Subiektywny spis aktorów teatralnych

Edycja siedemnasta


Nie od dziś wiadomo, że w powodzeniu bądź niepowodzeniu roli, obok osobistych przymiotów aktora znaczną rolę odgrywa palec Boży. Nikt jednak dotąd nie definiował jego wpływu tak jednoznacznie, jak recenzentka teatralna „Naszego Dziennika”, Temida Stankiewicz-Podhorecka. Obejrzawszy w kinie Adama Woronowicza jako księdza Popiełuszkę nabrała ona pewności, że powierzenie tej roli aktorowi było aktem najwyższej łaski. „Tak to widzę, ponieważ dotychczasowe role teatralne Adama Woronowicza nie należą przecież do wyjątkowych, a nie brakuje też zupełnie nieudanych. Trudno by tu mówić o jakimś szczególnym talencie aktorskim. W najlepszym razie średniactwo i tyle. Aż tu nagle spada na Woronowicza rola ks. Jerzego. Czy aktor, któremu zostało dane takie dobro, duchowe i zawodowe, zastanawia się, dlaczego je uzyskał i jak ma je spożytkować dalej w swoim życiu?

Wątpię” – konkluduje okrutnie recenzentka i miesza z błotem role, w których Woronowicz sprzeniewierza się łasce, pnąc się, jak powiada, do kariery po drabinie z przegniłymi szczeblami. Nie jest jednak konsekwentna. Bo niby dlaczego szafarzem dobra w życiu aktora czyni Stwórcę, a za błędy zrzuca odpowiedzialność na wątłe barki ludzkie? A może to Kusiciel osobiście omamił Woronowicza i pchnął go w ramiona Sylwii nomen omen Chutnik tudzież Doroty Masłowskiej, autorek plugawych dzieł, w których aktorowi przyszło wystąpić? Koncepcja, żeby odpowiedzialnym za wybór ról uczynić siły transcendentne, przywitana zostałaby przez środowisko aktorskie z jednomyślnym aplauzem. Szept „kara Boża” słyszy się przecież i dziś nieustannie, choćby gdy przychodzi do współpracy z niektórymi reżyserami.

Żarty żartami, ale specyfika sztuki aktorskiej w samej rzeczy polega na tym, że tyleż zależy tu od człowieka, jego talentu, predyspozycji, wrażliwości i pracowitości, ile od czynników zewnętrznych: materiału, który dostanie, reżysera i partnerów, z którymi będzie pracować, otwartości odbiorców na jego propozycje – tudzież plam na słońcu, żył wodnych pod teatrem i innych okoliczności, wśród których przychylność sfer niebieskich zajmuje z pewnością poczesne miejsce. O nie zasługujących na jednoznaczne recenzenckie zbawienia lub potępienia przypadkach aktorskich traktuje ten oto „Spis” obejmujący sezon 2008/2009, sformułowany wyłącznie na odpowiedzialność piszącego (bez ambicji obiektywizowania) i uporządkowany w pięć kategorii. W ich ramach pozwalam sobie notować nadzieje co do wchodzących w zawód adeptów, patrzeć na ich starszych kolegów jak suną po fali osiągnięć, zachwycać się zwycięstwami, czyli przeskoczeniem szczególnych trudności, uchylać kapelusza przed mistrzostwem, stawiać ostrożne pytania.

*

Takie wstępy pisałem przez lat szesnaście, przygotowując „Spis” do druku w „Polityce” – także wówczas, gdy przestałem już pełnić tam funkcję stałego recenzenta. W tym roku zawiadomiono mnie u progu wakacji, że pismo także tym przeglądem nie jest już zainteresowane. Bez szczególnych uzasadnień – być może uznali, że subiektywny spis zachowań celebryckich prowadzony dowcipnie przez Kubę Wojewódzkiego wypełnia im potrzebę rozważań o współczesnej sztuce widowiskowej.

Ale materiał był zebrany. Mam przyjemność przedłożyć go czytelnikom e-teatru.

Jacek Sieradzki

Dominika Bednarczyk [zwycięstwo]

Bergman daje partytury aktorskie niesłychanie wymagające; jakaż frajda, gdy im ktoś zachwycająco sprosta. Jej Anna z „Rozmów poufnych” w krakowskim Teatrze im. Słowackiego w imię miłości i uczciwości wobec samej siebie rozbija sztywne struktury społeczne – a potem przychodzi jej zbierać w sobie skorupy i po strukturach, i po zbankrutowanych uczuciach. Trzeba widzieć, jak jej oczy zapalają się i gasną, jak sylwetka sztywnieje z wewnętrznego bólu, jak walczy i poddaje się w tej samej chwili, jak jednym gestem młodnieje o trzydzieści lat (bo w spektaklu Iwony Kempy nie ma po kolei, akcja jeździ w przód i w tył). Maestria. I dowód, że „stare aktorstwo” – oraz „stary teatr” – wciąż mogą być żywe i piękne. Tylko dlaczego tak nieczęsto?

