Zobacz poprzednią edycję »

Subiektywny spis aktorów teatralnych

Edycja dziewiętnasta


Gdy piszę te słowa, trwa przepychanka w sprawie ustawy regulującej (między innymi) stosunki pracy w teatrach. Ustawę przedstawił rząd, zepsuł mu ją sejm, przywrócił senat, teraz sejm odrzuci (bądź nie) poprawki, a na koniec zostanie prezydent, do którego będzie można apelować o veto. Ustawa zwiększa uprawnienia dyrektorów teatru i nakłada, nazwijmy to tak, dyscyplinujące obowiązki na aktorów. ZASP ich broni, szermując patetycznymi argumentami o wolności twórczej i stosując – może zresztą i słusznie, skoro przemawia do polityków, którzy taki język rozumieją – całą paletę środków retorycznej demagogii. Łącznie z mianowaniem się reprezentantem całego środowiska w przeciwieństwie do "lobby kilku długoletnich dyrektorów warszawskich teatrów", zrzeszonych na dodatek w konfederacji prywatnych pracodawców. Prywaciarze zawsze byli wrogami mas pracujących, nieprawdaż?

Polityka polityką, połajanki połajankami. Gorzej, że obie strony budującej się w poprzek teatru barykady mają do siebie wzajem żale i pretensje bynajmniej nie wyssane z palca. Ustawa wprowadza – zdaje się, mało szczęśliwie – obowiązek oceny poziomu artystycznego pracownika. Ale zrzeszeni w ZASP-ie aktorzy pytają ostro, dlaczego w ogóle ma ich oceniać i arbitralnie o ich pracy decydować nieusuwalny z kontraktu dyrektor, często cywil pozbawiony dorobku, zawodowego autorytetu i skłócony z całym zespołem. I co, czyż nie znajdziemy w ostatnich czasach wystarczającej liczby dziwacznych nominacji uzasadniających tę nieufność? Z drugiej strony prawo do obaw mają też dyrektorzy scen, skazani na życie w nieustannej niepewności, czy ich planów nie rozwali etatowy aktor, zwalniając się z dnia na dzień do filmu? Czy sąd pracy, działający na podstawie kompletnie bezsensownych w teatrze przepisów, nie uzna rozwiązania umowy z aktorem ze względu na jego nieprzydatność artystyczną za nieuzasadnione, a faktu wielomiesięcznego niegrania – za mobbing? Zdarzały się i takie, i bardziej kuriozalne przypadki, pomiędzy którymi zerwanie przez Grażynę Szapołowską przedstawienia, bo kolidowało z komercyjnym show, jest pewnie najbardziej spektakularnym.

W rezultacie każdy z nas, włóczących się po Polsce i oglądających wiele spektakli, potrafi bez trudu wskazać palcem te, dalece nie tak liczne jak by się chciało, zespoły – albo i pojedyncze przedstawienia z obsadami skrzykiwanymi ad hoc – gdzie podobnych napięć nie ma albo są przynajmniej zminimalizowane. Gdzie przez rampę płynie dobry duch: pasja, determinacja, chęć do gry, pewnego rodzaju elementarna radość walczenia o widza, o jego uwagę, o jego przychylność. Czasem to aż złości, gdy dzieło jest artystycznie marne bądź zwyczajnie niemądre – a jednocześnie niepodobna zignorować tej zbiorowej energii, którą uruchamia zespół ludzi związanych celem, zaufaniem, lojalnością i – najczęściej – także sukcesem. Nie sposób ich mocy, nawet przez zęby, nie docenić. Bo jeśli gdzie indziej bywa i mądrzej, i dojrzalej, i szlachetniej, a pod podszewką scenicznej roboty czai się – i zawsze da się wyczuć! – zniechęcenie, niewiara, rutyna, tumiwisizm, złe nastroje, bilans musi być gorszy, choć siądź i płacz.

I nie zmieni tego żadna ustawa.

Opowiedział mi dyrektor, który właśnie dorobił się godnego pozazdroszczenia zespołu, jak kiedyś aktor, o którego ściągnięcie się był starał, przyjechał na rozmowy. Umówili się po przedstawieniu. Gość wparował do gabinetu jak na skrzydłach. Przedstawienie okropne – oświadczył od progu. – Ale widziałem to błyszczące, co koledzy mieli w oczach, grając i potem, podczas ukłonów. Ja chcę tu pracować.

Od oczu aktora, nawet najsprawniejszego, ale wychodzącego na scenę z musu, niewierzącego w przedsięwzięcie, najeżonego nieufnością, odruchowo odwraca się wzrok.

*

I niczego także nie chce się na jego temat odnotowywać, toteż nie będzie, sądzę, takich przypadków w tym zestawie notatek o dokonaniach aktorskich minionego sezonu, który publikuję dziewiętnasty rok z rzędu – kiedyś w "Polityce", a od trzech lat na e-teatrze. Cieszę się nadziejami – nowymi nazwiskami na scenie, patrzę z sympatią, gdy ktoś płynie na fali, odnosi zwycięstwo, czyli przeskakuje sam siebie. Kłaniam się mistrzom, czasami stawiam jakieś pytania, daję wyraz zdziwieniom – raczej życzliwym niż złośliwym. I – rozumiejąc determinację aktorów w walce o swój realny życiowy byt, także z ustawodawcami – świadomie korzystam z przywileju zajęcia się wyłącznie czystą ich sztuką. Z dala od branżowych barykad.

Jacek Sieradzki

Katarzyna Anzorge [nadzieje]

Można by ją mianować, zgodnie z dzisiejszą modą, "twarzą" płockiego Teatru Dramatycznego im. Szaniawskiego od czasu, gdy zaczęto tu grać - dziś pisane - komediowe lub melodramatyczne obyczajówki. Bo ma w sobie jakąś kwintesencję współczesnych dziewczyn: emocjonalną spontaniczność aż po granice lekkiego "pieprznięcia", bezpruderyjność i chwilami egoistyczny, wulgarny luz, ale z cienką, niespodziewaną wrażliwością pod spodem. Skutecznie broni swoich bohaterek. Przekora każe radzić: niech ją teraz ktoś obsadzi w postaci wyrafinowanej manipulatorki – choćby po to, żeby usłyszeć inne tony; to odmiany w zawodzie konieczne.

