Brat naszego Boga -  Karol Wojtyła - Jan Paweł II

Czas akcji: przełom XIX i XX wieku.

Miejsce akcji: pracownia malarska, miejska ogrzewalnia, ulica, konfesjonał.

Obsada: 3 role kobiece, 17 ról męskich i epizody.

Druk: Karol Wojtyła "Poezje, dramaty, szkice", Znak, Kraków 2004.

 

Dramat o Adamie Chmielowskim - Bracie Albercie, założycielu zakonu albertynów.

Dramat rozpoczyna się w pracowni malarza Adama Chmielowskiego. Jego przyjaciele - Maks i Stanisław rozmawiają o swoim stosunku do sztuki i o odbiorze sztuki przez publiczność. W tę dyskusję włączają się: aktorka Pani Helena i jej mąż, którzy w międzyczasie przychodzą do pracowni oraz Jerzy z Lucjanem, dwóch przyjaciół, którzy szukając Adama Chmielowskiego także się tam zjawiają. W pewnym momencie rozmowa zaczyna dotyczyć Adama i jego malarstwa. Wszyscy przyznają, że Adam nie jest typowym malarzem, nie traktuje malarstwa jako swego zawodu, jak pozostali zgromadzeni w pracowni, ale malarstwo jest jego posłannictwem. Jest bardzo utalentowanym artystą, ale przede wszystkim niezwykle wrażliwym człowiekiem. Maks przytacza na dowód historię, jak to bogaty kupiec przyszedł do Chmielowskiego zamówić portret, a malarz zaczął go przekonywać, że powinien podzielić się swoim majątkiem z bezdomnymi. Lucjan natomiast opowiada, jak niedawno wracali grupą z wizyty u Hrabiego i złapała ich po drodze śnieżyca. Schowali się w najbliższej bramie i - jak się okazało - trafili do przytułku dla bezdomnych. Ta wizyta była przełomem w życiu Adama Chmielowskiego. "Odtąd przestał należeć do siebie" - określa stan przyjaciela Maks. "Przestał należeć do swojej sztuki. Maluje ukradkiem i przypadkowo." Do pracowni, która jak się okazuje zawsze stała otworem dla zwiedzających, przybywa Teolog z matką, której chce pokazać religijne płótna Chmielowskiego. Przychodzi Adam. Rozpoczyna się dyskusja na temat odpowiedzialności jednostki za społeczeństwo. Chmielowski jest zdania, że każdy jest odpowiedzialny za panujący układ społeczny, który dopuszcza do istnienia biedy. Od czasu wizyty w przytułku, pracownia Adama stała się miejscem, gdzie wielu znajduje schronienie. On sam jeszcze broni się przed nowym powołaniem. W trakcie tych dyskusji do pracowni przybył Człowiek Nieznajomy Nikomu, który dopiero, kiedy zostaje sam z malarzem, po wyjściu pozostałych gości, zaczyna rozmowę z Adamem. Rozmawiają na temat gniewu, który drzemie w masach i gniewu, który rodzi się także w Adamie. Jego przyjaciele chcą, by on ten gniew zamienił na malarskie wizje, ale Nieznajomy uważa, że powinien on ten gniew wykorzystać w inny sposób - uświadamiając masy o ich sile, nakłaniając do buntu.

W miejskiej ogrzewalni dla bezdomnych pozbawieni domu i pracy ludzie narzekają na swój los. Przychodzi do nich Adam. Przynosi im jedzenie i odzież. Jednemu z bezdomnych obiecuje znaleźć pracę. Ale nie wszyscy chętnie przyjmują Chmielowskiego. Są tacy, którzy uważają go za zwariowanego bogacza i chcą przegonić. Dochodzi do bójki między bezdomnymi, w obliczu której Chmielowski jest całkowicie bezradny. Wychodzi z ogrzewalni. Idąc ulicą rozmawia sam ze sobą, czy raczej ze swoim wewnętrznym głosem. Rozum podpowiada mu, żeby nie walczył z ubóstwem, bo to walka z góry skazana na przegraną. Ale kiedy pod latarnią Adam widzi bezdomnego, ledwo trzymającego się na nogach człowieka, bez wahania zabiera go ze sobą. Widzi w nim Chrystusa.