Aleksandra Bednarz [nadzieje]

Właściwie debiut – a dojrzałość fantastyczna. W 2084, autorskim spektaklu Michała Siegoczyńskiego (koprodukcja Teatru na Woli i radomskiego Powszechnego) gra w duecie z Krzysztofem Prałatem anty-love story. Opowieść o miłości poddawanej walkowerem – ale od początku skażonej wirusem entropii. I wie, diablica (skąd?), jak między namiętne tańce, pieszczoty i smażenie czułej jajecznicy wtykać bombki nieufności, złośliwości, nieledwie sadyzmu. Bez histerii, prędzej z rezygnacją. Co dziś młodym po głowie chodzi…

Przemysław Bluszcz [zwycięstwo]

Izabella Cywińska wpuściła go, niczym szczupaka, do stawu tłustych karpi, jakim wciąż jest Ateneum, i różnicę w, by tak rzec, stylu pływania widać z każdego miejsca Sceny 61. On nie szuka sposobów na rolę, rutyniarskich wytrychów, próbuje raczej – w dość niepozbieranej sztuce, jaką jest „Miasto” Griszkowca – przepuszczać przez siebie rodzaj irracjonalnego niepokoju, niepewności, zadziwienia samym sobą i przez to napięcie kogoś, kto odczuwa niewytłumaczalną chęć ucieczki, szukać emocjonalnego porozumienia z widownią. Tak się tu raczej przez rampę nie rozmawiało, to dobry kierunek. Aliści za wycieczkę na szczyty szmiry czyli udział w „Siostrach przytulankach” na Woli należy mu się biczowanko.

Arkadiusz Buszko [mistrzostwo]

Specjalista od ruchu scenicznego (prowadził własny teatr pantomimy w Szczecinie) od czasu, gdy zgolił grzywę, gra coraz oszczędniej, można by rzec, nieruchomieje. Ale też w jego spojrzeniach rzucanych znad haczykowatego nosa jest to, czego potrzeba, zarówno w kabaretowym „Życiu/instrukcji obsługi” (szczeciński Współczesny), jak w ironicznych „Rowerzystach” (koprodukcja z łódzkim Teatrem im. Jaracza): wyrazistość, hipnotyczne skupienie plus migoczące na dnie oka iskierki drwiny. Przy tej oszczędności środków wystarcza jeden starannie wybrany gest, jedno wyrzucenie ramion w górę, żeby skomplikowana postać tancerza‑transwestyty wcielającego się w swą zamordowaną siostrę („ID”, koprodukcja Współczesnego z krakowską Łaźnią Nową) zyskała przykuwającą moc.

Aleksandra Cwen [na fali]

Ma najlepiej z licznej obsady „Aktorów prowincjonalnych” w Teatrze im. Kochanowskiego. Gdy zdezaktualizowała się parabola antysystemowa, którą stał pamiętny film Agnieszki Holland a dyskursy o odwadze i oportunizmie – tak wtedy poruszające – ugrzęzły w płaskich przekomarzankach i zakulisowym folklorze, jej dramat, zakompleksionej „eksterny lalkowej”, przegrywającej miłość, ambicje i życie, dźwięczy szlachetnym tonem. Ma w sobie pokłady niezwykłego liryzmu – pozbawionego błysku, matowego, szczerego w swoistym nieoszlifowaniu, bardziej przekonującego, niż wszelkie płomienne uniesienia, nie pierwszy już raz na opolskiej scenie.

Michał Czachor [na fali]

Jest może – jako Sergiusz Wojnicew – najzabawniejszą z pięciu pań(!) ubranych w jednakowe rubinowe suknie w „Płatonowie” Mai Kleczewskiej w bydgoskim Polskim (pod warunkiem, rzecz jasna, że nikt o powody tej maskarady nie zapyta). Cóż, gdy chwilę później ową piękną suknię i to, co pod spodem, zrzuca, dołączając do potężniejącego w polskim teatrze zastępu streep-teaserów bez sensu. Jego możliwości aktorskie z pewnością przekraczają wymiar przebieranek: ma w sobie energię i zdolność transformacji, pozwalającą na granie bardzo różnych ról, od zbuntowanych chłoptysiów po kostycznego Robespierre’a, w udanej „Sprawie Dantona” Pawła Łysaka – innego, mniej żywiołowego, bardziej zaciętego niż kreacja kolegi z Wrocławia…

Marcin Czarnik [zwycięstwo]

… który za Robespierre’a w słynnym spektaklu Jana Klaty kosi nagrody na kolejnych festiwalach. Ale i on dysponuje szerokim emploi, czego dowodem burleskowa rola w „Szajbie” Sikorskiej‑Miszczuk we wrocławskim Polskim. Czysto komediowy wygłup w karykaturze arabskiego terrorysty wyśpiewującego część swoich kwestii zająkliwą melodią muezzina, zrobiony z brawurą i fantazją, balansujący na granicy smaku, napędzany z daleka widoczną aktorską frajdą. Każdemu, najambitniejszemu nawet artyście sceny potrzebny jest raz na jakiś czas komediowy oddech, to kwestia higieny zawodowej. I naszej przyjemności.

Anna Czartoryska [nadzieje]

Gest przekazania pokoleniowej pałeczki (w pierwszych scenach Stanisława Celińska śpiewa swoim fenomenalnym głosiskiem, ona akompaniuje; w ostatnich scenach odwrotnie), gest ten jest kto wie czy nie istotniejszy dla dramaturgii spektaklu, niż cała dość rachityczna akcja wspominkowej rewii „To idzie młodość!” w warszawskim Współczesnym. Wyzwanie jest potężne. Daje mu radę prezencją, głosem i umiejętnością bycia na scenie (potwierdzoną też w drugim muzycznym spektaklu Współczesnego, w czarnej rewii „Moulin noir”), ale tak naprawdę to dopiero otwarty kredyt. Wypada trzymać kciuki, by został spłacony.