Irmina Babińska [mistrzostwo]

Sztuka Rafała Matusza "Jedenasta szesnaście" mówi o losie: młodego chłopaka i staruszkę łączy tylko to, że on ją rozjechał w wypadku samochodowym. Mamy dwa portrety, dość zwyczajne, splecione najsłabszym z możliwych węzłów dramaturgicznych. A jednak chce się podziwiać przede wszystkim to, jak nestorka jeleniogórskiej sceny maluje portret swojej siedemdziesięcioośmiolatki, jak buduje napięcie z prostej decyzji, czy wyjść na ulicę bez upokarzającego proszenia o pomoc, jak prostymi kreskami, bez cienia ostentacji i patosu kreuje cichą, samotną i wielopostaciową walkę o godność. Powinno się pisać i grać takie popisówki dla wielkich, do tego też teatr służy.

Artur Barciś [mistrzostwo]

Ma fantastyczną vis comica, której reżyserzy niekiedy używają od niechcenia: wiadomo, że i tak będzie świetny. Gdy jednak na tym się nie kończy pracy na próbach, mogą powstać prawdziwie misterne robótki. Takie jak nerwowy prawnik w "Bogu mordu" Yasminy Rezy u Izabelli Cywińskiej w warszawskim Ateneum, demonstrujący całą wielostronność wyrywania się natury choleryka z gorsetu poprawnego zachowania. To więcej niż farsa, to drobiazgowe, inteligentne, wcale nie błahe studium. Oby więcej takich zadań miast występów w najgłupszej sztuce, jaką poznała polska scena ubiegłego sezonu, poronionej bredni o hinduskich bankach "Kasta la vista".

Mariusz Benoit [pytania]

Siwostrąkowłosy, skupiony, gdy mówi "Wielką Improwizację", doskonale rozumie znaczenie wypowiadanych Mickiewiczowskich fraz, ale przecież nie wie, po co to mówi, w dziarsko odkrywającej wszystko, co dawno odkryte składance "Klub polski". I w innych przedsięwzięciach warszawskiego Dramatycznego, w "Placu Apokalipsa", w "Don Kiszocie" też snuje się gdzieś po obrzeżach sceny, po epizodach: gotowy, niby wykorzystany, a w gruncie rzeczy marnowany. Świetny aktor w poszukiwaniu teatru; częsty tytuł na naszym afiszu.

Eliza Borowska [na fali]

Dawno jej nie było, dobrze że wróciła. W Powszechnym Jana Buchwalda dostała dwa zadania z różnych porządków: warsztatową popisówkę w "Espresso", gdzie bez dekoracji i specjalnych inscenizacyjnych podpórek szkicowała – skutecznie i sprawnie a chwilami brawurowo – kilka(naście?) komediowo-melodramatycznych postaci, tudzież udział w eksperymencie Michała Siegoczyńskiego rozpruwającego brzuch zabawce zwanej "Casablanca", gdzie musiała grać i Ingrid Bergman, i krytyczny do niej stosunek. Zwłaszcza na to drugie, jałowo przekombinowane zadanie trochę szkoda jej i naszego czasu, ale i je też umiała nasycić swoją energią, chęcią walki, zawsze broniącą się przez rampę.

Jacek Brzeziński [zwycięstwo]

Widzieliście kiedyś Smierdiakowa w srebrnych okularkach intelektualisty, w ciemnym garniturze wbitym na masywne ciało lokaja, cichym tonem miękkiej perswazji referującego plugawe odbicie Karamazowowskich namiętności? W odważnym, mocnym przedstawieniu Janusza Opryńskiego weteran lubelskiego Provisorium bije wielu kolegów w zadowolonych z siebie teatrach – śmiałością skojarzeń, niesamowitością konstruowania patetycznej i marnej jednocześnie osobowości, magnetyzmem ściszonego głosu. Odwagą dobierania z palety nieoczekiwanych barw, które intuicja stapia w niezwykłą całość. Na tym polega kreacja aktorska, określenie zdewaluowane w łatwych ochach i achach młodych komentatorów, a zasługujące na rozważniejsze szafowanie.

Beata Buczek-Żarnecka [na fali]

O jej epizodzie w sztuce Szymona Bogacza, którą w Teatrze im. Gombrowicza w Gdyni zagrano pod tasiemcowym tytułem "Wszystko, co chcielibyście wiedzieć po śmierci ojca, ale boicie się odezwać", trójmiejski krytyk napisał, że w groteskowym spektaklu wybrała psychologiczny ton, "wpadając – jak to mówią jazzmani, gdy ktoś w swojej solówce niechcący zmieni tonację – do ogródka sąsiada". Trochę chyba nie docenił, jakiego dała czadu w tym swoim jazzie. W monologu właśnie owdowiałej kobiety jest i galopująca histeria, i zwykły ludzki żal, mądro głupi, śmieszno-smutny lęk przed starzeniem, świadomość damskiego powabu i świadomość jego przemijania, wszystko w parominutowym wejściu solo. Nie lekceważyłbym klasy w doborze środków i dojrzałości interpretacyjnej, nie pierwszy raz w jej pracach.

Stanisława Celińska [mistrzostwo]

I co, zawsze już ma miętolić Jacka Poniedziałka, koić jego głowę na szerokiej piersi, pozwalać na coraz większą zażyłość? Jest jakiś instrumentalizm w tym, jak Krzysztof Warlikowski traktuje swoich aktorów, jak podobnie ich widzi, jak daje im szansę rozwoju z reguły w jednej, raz na zawsze zakreślonej ramce. Występowi w spektaklu Nowego Teatru niczego nie można zarzucić – poza tym, że niczego nowego w niej nie odkrył, nie uruchomił. Ale epizod z postacią matki Makryny Mieczysławskiej w "Klubie polskim" w Dramatycznym jest zrobiony wyłącznie zewnętrznymi środkami: stentorowym głosem i techniką. Co pozostaje z tego sezonu? Może niesamowity, ekstatyczny pląs prostej sprzątaczki w ostatnich scenach "Końca", kiedy ciężkie ciało łamie prawa fizyki i niemal płynie nad podłogą. Też już u niej bywało, ale to nigdy nie zawodzi.

