałości – pewnie wspartej talentem, ale i doświadczeniem obfitego grania – by ani nie suflować zbyt grubo tego powodu ucieczki od dziewczyny, którego Tennessee Williams nie opisał zbyt dosłownie, ani w płciowej zabawie Fredrą nie przekroczyć granicy, za którą groziłaby obleśność. Szkoda że nie odniósł sukcesu w zeszłym roku efektowną chaplinadą w Konkursie Piosenki Aktorskiej, bo tegoroczny występ na Przeglądzie nie wypadł najlepiej.

Robert Ninkiewicz [zwycięstwo]

Przez lata w Białymstoku był specjalistą od tępych młotów w farsach, potem na parę sezonów zniknął ze sceny, skonfliktowany z dyrekcją; wyglądało, że na dobre. A tu w gdańskim Wybrzeżu wychynął spod ziemi jak nowo narodzony: odmłodniały o dwadzieścia lat i dużo kilogramów, sprawny, pomysłowy, gotów do wszelkich zadań, znakomicie wchodzący w serię wymiennych, kilkoma kreskami szkicowanych ról w ansamblowych przedstawieniach jak "Ciała obce" czy "Sprawa operacyjnego rozpoznania". Cudowne są takie rewitalizacje, świadectwo, że ten zawód nie jest tylko ślepą niszczarką talentów, jak wielu boleśnie doświadczonych chciałoby sądzić.

Sławomir Orzechowski[pytania]

Do jego roboty nad Poloniuszem w "Hamlecie" Englerta niepodobna zgłaszać zastrzeżeń. Poza tym jednym, że składa się z czystej konwencji. I z niczego więcej! Jego bohater jest zabawnym dworakiem, pełnym kwiecistych paradoksów w gębie, gorliwym, usłużnym i marniawym. Nie ma się co przejmować, nawet gdy Hamlet go zaszlachtuje. Można tak? Oczywiście, że można, zwłaszcza gdy rola perfekcyjna. A jednak przywykliśmy już, że wypada przynajmniej próbować zajrzeć pod maskę, poszukać komplikacji, przełamania sztamp, ludzkich oczu pod błazeństwem etc. Może nie do przesady: nie wiem, co Luk Perceval w "Hamlecie" (skądinąd zachwycającym) w Hamburgu, chciał osiągnąć, robiąc z Poloniusza kobietę na inwalidzkim wózku. Ale w warszawskim Współczesnym mamy drugi biegun: o komediowym usłużnisiu wiemy wszystko – i jest to dużo za mało.

Jan Peszek [mistrzostwo]

Za wygłupy w peruce Bruce’a Lee w Łaźni Nowej niech go Pan Bóg kocha, a my kochajmy go raczej za to, że jest dziś spadkobiercą wszystkiego najlepszego, co niosła złota tradycja Starego Teatru: bezbłędnej techniki, rzetelności wykonawczej, otwartości i chłonności na nowe. I może poczucia humoru dobrej klasy, ujawniającego się w niby poważnych, a kipiących kpiną interwencjach Wojskiego w "Panu Tadeuszu" Mikołaja Grabowskiego. Prześmiewcze iskierki skaczą mu po oczach także w "Anatomii Tytusa" którą w Starym przysposobił Wojtek Klemm – ale tu spiżowy wzrok i jedenastozgłoskowa retoryka rzymskiego wodza znakomicie kontrastuje z ideologicznym bałaganikiem uwielbianego przez nowy, lewy teatr Heinera Müllera.

Magdalena Popławska [na fali]

Krzysztof Warlikowski przywiązuje się do sposobu widzenia aktora – więc może mówić o szczęściu, że nie zapamiętał jej w postaci androgynicznego kudłacza, jakiego grała w "Końcu". Jej Desdemona z "Afrykańskich opowieści według Szekspira" zostaje upokorzona do dna, zepchnięta do roli suki przez zespolone kompleksy czarnucha, parweniusza i koguta nieznoszącego dogryzań kolegów – ale przynajmniej ma na obronę monolog napisany przez Wajdiego Mouawada i imponujący ekstatyczny taniec: coś więcej, niż ruch, cielesną odpowiedź na machistowskie uzurpacje. Jakoś emocjonalnie skuteczną, choć zapłaconą życiem. Miejmy nadzieję, że w następnych produkcjach zdąży coś równie ekscytującego zagrać – zanim pan i władca teatru nie zrobi z niej awatara, do czego zdaje się podświadomie zmierzać.