Joanna Drozda [pytania]

Żal oglądać fioletowe siniaki na kształtnych udach. Cóż, kiedy dla reżysera „Fragmentów dyskursu miłosnego” w warszawskim Dramatycznym jednym z naczelnych środków ekspresji jest niekończące się ćwiczenie „padnij-powstań” (a spektakl, o czym słyszę ze zgrozą, ma status kultowego i jacyś młodzi naprawdę gotowi uwierzyć, że na tym polega aktorstwo). Jej ofiarność wobec mniej lub bardziej dziwacznych zadań godna jest szacunku – tym mocniej smuci instrumentalno­‑or­na­men­tacyjny charakter potrzeb, do których eksperymentujący teatr chętnie dziś sprowadza aktora w imię wizji reżyserskich niekoniecznie wartych takiego, albo i jakiegokolwiek poświęcenia.

Włodzimierz Dyła [na fali]

Dolnośląski aktor, łączący w ostatnich latach pracę w wysublimowanym, offowym Teatrze Cinema z funkcją ulubieńca publiczności w kasowym „Testosteronie”, doskonale odnalazł się w poetyce burleski politycznej reżysersko‑autorskiego duetu Monika Strzępka/Paweł Demirski. W parafrazie Czechowa „Diamenty to węgiel, który wziął się do roboty” (wałbrzyski Dramatyczny) ryzykownie sprowadza swojską wersję wujaszka Wani na dno rodzimego knajactwa – by jednym, bolesnym monologiem „odrobić” całe chamstwo i wzbudzić współczucie. Przy pozornej dezynwolturze panuje nad warsztatem, precyzyjnie prowadzi postać do wyznaczonego celu. Pod warunkiem, że cel jest jasny: konia z rzędem temu, kto wie, kim właściwie jest postać, którą gra w innej propozycji duetu, w „Sztuce dla dziecka” w jeleniogórskim Teatrze im. Norwida.

Anna Dymna [mistrzostwo]

„Trylogia” według Jana Klaty, czyli wielogodzinny kabaret wokółsienkiewiczowski byłby nie do oglądania, gdyby nie zaufanie aktorów wobec reżysera i idące za tym zaangażowanie. Obsadzona w roli Baśki Wołodyjowskiej walczy o postać jak lwica – dzielnością galopad na sprężynach łóżka, czułością małżeńskich pieszczot. Nie boi się śmieszności, idzie w rolę z głową naprzód i dzięki temu inscenizatorski pomysł – że to każdy z nas w lekturze jest Baśką czy Kmicicem niezależnie od płci, wieku i tuszy – staje się sceniczną rzeczywistością. A niewykorzystaną nadwyżkę lirycznego wzruszenia pięknie pożytkuje u Piotra Cieplaka, w elegijnej interpretacji sztuki Ionesco „Król umiera czyli ceremonie” (też Stary Teatr).

Jan Englert [mistrzostwo]

Jego gościnny występ w Rozmaitościach – przez niektórych uznany za sensację – jest świadectwem normalnienia życia teatralnego, której to normalności wyrazem winien być (i zawsze był) mechanizm sukcesji a nie wojna pokoleń. Rola burżuja Paola z „T.E.O.R.E.M.A.T.-u”, który pod wpływem spotkania z nieznajomym rozdaje majątek i wędruje na pustynię, idealnie pasuje do jego dzisiejszego stylu: zdystansowanego, retorycznego, z mocnym podkładem ironii. Takie granie włożone w świetlny kalejdoskop teatru Grzegorza Jarzyny, wzmocnione używanymi tu środkami (nagość, ale dyskretna; tak też się da), znakomicie służy widowisku, a sprawdzenie się w innym otoczeniu sprawia widoczną przyjemność i aktorowi, i widzom.

Lena Frankiewicz [na fali]

Rok temu w „Polityce” Łukasz Drewniak, poproszony przeze mnie o współudział w tworzeniu „Spisu”, notował „Każdy spektakl z jej udziałem dostaje od recenzentów ocenę zawyżoną o co najmniej trzy gwiazdki: po jednej za każdą nogę”. Wzbudziło to niepokój mistrza w łowieniu lapsusów, Henryka Markiewicza: „wynikałoby stąd, że pani Frankiewicz ma aż trzy nogi” (Camera obscura w dwumiesięczniku „Dekada literacka”). Owszem, profesorze, niektóre tak mają. Zwłaszcza, gdy umieją nie tylko dobrze grać i pięknie wyglądać, ale jeszcze śpiewać popisowe songi z własnym tekstem i akompaniamentem, tudzież śmiać się w nich z samych siebie. Szkoda, że świetnej aktorsko-wokalnej etiudy nie doceniło jury XXX Przeglądu Piosenki Aktorskiej.

Wiktoria Gorodeckaja [nadzieje]

Jeśli trudny debiut jest rzuceniem na głęboką wodę, to jej przypadło forsowanie wodospadu pod prąd. Gra dziewczynę przebraną za chłopca, więc czystą konwencję, ma w tym odszukać namiętną prawdę i wyprowadzić ją spod sterty słów, z której Jacques Lassalle, reżyser mariwodażu w Narodowym nie pozwolił skreślić przecinka. Chwilami zdaje się, że polegnie: jej kawaler szastający nóżką jak pazik zda się przykurzony konwenansem jak rokokowe peruki pudrem. Ale stopniowo spod wytartych gestów wyłazi współczesna (tekst z osiemnastego wieku) fighterka uczuciowych zapasów, już niegrzeczna, coraz bardziej bezwzględna, coraz mocniej triumfująca i coraz jaśniej widząca, że wygrywając przegra. Finał śledzi się jak końcówkę psychologicznego thrillera, przedtem trzeba wypłacić się cierpliwością – ale warto!