Janusz Chabior [mistrzostwo]

Wyrazista, jajowata, łysa głowa na coraz cieńszochudszym korpusie czyni z niego postać nierealną, egzotycznego motyla uwikłanego w dramaty, do których nie przystaje. Choćby w znakomitych "Sprzedawcach gumek" Hanocha Levina w warszawskim Teatrze IMKA, gdzie operuje pozornym cwaniactwem, pod którym kryje się żałość wielokrotnych przegranych: rozkosz patrzeć, jak zbiera się do rozkładania skrzydełek, jak obrywa po nich, jak umie zagrać upokorzenie samym zamilknięciem, znieruchomieniem twarzy, ściemnieniem głosu. Jak się potem podnosi. Skali zadania z przedstawienia Artura Tyszkiewicza nie dostał już w "Generale", gdzie jego cyniczny Kiszczak był tylko kabaretowy, ani w dwóch Witkacych, w których przyszło mu grać. Jest w znakomitej dyspozycji i w oczekiwaniu: losie, nie bądź świnią, daj to, co mu się bez wątpienia należy.

Magdalena Cielecka [zwycięstwo]

Szczupła kobieta z głową sarny jest pięknym ornamentem "Końca" reżyserowanego przez Krzysztofa Warlikowskiego; czy to jednak rola? Nowa? Istotna? Piękna sarna ma wszak jeszcze wiele do pokazania: esprit, drapieżność, może vis comica? Film to wykorzystuje, zdaje się nie najlepiej; teatr prawie w ogóle. Spróbował Mikołaj Grabowski, kooptując ją do swej ekipy w "Dzienniku" Gombrowicza na scenie Teatru IMKA. Pożyczam od Tadeusza Nyczka opis monologu "o poceniu się, mglistości upału, niezdolności do trwałej i konsekwentnej postawy. Trzymana pod ręce przez Konopkę i Karolaka, przelewa się, chwieje, opada i osiada, jakby utkana z półpłynnej, półprzezroczystej materii: próbujecie mnie złapać, ale i tak się wam wymknę". A bywa i konkretnie komiczna w kretyńskim samoupojeniu refrenem "Poza tym mamy Wawel". Więcej!

Rafał Cieluch [na fali]

W ociekających wściekłym sarkazmem, znakomitych "III Furiach" Marcina Libera w legnickim Teatrze im. Modrzejewskiej przypadła mu rola McApolla, boga rozmiarów telewizyjnych, czyli adekwatnych. Rola błyszcząca nie tylko sznytem złotej marynareczki: warto patrzeć, ile tam blichtru politycznego didżeja, ile prawdziwie boskiego, niby to troskliwego manipulatorstwa, ile parodii (wcale nie jajcarskiej) Andrzeja Chyry z "(A)polonii", ile pytań pod hałaśliwością. Wyrasta wysoko w teatrze Jacka Głomba, który parę znakomitości już wychował; grubszą kreską nakreślona sylwetka dzielnego strażaka bardziej katolickiego od księdza w satyryczno obyczajowej "Pierwszej komunii" Pawła Kamzy też zgrabnie zapada w pamięć.

Adam Cywka [zwycięstwo]

Jak pięknie dojrzał na deskach wrocławskiego Polskiego, gdzie bywał raz na wozie, raz pod wozem, a jednej koncertowo położonej roli (tytułowej w genialnym kawałku polskiego romantyzmu) pewnie i sam już stara się nie pamiętać. Liczy się to, co dziś. Precyzja nieomal komputerowa w aptekarsko odmierzanych reakcjach i muzycznie układanych słowach z popisowej "Szosy Wołokołamskiej" Heinera Müllera w reżyserii Barbary Wysockiej. Tudzież mądra powściągliwość, dzięki której w rozemocjonowanej "Tęczowej Trybunie 2012" Strzępki i Demirskiego jego rozgrywana z kamienną twarzą wewnętrzna walka o uwolnienie się geja ze społecznego wstydu wybija się w opowieści, startując wcale nie z pierwszego planu.

Ewa Dałkowska [pytania]

Pamięć jej wielkich ról, gdzie precyzja psychologiczna łączyła się z ostrą ekspresją i wyczuciem formy każe się zdziwić arsenałem środków, po jakie sięgała w ostatnim sezonie. W roli Wery w Bernhardowskim "Przed odejściem w stan spoczynku" na scenie warszawskiego Studia, gdzie siła potwornego oskarżenia niemieckiej mieszczańskiej tępoty rozmazała się w poczciwym ciepełku krzątaniny i tyrad znad żelazka – tudzież w roli w "Końcu" Warlikowskiego, gdzie Elisabeth Costello, wyrafinowana przecież u Coetzee'go, wrąbała się w jakąś ciotczyną manierę solennego wykładu dla milusińskich. Gdzieś niezauważenie przekroczony został ten rowek graniczny, za którym szlachetna prostota przepoczwarza się w łopatologię. Wielu to się zresztą podobało…

Dobromir Dymecki [nadzieje]

…jako że w obserwatorach zmęczonych nieustannym eksperymentatorstwem teatru tkwi głęboka – i pewnie nawet zrozumiała – nostalgia za jasnym i jednoznacznym przekazem, jednorodnymi środkami wyrazu, nawet odwiecznym patosem. Tym trudniej bronić się aktorowi przed pójściem po linii najmniejszego oporu, łatwością, oczywistością, deklaratywnością – i płaskością na końcu. Także w przypadku tego młodego aktora wolę wykoncypowanego prawą ręką za lewe ucho Sancza, smętnego studenta w "Don Kiszocie" Mateusza Pakuły w warszawskim Dramatycznym, albo złośliwie kreślonego Przedstawiciela Riksbanku w składance z Różewicza tamże (obie reżyserie Macieja Podstawnego) niż solenną, ale zbudowaną wyświechtanymi środkami i plakatową rolę duńskiego jurodiwego w "Słowie" Kaja Munka w Teatrze im. Jaracza. Choć Łódź i tak będzie za tę pracę nosić go na rękach.