Agnieszka Przepiórska [na fali]

Piotr Ratajczak włóczy się za reżyserskim chlebem od Bielska Białej po Koszalin i od Szczecina po Warszawę – i w prawie wszystkich obsadach zostawia ją na straży. Ileż ona się najeździ; powinna mieć preferencyjną zniżkę od kolei. Z rozrzuconych ról wyłania się ciekawy, wielotwarzowy portret kobiety, mniej lub bardziej stanowczo emancypującej się spod słodkiego ciężarka patriarchatu. Najlepiej to widać w monodramie Piotra Rowickiego "…i będą święta" (warszawski Konsekwentny): mąż ginie w katastrofie, ona podąża przez łany bólu, broni jego pamięci w publicznym maglu, ulega autodestrukcyjnym histeriom, by na koniec wkroczyć do jego domowego sanktuarium, obejrzeć dziesiątki zdjęć wokół biurka, odkryć, że na żadnym jej nie ma... Mocny dramat kogoś, kto w cierpieniu odnajduje siebie, coś dużo głębszego niż tylko publicystyka posmoleńska, klarownie, przekonująco wyłożony na scenie.

Paulina Puślednik [nadzieje]

"Zosia, Zosia, Zosia, Zosia, Zosia, Zosia" – każdy, kto widział "Pana Tadeusza" Grabowskiego, pamięta tę rozkoszną etiudę z rzuceniem się fraucymeru na młódkę i mozolnym ugniataniem z niej światowej panny. Nie gra Zosi, jest z boku, uruchamia babskie zabiegi przedziwną głosową etiudą, w którym obracane na wszystkie strony dwusylabowe żeńskie imię błyszczy urodą, nasyca namiętnością, podnieca panów, mobilizuje panie – wszystko tylko w rytmie i cielesnych wygibasach. Jak Stary Starym czegoś takiego nikt tu nie wymyślił. A i w tradycyjnych rolach błyszczy – choćby jako Lawinia u Klemma w "Anatomii Tytusa", ile trzeba nowocześnie zdystansowana, ile trzeba emocjonalna. Będzie z niej pociecha w JanaKlatowym przybytku.

Lidia Sadowa [nadzieje]

Wolę ją zapamiętać z ognistych szarż z brawurowego "Wieczoru Trzech Króli", nawet z bardzo naiwnego, choć poczciwego w intencjach, dosłownego grania w "Czasie kobiet" białoruskich autorów na scenie Polskiego, niż z koturnowego "Zwiastowania" Claudela – choć przecież należy się ukłon za wytrzymanie blisko czterogodzinnej celebry, za lojalność wobec estońskiego reżysera, za niewzruszoną powagę. To świetna robota – ale tak czy tak nie do wytrzymania. Na niezłomną poetycką szlachetność, nawet tak odsączoną z efekciarstwa, nie znajdzie się miejsce w naszych dzisiejszych łbach skalanych paskudztwem świata. Ale imponujące, że ktoś próbuje i tyle przy tym, przy krótkim stażu, umie.

Paweł Sanakiewicz [zwycięstwo]

Ciotę grać. To łatwe? Niekoniecznie. Parę lat temu, jeszcze w Teatrze im. Żeromskiego w Kielcach widziałem jego Gonzala z "Trans-Atlantyku", wyginał wtedy zwalistą sylwetkę niemal baletowo, był tylko znakiem geja, męskim kokietem, bawiącym się trochę samym sobą, trochę publicznością. W krakowskim Nowym, pod batutą zresztą tego samego Piotra Siekluckiego, gra postać z "Lubiewa", nieporównanie grubiej, dosadniej. Ktoś by zarzucił, że tandetniej, bo robienie pedała to kabaretowy samograj. Ale wystarczy porównać choreografię ruchów, dosadność makijażu, sposób pointowania kwestii, by rozumieć, że to wszystko celowe, planowane; po prostu czego innego żąda Michał Witkowski, czego innego Witold Gombrowicz. A aktor realizuje obstalunek, wymierza go precyzyjnie. Na tym polega fach, nieprawdaż?

Anna Sroka [zwycięstwo]

Znikła z dużych scen, zapewne nie mogąc wcisnąć się do żadnego z warszawskich zespołów. I tylko nieliczni widzowie, co, zwiedziawszy się pantoflową pocztą, oblegają scenę kameralną na zapleczu Romy i walczą o bilety na "Tuwima" Satanowskiego, wiedzą, że wykonywane tam przez nią "Ptasie radio" jest arcydziełem gotowym stanąć w szranki ze sławną przed laty interpretacją Ireny Kwiatkowskiej. Cóż to za nieprawdopodobne trele, jodłowania, wielooktawowe skoki, glissanda, ekwilibrystyka głosowa. Nie ma konkurencji na dzisiejszej scenie. Miłośnicy wypatrzą ją jeszcze w spektaklu "Starucha" Igora Gorzkowskiego w Studio Teatralnym Koło, gdzie jej naturalna predylekcja do absurdu i technicznie groteski świetnie do Oberiutów pasuje. Ale to wszystko mało; rozrzutny nasz teatr, gdy idzie o talenty.