Izabela Gwizdak [nadzieje]

Pod wodospadem wielomówstwa Marivaux gubi się wśród statystów Narodowego, ale ma na wodach stołecznych scen własny piękny rejsik w kameralnej opowieści Ukryj mnie w gałęziach drzew Studia Teatralnego Koło. To delikatna fabuła o ustronnym domu zamieszkałym przez paczkę oryginałów, który drogą spadku obejmuje dziewczyna pozornie normalna, ale pozory, jak wiadomo… Wszystko realizuje się tu w niedopowiedzeniach, niemal bezsłownych starciach, intuicyjnych sojuszach. Może i piankowe są te tajemnice, ale urok takiej pianki warto smakować. Umie to robić subtelnie i z niedzisiejszym wdziękiem, nagroda im. Jana Świderskiego przyznawana młodym aktorom przez ZASP zasłużona, ale cieszyć się trzeba nade wszystko z istnienia tego dziwnego offu podejmującego jak najbardziej „akademickie” zadania.

Małgorzata Hajewska-Krzysztofik [mistrzostwo]

Nie potrafię zachwycić się aktorstwem „(A)polonii”, choć przecież wiem, że klasa, ekspresja, skala przeżycia i napięcia dalece przewyższa przeciętną. Niezdyscyplinowanie tego wielowątkowego i wielostylowego giganta, swego rodzaju pycha kreacyjna Krzysztofa Warlikowskiego (ufundowana bez wątpienia na wirtuozerii inscenizacyjnej) sprawia, że postacie są tu trochę jak marionetki arbitralnie przesuwane, przesłaniające jedna drugą: nic nie dźwięczy do końca, ofiarne prucie się aktorów bywa tylko znakiem, jednym z wielu w mętnawym obrazie całości. Na czym tracą sekwencje tak krystalicznie czyste i mocne jak jej monolog Klitajmestry, rozpięty między żarliwą pochwałą domowego ogniska a obłędem. Nieprawdopodobnie skupiony, zapierający dech, ale czy ktoś wraca doń myślą w finale, cztery godziny później?

Jadwiga Jankowska-Cieślak [mistrzostwo]

Mogła być prawdziwym upiorem przeszłości, śnioną po nocach strzygą, złośliwym duchem niemieckiej dziewczynki żywcem pogrzebanej pod sadybą na ziemiach zachodnich – gdyby reżyserka prapremiery „Trash story” wydzieliła jej osobny sposób scenicznego istnienia, i gdyby tak rozpaczliwie nie rozsentymentalniła gorzkiego horroru Magdy Fertacz. A i tak w nieudanym spektaklu z Ateneum patrzy się tylko na nią – dziecko ze starą twarzą naznaczoną uśmiechem, w którym jest wredota, a tuż pod nią ból bezradności. Zaś w „T.E.O.R.E.M.A.T.-cie” w Rozmaitościach postać pokornej służącej pogrążającej się w ekstazie rysuje niemal bez słów, samą sylwetką, nachyleniem ciała, błogością spojrzenia. Bezbłędnie.

Sandra Korzeniak [zwycięstwo]

W „Personie” Krystiana Lupy w warszawskim Dramatycznym gra… Sandrę Korzeniak wcielającą się, dźwigającą, słaniającą pod ciężarem Marilyn Monroe, która w chwili załamania właśnie skryła się w jakiejś zdegradowanej hali, opędza się od natrętów i marzy o graniu Gruszeńki z „Braci Karamazow”. Persona typu Marilyn to osobny okaz fauny ludzkiej; Lupa kroi go na laboratoryjnym stole, przypieka okrucieństwem podglądactwa, torturuje postać coraz bardziej bezbronną, coraz brutalniej obnażaną, absorbującą ciosy do granic wytrzymałości. Czy włączenie w spektakl nakręconego na taśmie prywatnego ataku histerii aktorki, nie jest tych granic przekroczeniem? Jej ofiarność daje kreację skalą przeżycia nie mającą sobie równych w dzisiejszym teatrze, ale patrząc na nią, słaniającą się przy oklaskach, myśli się prędzej o niepoliczonych kosztach psychicznych eksperymentu, niż o jego skutkach poznawczych.

Michał Kowalski [na fali]

Czasem daje się zapędzić w sztampę – jak w „Słodkim ptaku młodości”, interesującej, ale świadomie plakatowej galwanizacji sztuki Tennessee Williamsa, gdzie był gangsterem z marnego filmu z zaczesanymi włoskami. Częściej jednak przełamuje schematy – jak w „Zwodnicy” Midlletona i Rowleya. Rolę śliskiego mordercy z miłości zaczyna z poziomu karykatury i stopniowo ją uczłowiecza, nasycając po drodze grozą. Coraz lepiej panuje nad warsztatem, a dar scenicznego przekonywania miał zawsze – od czasu, gdy go podglądałem przez judasze w celi zbudowanej w piwnicy teatru, gdzie grał monolog Stasiuka „Solo”, rozpoczynając pracę w gdańskim Wybrzeżu.