Grzegorz Falkowski [na fali]

W czerwonym sweterku, z przylizanymi włoskami rozwściecza przez trzy czwarte "Sierot" Denisa Kelly'ego w warszawskim Powszechnym, gdzie gra białasa w biednej, kolorowej dzielnicy Londynu, usilnie i naiwnie chroniącego swoje niezaangażowanie w społeczne zatargi. Ale pomagając szwagrowi, pójdzie do szopy rozprawiać się z uwięzionym tam Arabem i wróci z twarzą tak zdruzgotaną, przejechaną przez klęskę, że niepodobna będzie oderwać od niej wzroku. Świetnie pomyślana rola w świetnym przedstawieniu Grażyny Kani. Ale jego tytułowy Zły z adaptacji kultowej powieści szybko znika z pamięci widza: nie znalazł sposobu na tę postać. Cóż z tego, że i samemu Tyrmandowi nie wyszła ona w sumie tak barwnie, jak miało być?

Ewa Galusińska [na fali]

W legnickich "III Furiach" gra profesorową z Warszawy, uciekinierkę, którą chłopka wydaje Niemcom gwoli przemożnej chęci wejścia w posiadanie jej zielonej pelisy. Aliści jest w swojej – uzasadnionej – pozie wojennej ofiary odrobinę zbyt cierpiętnicza, krzynkę nazbyt upozowana, cieniusieńko, bez ostentacji, nieomal podprogowo sugerując widzom, że przecież nie ma czarnobiałego, bezbolesnego rozgraniczenia postaw w wojennej jatce wzajemnej. O takie to, furiackie kwestionowanie wszechdominującej łatwizny ocen idzie w znakomitym spektaklu Libera, ale nietrudno się domyślić, ile aktorkę kosztuje tak subtelne, konsekwentne i mądre trzymanie dystansu od stereotypów i tych mito- i tych demitologizujących. Lekcja – nie tylko teatru.

Milena Gauer [na fali]

Gdy przed startem olsztyńskich "Noży w kurach" reżyserowanych przez Weronikę Szczawińską tkwi skulona, napięta przed pierwszym z widzów, niczym biegaczka w blokach startowych, wiadomo, że nie będzie milutko i mizdrząco, tylko poważnie i eksperymentalnie. Z oddaniem i – chyba – upodobaniem oddaje reżyser(k)om swój świetny warsztat i wyczucie formy. Potrafi zagrać, by tak rzec, pannę Tabulę Razę, w rzeczonej sztuce Harrowera, odbywając w godzinę kurs kobiecej samoświadomości od zera do pełni. Potrafi się wcielić w nieoczekiwane fetysze erotyczne (z wąsatym kowbojem włącznie), w lekko oszalałej, feministycznej wizji "Lemoniadowego Joe" wymyślonej przez Małgorzatę Głuchowską (też Teatr im. Jaracza). Ciekawe, czy się wścieknie, gdy powiem, że we wszystkich tych śmiertelnie poważnie zakrojonych, symboliczno-tożsamościowych kreacjach ma też po prostu sceniczny wdzięk?

Joanna Gonschorek [zwycięstwo]

W języku starych emplois powiedziałoby się: aktorka charakterystyczna, specjalność – plebejuszki; jakże jednak imponującą różnorodność potrafi wnieść do swoich portrecików. I jak imponująco różnorodne zadania w Legnicy dostaje: od bufonowatej kandydatki na radną albo trzeźwej doradczyni miejskiej pani prezydent u Pawła Kamzy, przez autystyczne dziecko w "Mamatangu" po kreację w "III Furiach", gdzie rozżalenie jej nieheroicznej, ale ciężko doświadczonej bohaterki, żądanie aby specjalnie dla niej "odwołać historię" przybiera rozdzierająco przejmujące tony. Nie ma tu idealizacji postaci, jest za to karkołomne łączenie bólu z autodemaskacją plus jeszcze wewnętrzne ciepło w tym mocno odpychającym przecież portrecie. Fantastyczna robota.

Anna Guzik [na fali]

Gdy serialowa gwiazda może wystąpić "w szeregu", jako jedna z równorzędnych postaci ansamblowego "Hotelu Nowy Świat" przysposobionego przez Magdalenę Piekorz z kanwy scenariuszowej filmu "Bal" – to już dobrze świadczy i o niej, i o jej teatrze: Polskim w Bielsku. Tańczy na tyle dobrze, że stać ją warsztatowo na etiudę dziewczyny, która tańczy źle: powróciwszy na rodzinne śmieci, chce popisać się sukcesami zza oceanu, tylko nogi jej się plączą. A w kameralnej sztuce Ingmara Villqista "Taka fajna dziewczyna jak ty" wciela się w opóźnioną w rozwoju, infantylną bohaterkę z dziwnie kpiącym błyskiem w oku – uzasadnionym przez finałową przewrotkę i tragikomiczny ton, niewystępujący dotąd u naszego "skandynawskiego" dramatopisarza.

Marta Honzatko [nadzieje]

Ciekawe, czy po świetnej, głównej roli w filmie "Czarny czwartek" także teatr o niej pomyśli. Zwłaszcza, że ma i świetny głos, i umiejętność zbudowania dramatycznej etiudki, przejścia od stylizacji po ostre, czadowe śpiewanie. Co udowodniła wykonując songi podczas wrocławskiego PPA w Konkursie Aktorskiej Interpretacji Piosenki, w którym niestety z roku na rok aktorstwa robi się tyle, co kot napłakał.