Chmielowski namalował obraz "Ecce Homo", postać Człowieka-Chrystusa i rozmawia z widocznym na obrazie wizerunkiem. Uważa, że obraz nie jest najlepszy. Ale też wyznaje Bogu, że ciężko mu jest wybrać jedno z dwóch powołań. Czuje, że nie powinien malować, ale nie ma pewności, czy dobrze służy tym, którzy jego pomoc odtrącają. Tymi rozterkami dzieli się też ze swoim spowiednikiem, który ma dla niego tylko jedną radę: "Daj się kształtować miłości." Chmielowski wraca więc do ogrzewalni z jedzeniem i odzieżą, jak poprzednio. Bezdomni dziwią się, że Adam jest malarzem, a nie bogaczem, który dając biednym pozbywa się jedynie niepotrzebnych łachmanów. Adam uświadamia sobie, że ubodzy też mają swoją godność.

Adama odwiedzają Wuj Józef i Siostra Marynia. Namawiają go, by pojechał na wieś odpocząć. Wuj Józef prowadzi na wsi sierociniec dla chłopskich sierot. W rozmowie z nim Adam zaczyna rozumieć, co znaczy miłosierdzie. Pojmuje, że miłosierdziem należy się kierować.

Adam został kwestarzem. Kwestuje na rzecz miejskiej ogrzewalni. Spotyka przy tym Człowieka Nieznajomego Nikomu, który uważa, że takim postępowaniem Adam niczego nie zmieni, miłosierdzie nie poprawi sytuacji bezdomnych. Umawiają się w ogrzewalni. Kwestującego Adama spotykają zdumieni przyjaciele wracający z premiery w teatrze. Adam jednak nie dołącza do nich, kwesta i spotkanie w ogrzewalni są dla niego ważniejsze. W ogrzewalni Nieznajomy przemawia do bezdomnych i namawia ich do buntu przeciw bogatym, ale nikt nie rozumie jego wezwania. Bezdomni uważają, że jest on kolejnym, który tylko coś obiecuje. Adam tłumaczy mu, jak należy kierować gniewem drzemiącym w biedocie. "Ja chcę jedynie wychować ten gniew. Co innego przecież znaczy wychować słuszny gniew, sprawić, ażeby dojrzał i objawił się jako siła twórcza - a co innego wyzyskać ten gniew, posłużyć się nim jako surowcem, nadużyć go."  Adam mówi o konieczności przeprowadzenia rewolucji duchowej. Nieznajomy chciał, by bezdomni ruszyli za nim, a Adam mówi, że to on pójdzie za nimi. I postanawia zostać w ogrzewalni.

Minęło kilkanaście lat. Miejska ogrzewalnia stała się schroniskiem dla bezdomnych. Prowadzą je zakonnicy, dawni żebracy. Adam stał się Bratem Albertem, który codziennie wyrusza z wózkiem do miasta, by zdobyć jakieś produkty. Zakonnicy nie do końca rozumieją znaczenie ubóstwa tak, jak rozumie to Chmielowski. Żebracy, stając się członkami zakonu ubogich, godzą się ze swoim ubóstwem. Brat Albert tłumaczy zakonnikom, że ubóstwo jest cierpieniem, które ich zbliża do Boga i daje im wolność. "Bo przedtem byłeś ty - nędzarz, a nad twoją nędzą wiało pustką. Odkąd zbliżyłeś się do Niego, upadek twój przemienił się w krzyż, a niewola twa w wolność."

Do schroniska wracają bracia z kwesty na mieście i opowiadają, że zaczęły się strajki robotników i zamieszki. Brat Albert nie jest tym zdziwiony. "To musiało przyjść" - mówi. I kończy: "Wiem jednak na pewno, że wybrałem większą wolność."