Andrzej Kozak [mistrzostwo]

W „Trylogii” według Klaty w Starym fabułę odgrywają pacjenci polowego lazaretu, któremu na imię Polska, nader odlegli „w realu” od po­wieś­cio­wych wcieleń. Jego Wołodyjowski w szpitalnych gaciach jest przepoczciwym sa­fan­du­łą; kontrast rycerskich gestów z cherlawą postawą i cichutką mową budzi salwy śmiechu może najpotężniejsze tego długiego wieczoru. Ale gdy pod koniec zaczyna, nie podnosząc głosu, swoje przedśmiertne „Widzisz, Baśka…”, cisza w teatrze dzwoni jak spiż armat hetmana Sobieskiego. Stary chwyt, zawsze skuteczny; nie ma co się wstydzić takich wzruszeń.

Barbara Krasińska [zwycięstwo]

Powab jej głębokiego altu nie ma sobie równych; Poznań winien kochać się w tym głosie. Zwłaszcza, że pomogła wygrać Powstanie Wielkopolskie (ściślej pomogła grana przez nią femme fatale w obrazku Pawła Kamzy „Kiedy świat był młody”). Śpiewa tam melancholijne songi, nadto ma zwariowaną rolę ożywionej automatycznej sekretarki w „Walizce” Sikorskiej‑Miszczuk, kilkoma kreskami szkicuje Kazię w świetnej adaptacji „Panien z Wilka” – zawsze ściągająca oko, nieoczywista w reakcjach, intrygująca niedopowiedzeniami, tajemnicza, uwodzicielska. Może ostatnio odrobinę zbyt słodka, ale przecież potrafi przygrać ostrzej (vide lady Makbet w poznańskim Biurze Podróży sprzed paru lat) i pewnie w Polskim też zobaczymy ją taką jeszcze nie raz.

Jacek Łuczak [mistrzostwo]

Młodzi się kochają a jej starzy marzą o lepszej partii, więc trzeba wynająć fałszywego, odpowiednio karykaturalnego absztyfikanta, by wybić im z głowy snobizm. Taką farsetkę w stylu polskiego kina lat trzydziestych popełnił Juliusz Machulski dla łódzkiego Powszechnego i nie za wiele dało się z niej wycisnąć, choć reżyserka i aktorzy dołożyli starań. Przy okazji jednak epizod łże‑narzeczonego (pseudo‑arystokraty) w jego wykonaniu przerodził się w ekwilibrystyczną etiudę burleskową klasy, jakiej scena właściwie już nie widuje: w brawurowy zestaw niemądrych kroków, nerwowych ticków, kogutów w głosie, szaleństwa w geście. Buster Keaton by się uśmiechnął, a Wiesław Michnikowski poklepał po ramieniu. Niechże ta tradycja nie zginie!

Sławomir Maciejewski [zwycięstwo]

Jeśli gdzieś na polskiej scenie migocze odblask aktorstwa Tadeusza Łomnickiego, to może najprędzej w jego pracach. Podobną metodą rzeźbi postacie: metodycznie, analitycznie, chętnie sięgając po zewnętrzne środki transformacji: grymasy, charakteryzację, wykalkulowany gest i ruch. Umie precyzyjnie wyliczać efekt – crescendo szaleńczego wybuchu zazdrości w Bergmanowskich „Rozmowach poufnych” (gościnnie w krakowskim Teatrze im. Słowackiego) jest tu modelowe. I czasami zapamiętuje się w graniu zbyt głęboko: jego Bernard z Clairvaux w „In Extremis” (macierzysty toruński Teatr im. Horzycy) tak celebruje widowiskowe dziwactwa, że gubią się proporcje podstawowego starcia racji w sztuce Howarda Brentona. Mistrzowi też się zdarzało.

Rafał Maćkowiak [zwycięstwo]

W „T.E.O.R.E.M.A.T.-cie” Grzegorza Jarzyny w Rozmaitościach przybycie nieznajomego, który odmieni wszystkich bohaterów poprzedzone jest anonsem: posłaniec przynosi depeszę „Przyjeżdżam jutro”. Rólki tego Hermesa w gruncie rzeczy nie ma z czego zlepić. On ją buduje z Chaplina. Nie z atrybutów zewnętrznych (nie ma laski, melonika, buciorów) – ale z żywości ruchów i szerokiego uśmiechu kudłatego przybysza, wewnętrznie rozchichotanego tym, co tu nastąpi, samą ekspresją ruchową rozbijającego marazm burżujskiej egzystencji. Tak prosty i tak celny patent, chapeau bas.

Grzegorz Małecki [na fali]

Rola w „Umowie” Marivaux jest, miejmy nadzieje, przełomem: dotychczasowe zaszufladkowanie w Narodowym w epizodach misiowatych, błaznujących młodzieńców było zabójcze. U Lassalle’a całe zadanie polega na stopniowym wydobywaniu rzeczywistej, silnej choć mało urodziwej indywidualności spod lukrowanego konwenansu pięknych słówek; przeprowadza to odsłonięcie precyzyjnie i chłodno, bez prób podobania się widowni. Co go otwiera na nowe zadania, które oby przyszły: jałowa konwencjonalność takich kostiumowych recytacji jak „Wiele hałasu o nic” na tejże scenie to najgorsze, co mogłoby go – i nas – spotkać.