Marcin Hycnar [na fali]

Nie pisałem o jego Arturze w "Tangu" Jerzego Jarockiego w Narodowym, gdzie każda rola była do analizowania (dwie inne trafiły do spisu). Ten sezon był już mniej owocny. A jednak broniłbym jego dokonań. I w "Kreacji", w której reżyserka Bożena Suchocka odwróciła wiek bohaterów Iredyńskiego, a on skorzystał z okazji i miast grać starego marchanda manipulatora, stworzył młodego boga, infantylnego kreatora ludzkich karier, zachwyconego własną mocą bez świadomości konsekwencji. I w "Lorenzacciu" mimo słabości i koncepcyjnej, i realizacyjnej przedstawienia Jacques'a Lasalle'a. Monolog, w którym ten "skacowany amorek", jak go ładnie nazwała Joanna Derkaczew, nagle okazuje się stokroć mądrzejszy od całego światka, którego jest cząstką, i w którym jest śmiertelnie samotny, bez żadnego godnego siebie partnera – monolog ten ma prawo skutecznie budzić wszystkich przysypiających pod francuskim nudziarstwem.

Marek Kalita [zwycięstwo]

Biorąc się za złośliwie sarkastycznego "Generała" pióra Jarosława Jakubowskiego w w Teatrze IMKA, wybrał aktorstwo wcieleniowe, rzadkie dziś, gdy wszyscy chcą tylko "od siebie", niemal półprywatnie. Pięknie podrobił Jaruzelskiego: jego sztywny kręgosłup, staccatowanie każdego słowa, melodię głosu. A także chwile, kiedy spod kostycznego sposobu bycia wygląda bystre oko, złośliwy humor, przytomność umysłu podlana cynicznym sosem. To więcej niż parodia z telewizyjnego show, to skrót, synteza, świadome, jak w dobrej karykaturze, eksponowanie tego, co dla rysownika jest esencją. Szkoda, że misterna aktorska robota zagubiła się w nieszczęśliwej interpretacyjnie, rozmydlającej ostrze inscenizacji, którą współfirmuje. Może nie starczyło podzielności uwagi?

Dominika Kluźniak [zwycięstwo]

Ninę Zarieczną grywało się zwykle jako mewę: romantycznego ptaka znad jeziora, prowincjonalną dziewczynę, poetyczną i naiwną, marzącą o karierze aktorki, zafascynowaną światem i przez świat niszczoną. Ale mewa drapieżnik? Od pierwszych scen spektaklu Agnieszki Glińskiej w Narodowym znać pazerną babę w filigranowym ciele. Nina jest, owszem, uroczo śmieszna, kiedy w teatrzyku nad jeziorem udaje i szatana, i dinozaura, ale już w tych ekspozycyjnych scenach nie skrywa widzom nieszczerości bohaterki, egoizmu, czułków wystawionych na łowienie powodzenia, obojętności wobec zakochanego mężczyzny. Czy doktor Czechow był zawsze wobec niej tak okrutny, czy dopiero parę zdolnych pań umiało w nim odczytać, co trzeba?

Agata Kucińska [zwycięstwo]

Po wrocławskim wydziale lalkarskim poszła do dramatu, wiążąc się ze sceną Ad Spectatores, gdzie grała niezłe role, często z pogranicza kabaretu. Ale nie zapomniała ani o fachu, ani o ambicjach. W "Żywotach Świętych Osiedlowych" według miniatur prozatorskich Lidii Amejko rządzi wszystkim, animując lalki czasem malutkie tak, że mieszczą się jej w dłoni, kiedy indziej nawlekane na całą jej, ukrytą w czerni sylwetkę. Bawi się tymi różnicami wielkości jak całym uruchamianym do życia popapranym światem, z dyskretną, szlachetną czułością, ze świetnym uchem dla melodii języka, z pobłażliwą ironią. Jest w tym światotwórstwie intensywna, może nawet zaborcza. Ale należą się jej za to tylko dzięki. Ma tę choćby zasługę, że dzięki jej robocie jedna z lepszych polskich pisarek dla teatru, za subtelna niestety na łapki większości "nowoczesnych inscenizatorów", nie przepada na scenach z kretesem.

Łukasz Lewandowski [zwycięstwo]

Życzyłem w zeszłym roku pracy nad lepszej klasy materiałem niż kabaretowy "Jaskiniowiec". Mówisz, masz. "Amazonia" Michała Walczaka w Teatrze na Woli dała mu szansę stworzenia komediowej roli roku: jadowitej karykatury reżysera nawiedzeńca, co szamani po piwnicach, męcząc naiwnych wyznawców i tworząc ćwierć zrozumiałe awangardy, szczelnie zawinięte w kabotyństwo. Ciekawe, gdzie podpatrzył tych, których spamfletował tak bezbłędnie; mam podejrzenia, ale nie powiem. Zaś rolę nad rolami, Iwana Karamazowa w spektaklu Janusza Opryńskiego z lubelskiego Provisorium, na premierze rozpędził za mocno, nie starczyło oddechu do końca. Co nie jest kłopotem na dalsze granie, bo konstrukcja kreacji w jej konsekwencji, rozłożeniu akcentów, tematów, w rytmach – jest modelowa i myślowo, i emocjonalnie. Skoro mogę życzyć tak skutecznie, mówię po prostu: oby tak dalej.

Mateusz Łasowski [na fali]

Główne role sezonu w Polskim wziął Michał Czachor, ale uwaga należy się i jego, wychodzi na to, etatowemu antagoniście: kiedyś Dantonowi mierzącemu się z Robespierre'em, teraz Tomowi Buchananowi w domu wielkiego Gatsby'ego i Guślarzowi/księdzu Piotrowi, co wpycha Konradowi łeb do wiadra z wodą. Zwłaszcza ta ostatnia rola, połączenie dwóch Mickiewiczowskich postaci w jedną sylwetkę bardziej lidera niż kapłana, charyzmatycznego przywódcy gromady, ujawnia to, co najlepsze w jego aktorstwie, a nieczęste: witalność, organiczność emocji, coś, co jednych porywa, innych konfliktuje, a generalnie energetyzuje scenę. Bydgoski teatr ma niejeden taki chodzący napęd sceniczny i w męskiej, i żeńskiej garderobie: może to nieostatni z powodów, dla których poskładał się tu jeden z najlepszych w Polsce ansambli?