Anna Stela [nadzieje]

W brawurowym montażu "Sprawy Dantona" i biografii jej autorki, przygotowanym przez offowy Teatr Malabar Hotel, gra właśnie Stanisławę Przybyszewską mocno i mądrze, z męską determinacją, która zdaje się, zaraz wykipi z drobnego, kruchego ciała. Przywódczy temperament wyłamuje się z ram ansamblowego przedstawienia i najbezczelniej żąda dla siebie miejsca – zgodnie, owszem z rolą, ale trudno nie zauważyć, że to chyba coś więcej niż przydzielona postać. Ma świetny głos i dobre obycie muzyczne, pamiętam ją z wrocławskiego Przeglądu Piosenki Aktorskiej sprzed dwóch lat. Może warszawski debiut w "Allegro moderato" Bogacza na Scenie Przodownik nie wypadł zbyt okazale, ale jestem dziwnie spokojny, że doczekamy się jeszcze w jej wykonaniu prawdziwego allegro vivace.

Alona Szostak [na fali]

Rosjanka o ciemnym, głębokim głosie od wielu lat jest cenną solistką chorzowskiego Teatru Rozrywki, ale dopiero duet Strzępka/Demirski wyciągnął w światło reflektorów jej kocią drapieżność, umiejętność aktorskiego skrótu, sceniczną moc. Najpierw w musicalu o "Położnicach szpitala św. Zofii", gdzie pielęgniarkę, odpowiadającą na umizgi pacjentów krótkim "a stolec był?" trudno zapomnieć, a potem w warszawskim "W imię Jakuba S.", w roli bankowej harpii z fałszywym uśmieszkiem przesłuchującej potencjalnych kredytobiorców i ponad wszelką wątpliwość zasługującej na te chłopskie widły, które nosi wbite w plecy. Pięknie poszerzyła sceniczne możliwości, aliści występ w nieudanym Muranoo (też w warszawski Dramatyczny) niech będzie ostrzeżeniem przed rzucaniem się w każdy nowoteatralny projekt. Niekoniecznie warto.

Sabina Tumidalska

Nie ma jej. Nie zdążyłem odnotować aktorki wałbrzyskiego Teatru Lalek, która, już na emeryturze, cudownie, młodo(!) odnalazła się w spektaklach Strzępki i Demirskiego "Był sobie Polak Polak Polak i diabeł", "Diamenty to węgiel który wziął się do roboty" i "Był sobie Andrzej Andrzej Andrzej i Andrzej", z fantastyczną autoironią kreując skrzywione prowincjonalne nieudacznice i kompleksiary z pretensjami. Była w jej sylwetkach dobra robota i coś jeszcze: taki rodzaj dociśnięcia groteski, który nie pozwalał obojętnie śmiać się z karykatury, wprowadzał coś niepokojącego. Ostatni raz widziałem ją na scenie w "Shoa show", ryzykownym odinfantylnieniu opowieści o Tewje mleczarzu, gdzie, jak zawsze, świetnie wchodziła w konwencję, zostawiając ile trzeba miejsca na niezbędny, niesłychanie nowoczesny dystans.

Marek Tynda [zwycięstwo]

Podstawową kwestią w "Ciałach obcych" Julii Holewińskiej jest decyzja, kto, kobieta czy mężczyzna (a może dwoje aktorów) ma grać działacza podziemnej Solidarności, który zmienił płeć, stał się kobietą i niejako wyleciał/a z historii. Wybrnięto prosto i przez to najtrudniej: zaznacza fazy życia Ewy/Adama minimalną zmianą sposobu mówienia, czesania włosów, strojem. A jednocześnie na obu płciowych planach znakomicie korzysta ze sposobu prowadzenia spektaklu przez Kubę Kowalskiego, jego przechodzenia z komedii w dramat. Podprowadza postać pod farsowe tony, pozwala ją odśmiać, by w finale skutecznie wytrącać widza z obojętności rozpaczą zmaltretowanego. Świetna konstrukcja roli. Nie miał na takie rusztowania szansy w tytułowej roli z plakatowego "Stalkera" też w gdańskim Wybrzeżu ani nawet w postaci hrabiego Henryka z "Nie-Boskiej", skazany na sceniczne baty od Pankracego już niestety – może wbrew intencjom – w tekście hrabiego Zygmunta.