Anna Moskal [zwycięstwo]

Adaptacja „Kieszonkowego atlasu kobiet” w warszawskim Powszechnym musi się wydać przyzwoitym, rzetelnym teatrem – pod warunkiem, że nie weźmie się do ręki książki. Konfrontacja z oryginałem ukazuje bowiem, że nic nie jest tam tak poukładane, uporządkowane, jak w scenicznej wizji Waldemara Śmigasiewicza. I właśnie anarchistyczna, rozbijacka natura jej aktorstwa, kwestionowanie oczywistości, prowokacyjność, wybijanie z łatwych ocen jest tu stosunkowo najbliższe prozie Sylwii Chutnik, ratuje honor. Niepokój, chęć do rozsadzenia nazbyt gładkiej narracji widziało się u niej i w innych produkcjach Powszechnego, choćby w „Językami mówić będą” Bovella. Nowe emploi: pierwszej niespokojnej? Bardzo w tym teatrze przydatne.

Adam Nawojczyk [na fali]

Nie dziwota, że dostał w Grazu nagrodę na festiwalu spektakli stworzonych z blogów (jest i taki; czego jeszcze festiwalomaniacy nie wymyślą!). Dorota Masłowska na podstawie czyichś autentycznych zapisków napisała mu świetną solową etiudę zbudowaną wokół najciekawszego aspektu blogomanii: niepewnej tożsamości. Zagrał („Blogi.pl”, Stary Teatr) rozkosznego hermafrodytę zmieniając głos z męskiego na kobiecy, operując przesadnym gestem, balansując między demonstracyjną zniewieściałością a prężeniem męskich mięśni, dowcipnie, elegancko i popisowo. O występie w „(A)polonii” w pozie nagiego posągu z tekstem „Apollo, kurwa, belwederski” na ustach nie da się tego niestety powiedzieć, ale to mielizna przedstawienia, nie wpadka aktora.

Paweł Paprocki [pytania]

Czy rzeczywiście potrafi sam wygrać trudne leworęczne pasaże „Etiudy rewolucyjnej” Chopina, czy ma świetny playback – to główne pytanie do jego występu w wystawieniu „Marata/Sade’a” w Narodowym. O sens roli nie jego trzeba pytać, choć żarliwości i fachowości nikt mu nie odbierze. Niepodobna jednak serio rozważać postępowania jego Marata (jako rewolucyjnego wodza mimo woli) w inscenizacji, która wśród zbiorowych gimnastyk, rozbieranek i fortepianowego wirtuozerstwa nawet nie próbuje określić, czym ma tu być rewolucja i w jakiej rzeczywistości ma się zakotwiczyć. Szkoda rzetelnego wysiłku.

Karolina Piechota [nadzieje]

Tytułowa „Zwodnica” w gdańskim Wybrzeżu, odświeżenie późnoelżbietańskiego tekstu, jest w znacznym stopniu jej popisem. Temat żeńskiego egoizmu, wynaturzonego, pozarozumowego, skrzywionego w kiczowatym otoczeniu, ukazuje w rozmaitych rejestrach, od siusiumajtkowej nieporadności po wyrafinowane techniki uwodzenia, niezwykle zręcznie zmieniając tonacje i zachowując dystans, charakteryzujący zresztą całe widowisko. Buduje portret nader jadowity: nie z siedemnastowiecznej literatury, lecz z dyskoteki, głupiego kina i piśmideł dla dorastających panienek. Szacunek dla wyrazistej osobowości – aczkolwiek z jej ambitnego zamiaru przygotowania solowego recitalu songów Brechta nie wyszło nic ciekawego: za wcześnie.

Mariusz Pogonowski [na fali]

Postawny, przystojny, nie od dziś jest pierwszym amantem płockiego Teatru im. Szaniawskiego, grywa duże role – ostatnio tytułową postać w „Obywatelu M.” persyflażowej opowieści Macieja Kowalewskiego o biografii Leszka Millera; jest w niej rzetelny i fachowy. Ale mu to nie wystarcza: po godzinach w zdobytej na mieście małej piwniczce pruje się z kolegą (Teatr Per Se) w serii dwuosobowych starć, ogniskujących się wokół problematyki przemocy. Siła tych etiud­‑po­je­dyn­ków jest imponująca, cel niekoniecznie jasny, ale liczy się mówienie na własny rachunek. „Aktor z dużymi możliwościami w poszukiwaniu wyzwań” – ileż tego rodzaju anonsów brzmi bezdźwięcznie ze scen mniejszych i większych bud, jak Polska długa i szeroka…

Anna Polony [mistrzostwo]

Jeśli nawet zżymać się na nadmiar sentymentu w krakowskiej inscenizacji „Król umiera” Ioneski, nie zmienia to faktu, że jej wejście na scenę z kartonowym, używanym w wyprowadzkach pudłem, w którym leży peruka Muzy z „Wyzwolenia” Swinarskiego, jest szokiem dla sporej paczki świadków tamtych tryumfów Starego Teatru, też już skądinąd powoli schodzącej z widowni. W samej roli żadnego mazgajstwa nie ma: jest mnóstwo kostycznego humoru, pokłady autoironii. Pewnie i trzeźwa świadomość, że teatr przemija prędzej niż jakakolwiek inna sztuka. Ale nie ma rady: coś drapie w gardle i nie jest to kurz sceniczny w dobrze dziś wentylowanej sali.

Krzysztof Prałat [na fali]

Drągalowaty, z aparycją nieśmiałego, przerośniętego młodziana może mieć dość ograniczone szanse obsadowe – chociaż ze stereotypu „ciapowaty inteligent wobec jurnego prostaka” wyszedł obronną ręką w prapremierze „Dawaj” Mariusza Bielińskiego w macierzystym radomskim Powszechnym. Duet z Aleksandrą Bednarz w „2084” Michała Siegoczyńskiego, owa opowieść o miłosnym walkowerze, to granie na półtonach, łączenie męskiej opiekuńczości z wymykającą się spod kontroli samczą wrednością, spojrzenie, w którym jest czułość – i odpuszczenie: „nie da się”. Rzadki koncert gry dwojga młodych aktorów, z których on, doświadczeńszy, uzupełnia jej żywiołowość zawodową samokontrolą. Sfilmować.