Marta Malikowska-Szymkiewicz [zwycięstwo]

Kradnie show w błaho przez Piotra Siekluckiego pomyślanym "Pożegnaniu jesieni" (Współczesny, Wrocław). Jej Hela Bertz uwodzi par force wszystkimi metodami, od ostrego erotyzmu po spuszczone oczka nawróconej neokatoliczki. I w każdym kolejnym przegięciu, przekroczeniu, w każdym podkręceniu altowego głosu coś zdobywa, coś pochłania, nienasycona i królująca. A jej tytułowa Judyta z dramatu Kleista (Współczesny, ale Szczecin, reżyseria Wojtka Klemma) jest biegunowo inna: skupiona do szaleństwa, ekstatyczna, aż brzydka w swoim zapamiętaniu, zapatrzona we własny ból i misję. Natchniona. Patetyczne słowo, a przecież na miejscu. Dopiszmy maestrię wokalną i ruchową w tanecznym "Klausie der Grosse" Maćka Prusaka (Wrocław). Nie przemarnuj tego talentu, polski teatrze! Bądź raz rozsądny!!

Małgorzata Niemirska [mistrzostwo]

Nie byle jak odnajduje się w natłoku młodzieńczych eksperymentów, jaki się składa na współczesny afisz warszawskiego Dramatycznego. Umie się uśmiechnąć z anachronizmu babci Lol, stręczycielki z dawnymi (także scenicznymi) manierami w "Don Kiszocie" Mateusza Pakuły i Macieja Podstawnego. Umie też w drugim spektaklu tego ostatniego, w montażu tekstów Różewicza z rozmaitych lat, wśród ironii i drwiny znaleźć delikatny, powściągliwy ton elegijnego monologu. Zapewne jest to tylko pewna namiastka naturalnej współegzystencji pokoleń, niezbędnej dla zdrowia każdej sceny. Ale dobrze, że zdarza się chociaż tyle, zwłaszcza gdy owocuje pięknie.

Michał Opaliński [zwycięstwo]

Z wymienianą już tu Agatą Kucińską startowali przed laty w quasi studenckim Ad Spectatores; potem trafił do wrocławskiego Polskiego już po dobrej szkole komediowej wyrazistości wspartej przyrodzoną vis comica. Większość sylwetek rozpina właśnie na grotesce, doprawiając nieoczekiwanym serio: tak rozwijała się w sumie tragiczna, chyba niedoceniona rola upokorzonej Tyzbe w "Śnie nocy letniej" Moniki Pęcikiewicz. I tak konstruowana jest może najbardziej złożona postać z "Tęczowej Trybuny 2012", śliski urzędnik magistracki, który cofa gejom zezwolenie na knajpę, bo może sam jest gejem, a może tylko tak się przedrzeźnia, przymierzając i prześmiewając różne maski, podważając łatwo hasłowe interpretacje tekstu Demirskiego i spektaklu Strzępki…

Marcin Pempuś [na fali]

…gdzie ani geje, ani anty geje nie są z prostego komiksu. I gdzie ważniejszy od publicystyki, kopniaków w Hannę Gronkiewicz Waltz i zbierania wśród widzów podpisów pod progejowską petycją, zdaje się dramatyczny przegląd sytuacji, kiedy ktoś lub coś, partner, przyjaciel, grupa, kraj, nadzieje zawodzą, i już nie ma nic do zrobienia, i chce się tylko wyć. Takim to wyciem są monologi wbite w burleskową akcję. Jak - jedna z najbardziej przejmujących w całym spektaklu - spowiedź przerażonego kelnera, którego awantura o knajpę pozbawia pracy, przytuliska, bliskich, oparcia w środowisku. Którego rozpacz jest tak głęboka, że naprawdę ciarki chodzą po plecach, gdy oblewa się czymś bezbarwnym z kanistra. To świadectwo mocy świetnie skonstruowanej sytuacji, ale i giętkości aktora, wyrazistości w poetyce przełamywanej groteski, dobrze przećwiczonej i na miejscu, we wrocławskim Polskim, i w Wałbrzychu.

Jacek Piątkowski [zwycięstwo]

Z siwą bródką i wianuszkiem włosów okalających baaaardzo wysokie czoło był pewnie najstarszym w historii Podkolesinem, żonkosiem z arcykomedii Gogola. Tym dobitniej grała jego paniczna ucieczka sprzed ołtarza – przez okienko, które reżyser Justyna Celeda (Współczesny, Szczecin) umieściła pod samym sufitem dekoracji, wymuszając brawurową ekwilibrystykę. Ale był też pewnie najbardziej dziarskim z możliwych dziadków fetyszystów wtulonych w pończoszkę podlotka, grając gościnnie w "Białym małżeństwie" Różewicza (Współczesny, Wrocław, reżyseria Krystyna Meissner). Jest coś perwersyjnie pociągającego w jego młodzieńczej staruszkowatości, w chudym ciele, gdzie niemal w każdym ruchu i geście stateczność walczy z witalizmem, ekspresja z dostojeństwem. Tak wyrazistą concordię discors, niezgodną zgodność teatr zawsze uwielbiał. Bo zawsze działa, fascynuje, jakkolwiek jej użyć.

Aleksandra Popławska [zwycięstwo]

"Sprzedawcy gumek" Hanocha Levina, spektakl Teatru IMKA w reżyserii Artura Tyszkiewicza niósł radość Warszawie może głównie dzięki sensownego sposobowi zagrania erotyzmu. Bez spoconej tandety z durnych fars, ale i bez porozbieranych bez celu nagich, męskich ciał, bez pruderii i bez chamstwa. Którego to sposobu kwintesencją może być tocząca się wewnątrz niej beznadziejna walka między instynktem uwodzenia rozpalającym ciało i uruchamiającym godowy taniec, a sceptycyzmem doświadczonej głowy podpowiadającej że znowu nic z tego nie będzie, czy to warto, etc. Walka tyleż komiczna, co dramatyczna w miarę upływu lat, aż po superekstazę, gdy bohaterka dobije sześćdziesiątki. Walka rozpisana na dysonanse między gestem i słowem, ciałem i wzrokiem, na precyzyjną partyturę użycia aktorskiego gazu i hamulcem. Wzorcowa.