Ewa Wiśniewska [mistrzostwo]

Michał Zadara każe jej w ostatniej scenie "Aktora" z nieruchomą twarzą śledzić zakulisowy gwar po premierze, w której jej zbankrutowany syn odnalazł życie na scenie. Nie ma w tej sekwencji kostiumowego dramatu dawnej arystokratki, jest ponadczasowe zdziwienie wyrazistej osobowości tym, co niosą nowe czasy. Jest i bezradność, i naiwność, i gorycz, i ratowanie twarzy: wszystko w jednym obrazku umiejętnie podprowadzonym przez cały wieczór i przez reżysera, i przez dojrzałość jej gry. Odnajduje się w postaciach "z wyższych sfer", czasami świetnie, czasami ściśle konwencjonalnie, jak w "Lorenzacciu", aliści upraszałoby się szefów Narodowego, by zechcieli kiedyś na nowo obudzić komediowe febliki w jej oczach, tak niepowtarzalne.

Mariusz Wojciechowski [zwycięstwo]

Został jednym może z ostatnich mistrzów wymierającego gatunku: rezonerstwa. Wymierającego, skoro teatr nie gra a szkoła nie uczy repertuaru, wymagającego poprowadzenia dialogu, wygłoszenia tyrady, wejścia w konwersację – tak, żeby tego się dało słuchać, żeby forma niosła, a nie utrudniała, żeby gadać na koturnach, a wszystkim się zdawało, że boso. To ciężki kawałek aktorskiego chleba, bo nie da się go zaszpachlować wdziękiem, gagiem, mrugnięciem, bebechami. Jeśli widownia kupuje, a nawet lubi Chryzalda w "Szkole żon" u Seweryna w Polskim czy księdza Tischnera w montażu Artura "Barona" Więcka w Powszechnym – wbrew pozorom sporo te role łączy – to ma prawo do satysfakcji. Choć może by i ciągnęło ku mocniejszym namiętnościom?

Ewa Wyszomirska [mistrzostwo]

No i co to za zawód, w którym poważny człowiek, musi iść między ludzi tak cudacznie wystrojony, jak na zdjęciu? I to nie w bajędzie dla dzieciaków, tylko w widowisku obejmującym wszystkie sceny, pracownie, schody i kanciapy Teatru im. Kochanowskiego: w "Słowniku Chazarskim" Pavicia, w którym Paweł Passini chciał uporać się z księgą światem serbskiego prozaika, a wyszły mu głównie przebieranki. Chwała aktorom za ofiarność w tym serio zrobionym i niezasługującym na proste kpiny, choć niezbyt udanym przedsięwzięciu. Ale chwała i jej, i całej starszyźnie opolskiej sceny przede wszystkim za olśniewający zbiorowy portret przybyszy ze Wschodu, ciepłych, śmiesznych, nieznośnych i uwznioślonych w "Dwunastu stacjach", poemacie Tomasza Różyckiego inscenizowanym przez Mikołaja Grabowskiego.

Martyna Zaremba [nadzieje]

Jej Mała Metalowa Dziewczynka, po nowoczesnemu skrajnie asentymentalna, szorstka i niedająca się lubić zbyt łatwo, mogłaby być mianowana twarzą gwałtownego odmłodzenia sosnowieckiego Teatru Zagłębia, wpuszczającego na scenę z dnia na dzień, po latach solennego grania rock, Masłowską, rap i kpiąco drażniący luz jako sposób przemawiania ze sceny. Wniosła tu imponujący temperament, autentyzm sposobu bycia, rzucającą się w oczy chęć rozsadzania stereotypów i klisz. Druga sosnowiecka rola w "Piaskownicy" Michała Walczaka, gdzie miała psychologicznie poprowadzić dwójkowe sceny, dziecinne i męskodamskie naraz – a to dziewczyna właśnie narzuca grę w tym duecie – wypadła, gorzej, czegoś tu zabrakło z czysto szkolnej edukacji. Ale to pierwsze koty za płoty; wszystko przed nią.

Dawid Żłobiński [na fali]

Poloniusz w "Hamlecie", Dziadek w "Białym małżeństwie" – co te role robią w portfolio aktora z dziesięcioletnim ledwie stażem? Ale właśnie to jest w nim fascynujące: nieprzystawalność twarzy do wieku, głosu do aparycji, wnętrza do zewnętrza, sposobu bycia do zadań płynących z tekstu, sytuacji. Jeśli takim warunkom towarzyszy przyzwoita technika, tudzież otwartość na zadania niekonwencjonalnie myślących reżyserów (a zestaw Rychcik, Rubin, Szczawińska to niezła kompania), zapewne szykuje mu się w kieleckim Teatrze im. Żeromskiego granie bez wyjęcia i to nie byle czego. Scena kocha takich aktorów. Chociaż, żeby było jasne, nie jest to miłość bezbolesna. Jak zresztą każde pożądanie, którym ten okrutny potwór skryty za kurtyną tak szczodrze obdarza swoje dzieci.

Jacek Sieradzki