Kinga Preis [pytania]

Dlaczego ubrana w podlotkowate podkolanówki snuje się po scenie wrocławskiego Polskiego w „Cząstkach elementarnych”, nie mając nic do grania? Dlaczego do grania ma grubo za wiele, gdy musi w kimonie i japońskiej peruce deklamować podhalańską gwarą kawałek opowiadania Kazimierza Przerwy‑Tetmajera o wyrodnym góralu i nieszczęsnej matce (gdyby Państwo nie wiedzieli, w jakiej się to dzieje roli, to śpieszę poinformować: w roli Izabeli Łęckiej, w „Lalce”)? Na szczęście w „Szajbie” Sikorskiej­‑Miszczuk może bez takich obciążeń sunąć czystą farsę: umie wszystko, więc i rozśmieszać od kulisy do kulisy też. A i tak na tle wygłupów reżyserskich ta błazenada to szczyty scenicznego sensu.

Jerzy Radziwiłowicz [mistrzostwo]

Przechlapany sezon. Najpierw cierpiał za przeszłe i przyszłe winy mężczyzn w babskiej „Ifigenii” Antoniny Grzegorzewskiej. Potem – też w Narodowym – za pedanterię Jacques’a Lassalle’a, godzinami recytując (przełożone przez siebie!!) mądrulki sługi­‑fi­lozofa z „Umowy” Marivaux, proszące się o ołówek jak krowa o udój. Za to roli, którą powinien zagrać natychmiast – jeszcze nie zagrał. Każdy, kto był świadkiem odczytania w Instytucie Teatralnym scenariusza „Fantazego” (przymie­rza­ne­go ongiś do filmu przez Konrada Swinarskiego) wie, że rolę Rzecznickiego ma na końcu języka: wymyśloną, wewnętrznie usłyszaną, żywą. Trzeba mu tylko znaleźć partnerów i jeszcze – bagatela! – jakiegoś reżysera do sensu.

Rafał Rutkowski [na fali]

Montownia od lat jest fachowym kwartetem w pogoni za nutami: co by tu zagrać. Z jednej strony ćwiczą z Piotrem Cieplakiem liryczno‑egzystencjalny scenariusz bez słów, ambitny choć błahy, z drugiej wynajmują się jako brygada komików Krystynie Jandzie do „Boga”. Z trzeciej odgrzewają zwietrzałego „Edmonda" Davida Mameta, gdzie ich umiejętność celnego, skrótowego szkicowania sylwetek scenicznych świetnie się sprawdza, ale widowisko wagę ma piórkową. Urywając się na chwilę kolegom samodzielnie uruchomił w Warszawie scenę kabaretowych monologów. Etiudy widowiska „To nie jest kraj dla wielkich ludzi” są niegłupie i porządnie wykonane, ale przecież nie wystrzałowe: ot, przyzwoity kabaret. Wciąż od tej firmy chciałoby się więcej: pewnie ich to i cieszy, i doprowadza do rozpaczy jednocześnie.

Patrycja Soliman [na fali]

Musi nosić na czole niezłą śliwę, skoro niezgrabne umizgi krótkowzrocznej panny w „Lekkomyślnej siostrze” kończy walnięciem łbem o stół. Po co tak mocno? Ma przecież w sobie rodzaj elektryzującego erotyzmu scenicznego, prawdy uczuć, każącej widzom brać za dobrą monetę jej działania – i wtedy, gdy w wielkich okularach i grubych rajstopach kokietuje amanta i wtedy, gdy w lirycznej sekwencji „Marata/Sade’a; też Narodowy) staje na wielkiej scenie, by tak rzec, naturalnie naga. To rodzaj organicznego splecenia intencji, działań i impulsów, nieczęsty dar sceniczny, pięknie rozwijany ze spektaklu na spektakl – choć trzeba z przykrością przyznać, że retoryczna drętwota „Wiele hałasu o nic” potrafiła i ową naturalność stłamsić właściwie do zera.

Danuta Stenka [mistrzostwo]

Pomysł na nią w roli markiza de Sade to wytrych, koncept, wydmuszka; przecież idei (realizowanej w finale spektaklu Mai Kleczewskiej w Narodowym) iżby Marat wpadał w ramiona sfeminizowanego de Sade’a jak w objęcia matki, niepodobna traktować poważnie. W siwej peruce i sztucznych zmarszczkach wielkie monologi mówi czysto technicznie: sprawnie i zrozumiale, choć bez zaangażowania. Aktorka tej klasy rzecz jasna to potrafi, ale trochę szkoda jej energii. Zwłaszcza, że druga ważna rola sezonu – w „T.E.O.R.E.M.A.T.-cie” z Rozmaitości – też jest przynajmniej w pewnym stopniu techniczna: bezbłędna, owszem, ale nie otwierająca nic nowego, nie pokazująca czegoś, czego byśmy nie widzieli. Co nie jest przyganą; najwyżej oczekiwaniem.