Krzysztof Stroiński [pytania]

W "Komediancie" Thomasa Bernharda bohaterem jest trzeciorzędny aktor objeżdżający prowincję ze sztuką zakrojoną na syntezę historii ludzkości. Zaś partnerem – przeważnie milczącym – właściciel zajazdu, gdzie aktorzy wystąpią. Wystawiając dzieło w warszawskim Powszechnym Waldemar Śmigasiewicz zajął się tym poczciwym oberżystą. Dał mu do kieszeni jakieś bździdło wydające stechnicyzowane dźwięki – zepsute radio? Wyposażył w afazję: z bąkanych głosek wypadało raczej się domyślać, niż rozumieć słowa. Zmienił mu zawód na rzeźnika, ale kazał mu czule i niemal fachowo ustawiać reflektory do występu gości. Na scenie w rzeźni? Proszę nie pytać o sens, cała interpretacja świetnej sztuki poszła się paść w głębokie maliny. Ale ta postać czyli stek niedorzeczności wciąż tkwi pod powiekami, ale bąkanie z brzęczeniem, jedna z najgorszych ról świetnego aktora, ni diabła nie chce dać się zapomnieć, zagłuszyć... Logiko precz, nic tu po tobie.

Jerzy Stuhr [mistrzostwo]

Ponoć chce się tą rolą żegnać z teatrem. Jak będzie, zobaczymy: niejeden już tak przygrażał, a potem szczęśliwie okazywało się, że nieskutecznie. W finale Czechowowskich "32 omdleń" w warszawskiej Polonii mówi z proscenium niemal prywatnie o aktorskim upokorzeniu, goryczy, melancholii. Przez dwie godziny pracował na prawo do tego monologu: popisowe koncerty aktorskie z obu sławnych jednoaktówek, "Niedźwiedzia" i z "Oświadczyn", ma opracowane w każdym skrzywieniu, złamaniu sylwetki, ruchu małego palca. Jak wirtuozowską partię. Tym bardziej boli, gdy jego równie utytułowanym komparsom zdarzy się a to zahaftować zapomnianą kwestyjkę, a to wykpić się grepsem, zrobić minę… Co widownia nie tylko wybacza, ale wręcz wita z aprobatą. Taką ma codzienność, do takiej ją przyzwyczajono lekko poplamionej podszewki zawodowstwa.

Maciej Szary [zwycięstwo]

Kiedyś był sympatycznym grubaskiem z szerokim wianuszkiem inteligenckiej brody na facjacie, w niedużych rolach na scenie Powszechnego. Wiek pogonił kilogramy, wyszczuplił rysy, pobruździł twarz, pobielił włos. Rozpalił oczy. Dziś w zespole Dramatycznego cztery godziny czeka na wejście w "Placu Apokalipsa". U Konwickiego trwało plenum partii, na którym mówcy w ataku szaleństwa rozbierali się do naga i trzeba było ich odwozić do wariatkowa. Tu sekretarz Kobiałka też wreszcie wchodzi na mównicę. Ale nie zdejmuje majtek, co by zaordynowali bez namysłu liczni współcześni inscenizatorzy. Ze stopniowanym szaleństwem świdruje publiczność, żądając od niej głośnych i aktywnych hołdów dla Związku Radzieckiego. W bolesnym napięciu ciała, w metalicznym brzmieniu narastających wezwań budzi się, chwycona w kapitalnym skrócie, cała głupia groza epoki. Tyle że po czterech godzinach śmiertelnej nudy wielu widzów może ten świetny epizod smacznie przedrzemać.

Wanda Ślęzak [zwycięstwo]

Zagrać moherową babcię w Toruniu pod nosem wiadomej twierdzy – to trzeba mieć odwagę, której na szczęście generalnie Teatrowi im. Horzycy nie brakuje. Trzeba mieć też przyzwoitą sztukę ("Człowieka z Bogiem w szafie" Michała Walczaka), niezacietrzewionego reżysera (Piotra Kruszczyńskiego). Ale też w dyspozycji aktorską pogodę ducha, dzięki której postać nazwana Kobietą Bardzo Wierzącą może być szczerze zabawna, a nie karykaturowana, bez obraz i rechotu. Może być po moherowemu natrętna, nieznośna – a sympatyczna tak czy owak. Grać teatr na uśmiech – to umiejętność, by tak rzec, cenna także społecznie, szkoda że kojarzona głównie ze sztuką starszych pokoleń; młodzi artyści chętniej zdają się gonić rzeczywistość w zaciskaniu zębów.

Jerzy Święch [pytania]

Do roli Konradamaszyny, tytułowego bohatera (?) monologu Mateusza Pakuły, na Heinerowsko-Müllerowską modłę napisanego, Bartosz Szydłowski z Łaźni Nowej wziął członka zespołu Starego Teatru z najwspanialszego okresu; program specjalnie podkreśla jego udział w legendarnym "Wyzwoleniu" Swinarskiego. I maszyna się ani na chwilę nie zacięła. Tylko okazała się kontrproduktywna: świetna technika, podkręcanie głosu z szeptu do krzyku i z powrotem, uruchomienie pamięci tonu tamtych spektakli, dziś celowo łamanego jakimś zgrzytem, dysonansem – nie ewokowało w rezultacie żadnych emocji, nie otwierało jakiegokolwiek pola interpretacyjnego. Gdzie przyczyna? W anachronizmie przesłania, wykonania, kontekstu? A może to nie przypadek, że "Konradmaszyna" zakręcił się na jałowych obrotach akurat w pierwszym roku od czasów prehistorycznych, to jest od studiów, kiedy ani razu nie zaniosło mnie do Starego, bo i nic jakoś specjalnie pociągającego nie weszło tam na afisz…

Jerzy Trela [mistrzostwo]

…a Konrad-nie-maszyna od Swinarskiego, grając epizod w "Klubie polskim" powtórzył dystansujący manewr stosowany już kiedyś u Grzegorzewskiego. Wchodzi od strony widowni, jakby spoza spektaklu, taszczy krzesło na środek pustej sceny i zaczyna gadać fragmenty pamiętników szlachcica emigranta z mickiewiczowskich czasów, którego żona puszcza się z całą diasporą, a on jej perswaduje, że to despekt nie tylko dla niego, ale i dla umęczonej ojczyzny. Trzeba by mieć to nagrane, żeby zobaczyć, jak on to robi, że ton opowieści, pozbawiony łatwej kpiny jest w każdym zdaniu jednocześnie solenny i groteskowy, lojalny i prześmiewczy naraz. O prowadzeniu kantyleny słów nie wspomnę; to dziś niekwestionowany pierwszy majster polskiego słowa. Oby go podpatrywano, studiowano; ktoś się przecież, do cholery, musi tego nauczyć.