Danuta Szaflarska [mistrzostwo]

Nie taką, ostrzejszą, nawet nieznośną Osowiałą Staruszkę obsesyjnie pamiętającą tylko wrzesień 1939 stworzyła Dorota Masłowska w sztuce „Między nami dobrze jest”. I z pewnością o wiele mniej uprzejmie obszedł się z wtrącalską i wszędobylską mamusią swego alter ego Václav Havel w „Odejściach”. Ani Grzegorz Jarzyna w Rozmaitościach, ani Izabella Cywińska w Ateneum nie poważyli się jednak na jotę odjąć jej ciepła, mądrości, uroku. I dobrze, bo to przecież wartość sama w sobie, niezależnie od interpretacyjnych powikłań. Ktoś tamto jeszcze zdąży zagrać bliżej autorskich intencji, a my mamy ją – taką, jaka jest. I miejmy zawsze.

Andrzej Warcaba [zwycięstwo]

Znalazł fenomenalny ton‑ekwiwalent dla „Barbary Radziwiłłówny z Jaworzna‑Szcza­kowej”. Nie dla gejowszczyzny powieści Michała Witkowskiego, dla jej tematu. Jego monolog – no, dobrze, dyskretnie miękki, egzaltowany – jest nade wszystko brawurowym galopem przez Polskę minorum gentium z ostatnich lat, przez światek handlowych przyczep i pawilonów, prowincjonalnej finansjery i biznesu, handlarzy biżuterią i fundatorów złoceń w Licheniu. Aktor przemierza to egzotyczne terytorium z ponaddźwiękową szybkością, wysysa z prozy całą ekspresję, odciska w gwałtownych reakcjach: tworzy obraz, który – zbudowany tylko ze słów – zda się olśniewająco pełny. Dodatkowe zbiorówki z kolegami‑aktorami Teatru Śląskiego im. Wyspiańskiego w Katowicach wręcz psują efekt – choć są niezbędne, bo bez takiego oddechu z aktora po dwóch godzinach szalonej relacji/kreacji byłaby mokra plama.

Justyna Wasilewska [nadzieje]

Potrafiła przekonać do siebie jurorów XXX Przeglądu Piosenki Aktorskiej dobrym głosem, rozumieniem sensu śpiewanych tekstów – i żarliwością, cokolwiek naiwną. Zobaczymy, czy wypełni rozbudzone nadzieje; na razie trudno we wrocławskim występie dopatrywać się indywidualnej interpretacji. A w debiucie aktorskim, na scenie łódzkiego Teatru im. Jaracza też o to niełatwo, albowiem Agata Duda‑Gracz meblując po swojemu „Otella” zrobiła z niej dzidzię, pojawiającą się na scenie w szlafroku z naszytych na siebie pluszowych białych misiów a potem jedynie histeryzującą, gdy bije ją, rzuca o ziemię i poniża…

Andrzej Wichrowski [na fali]

… nie żaden Maur, tylko leciwy białobrody dowódca, pyszny, władczy i seksistowski. Szekspirowską tragedię sprowadzoną do męskich intryg i babskiego poniżenia reżyserka wypełniła efektownymi obrazami, ale psychologicznie stanęło to na poziomie agitki. Więc i on tej, popisowej przecież, roli nie wpisze między szczególne osiągnięcia: zredukowane do rudymentów zadanie wypełnił poprawnie, co najwyżej ciesząc się, że nowoczesny teatr nie każe już Otellom mazać się szuwaksem na czarno. Dużo głębsza, choć z pozoru mniej wdzięczna wydaje się rola w adaptacji „Bram raju” Jerzego Andrzejewskiego: spowiednik z tężejącą z przerażenia, nieruchomą twarzą w udanym przedstawieniu Małgorzaty Bogajewskiej.

Adam Woronowicz [na fali]

Można zrozumieć (nie akceptując bzdurnego rozumowania) rozgoryczenie recenzentki „Naszego Dziennika” cytowanej tu na wstępie: rozkochany w sobie, kretynoidalny reżyserek­‑dyktatorek, niedoszły twórca filmu „Koń, który jeździł konno” ze sztuki Masłowskiej „Między nami dobrze jest” to postać stojąca na antypodach hagiograficznie potraktowanego Popiełuszki. A grana jest z równą powagą: aktor wyczuł, że tylko maksymalna powściągliwość środków w kontraście z napuszeniem przyniesie wyrazisty efekt. Gorzej od popisowego występu w Rozmaitościach wypadły prace w macierzystym Powszechnym: niewdzięczna rola spinacza epizodów w „Kieszonkowym atlasie kobiet” a w nieudanym „Przebudzeniu wiosny” anachroniczno‑de­mo­ni­cz­ny „Człowiek w masce”. Może w nowym sezonie nieba będą łaskawsze?

Beata Zygarlicka [zwycięstwo]

Trzeba nieprawdopodobnej odwagi, by siąść metr od publiczności z opowieścią o nieszczęsnej enerdowskiej sportsmence tak faszerowanej chemią że zmienionej w mutanta o zamazanej płciowości. Z opowieścią o dylematach człowieczej identyfikacji („ID”, koprodukcja szczecińskiego Współczesnego z krakowską Łaźnią Nową), przetransponowanych na jej ciało zdeformowane, pobrzydzone, wyzbyte cienia kokieterii w imię mocy przekazu. Spreparowaną siebie prezentuje publiczności z chłodem entomologa omawiającego odnóża owada. Z pobłażliwie drwiącym uśmiechem rzucanym widowni: a czy wy potrafilibyście tak bezkompromisowo wziąć siebie na widelec?

Najczęściej nie potrafimy. Więc dobrze, gdy artyści sceny mądrze i mocno robią to za nas.

Jacek Sieradzki