Katarzyna Ulicka Pyda [na fali]

Monolog pijanej kierowczyni volva, odjeżdżającej wężykiem od męża i jego młodocianej damskiej zabawki, popisówką jest już w tekście Doroty Masłowskiej. Ale szczególnie zabrzmiał w dobrze przemyślanej i ciekawej inscenizacji Anny McCracken w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym, która zadbała o to, by "Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku" było tak naprawdę pół jajcarskim, pół lirycznym portretem całej naszej społeczności prowincjonalnej od Warszawy po Koszalin. Robi się więc na scenie nie kabaret, ale lustro, w które dobrze wpisują się autoironiczne tony jej monologu. Umie portretować gorzką nostalgię prowincji; celne kreski w tym wizerunku dały się zauważyć już w spowiedzi powracającej z zagranic estradówki z monodramie "Kambek" w zeszłym roku, też na scenie BTD.

Paweł Wawrzecki [zwycięstwo]

Był kiedyś okropnym, drewnianym amantem; mam nadzieję, że nikt, w tym i on sam o tych rolach nie pamięta. A wypominam nie ze złośliwości, tylko z szacunku dla tego, jak potrafił się uwolnić, znaleźć w sobie vis comica, rozluźnić spięcie, wyrzucić drewniane kołki z gardła. Stać się jednym z najlepiej rozpoznawalnych aktorów swoich czasów. I ten swój sukces wnosi do "Mewy" w Narodowym, gdzie gra gościnnie Dorna. Jego mędrkujący lekarz jest i trochę tandetny, i z tej swojej tandety kpiący, nucone pod nosem operetkowe arie znamionują niby dystans, a tak naprawdę egoistyczną obojętność wobec wszystkiego, postać się rozpina między odruchami przyzwoitości, a ciągotą do zadowolonego z siebie sybarytyzmu. Świetnie to zrobione, a i obsadzone w punkt przez Agnieszkę Glińską. Obsadzanie to kunszt osobny, nieczęsty, a w aktorskim życiu często decydujący.

Marzena Wieczorek [zwycięstwo]

Najpierw widownia patrzy zdumiona na lubianą aktorkę Teatru im. Osterwy, która przebrała się i ucharakteryzowała na niewysokiego, kędzierzawego gościa, domokrążcę czy clocharda. Potem zaczyna lubić ekscentrycznego bohatera, z zawodu imitatora głosów. A potem, już oswojona, tężeje, gdy aktorka, koncertowo odmierzając napięcie, odsłania tajemnicę bohatera, gwałconego w dzieciństwie przez ojca i płacącego za to trudnym do wyobrażenia psychicznym skrzywieniem. Niezbyt finezyjnie napisany jest ten "Krzyk" Anny Burzyńskiej, ale rozplanowanie sterowania widzem (zasługa też reżysera, Andrzeja Pieczyńskiego) jest bezbłędne: zaskoczenie, zaprzyjaźnienie, współprzeżywanie, bezradność emocjonalna na finał. I gra efektem obcości (także płciowej), jak z podręcznika, dzięki niej unika się naturalizmu, który pewnie zabiłby całą rzecz. Cały Gorzów cieszył się kiedyś z sukcesu aktorki, triumfatorki którejś edycji Big Brothera; znalazłyby się, jak widać, lepszej klasy powody do dumy.

Adam Woronowicz [zwycięstwo]

Fiodor Karamazow miałby być rówieśny synom, przynajmniej z pierwszego spojrzenia? Z punktu widzenia logiki fabularnej to bez sensu, z punktu widzenia scenicznej mocy teorematu: wprost przeciwnie. Bo ostrzej się robi, gdy prowokatorem i szydercą weryfikującym postawy bohaterów nie jest mocarny, patriarchalny ojciec mający na starcie dominującą pozycję – tylko ktoś zrównany, z tej samej płaszczyzny: złośliwy, prześmiewczy anarchista, kapryśny weryfikator, clown dyskursu w gaciach i szlafroku. Raz z ikoną chrystusową, raz w roli chichotliwego diabełka. Niezwykle konsekwentnie zrealizowana wizja w spektaklu Janusza Opryńskiego w Provisorium. Radość ze świetnej roli mąci tylko świadomość, że to pierwsza robota w teatrze od półtora roku. Aktor nie ma aż tyle czasu, by go tak marnować.

Wojciech Ziemiański [na fali]

W "Utworze o Matce i Ojczyźnie" Bożeny Keff, przysposobionym we wrocławskim Polskim, po scenie pełnej szaf z afrykańskimi totemami pląsa sześć płowowłosych postaci, których słowiańskie kosy zdają się wyrastać z jednego splotu. Sześć osób, z których wszystkie są jednocześnie matkami i córkami, a niektóre mężczyzną. Nie ma tu ról, nie ma też wspaniale zarysowanego u Keff konfliktu dramatycznego, co mi pewnie najmocniej w interpretacji Jana Klaty doskwiera. Ale rezygnacja jest konsekwentna i rzutuje też na aktorstwo: monologi, songi, wypowiedzi są ciskane wprost w widownię. Nie dość, że nie ma czwartej ściany, jest, można rzec, wyłącznie dziura po czwartej ścianie; w nią idzie przekaz. I jest to granie uprawnione dziś i częste, a on fachowo odnajduje się w zadaniu. Od eksperymentów nie stronił przecież nigdy, żeby wspomnieć choćby jeleniogórskie czasy Lupy. Cóż mu dziś lniane warkocze…

Aktor ma zagrać wszystko. Byle z sensem. Co nie zawsze od niego zależy, ba, chyba wręcz najczęściej od niego nie zależy. Licznych zadań z sensem, panowie i panie, na nowy sezon życzy

Jacek Sieradzki