Trzy wysokie kobiety -  Edward Albee

Czas akcji: druga połowa XX wieku.

Miejsce akcji: Stany Zjednoczone Ameryki Północnej.

Obsada: 3 role żeńskie, 1 rola męska.

Druk: "Dialog" nr 1/1995.

A, B i C są w sypialni A. A ma dziewięćdziesiąt dwa lata, jest zamożna, ma szofera, kucharkę, pielęgniarki. Nosi piękną koszulę nocną i peniuar, jest starannie uczesana i umalowana. Porusza się z trudem, nie zawsze panuje nad czynnościami fizjologicznymi. Umysł pracuje jeszcze dość sprawnie, choć czasem mówi chaotycznie i zapomina, o czym mówiła Jest marudna - wciąż ma pretensje do opiekującej się nią B, że nie jest dość troskliwa ("Nie uważasz! Specjalnie tak robisz, żeby mnie bolało!"), że o nią nie dba. Gdy B zostawia ją samą w łazience, A wraca po chwili krzycząc: "Człowiek mógłby umrzeć! Mógłby się przewrócić, coś sobie złamać! [...] I nikt by się nawet nie zainteresował!" Na złość B tłucze szklankę i cieszy się z tego jak dziecko, które spłatało figla. Jest podejrzliwa wobec otoczenia, wszystkich posądza o złe intencje, a zwłaszcza o to, że ja okradają. Wrzuca niezapłacone rachunki do szuflady albo nie podpisuje czeków.

B, opiekunka, ma pięćdziesiąt dwa lata. "Wygląda mniej więcej tak, jakby wyglądała A, mając pięćdziesiąt dwa lata". B zdążyła się już przyzwyczaić do dziwactw, wymówek i niewdzięczności starszej pani. Jest cierpliwa, we wszystkim jej ustępuje, potrafi ją uspokoić, a nawet rozśmieszyć. Trudno ocenić, w jakim stopniu kieruje nią życzliwość i współczucie, a w jakim troska o własną wygodę i święty spokój.

C przybyła niedawno do domu A; została przysłana przez jej adwokata, żeby namówić starszą panią na uporządkowanie spraw finansowych. C ma dwadzieścia sześć lat i "wygląda mniej więcej tak, jakby wyglądała B, mając lat dwadzieścia sześć". C jest bardzo zasadnicza: prostuje informację na temat wieku A (ma dziewięćdziesiąt dwa, a nie dziewięćdziesiąt jeden lat), ironicznie komentuje jej słowa albo nawet drwi, gdy staruszka rozmija się z prawdą. Denerwuje ją rasizm i antysemityzm A. Mimo to w dziewczynie jest wiele współczucia dla starszej damy, więcej może nawet niż w opiekunce. C nie ma doświadczenia w opiece nad starcami, jest zaszokowana i przerażona starczą demencją. To zresztą nie tylko współczucie, lecz także lęk przed przyszłością ("Nie umiem sobie wyobrazić siebie w tym wieku"). B jest bardziej doświadczona i dwukrotnie starsza. Nie boi się mówić o śmierci, zdaje sobie też sprawę, że ciało wcześnie się starzeje: "Ukończenie szesnastu lat to początek końca. Dla wszystkich, bez wyjątku. [...] Chciałabym, żeby dzieci się tego uczyły. [...] niech mają świadomość, że czasu jest bardzo mało, niech wiedzą, że od chwili narodzin zaczynają umierać".

A opowiada o swojej młodości, o rodzicach "surowych, ale sprawiedliwych", o adoratorach swoich i swojej siostry, o małżeństwie, kosztownej biżuterii, którą dostawała od męża, o jego zachciankach erotycznych, stajni, którą posiadali, wyścigach, w których brali udział. Gdy dochodzi do bolesnych wspomnień, choroby męża i alkoholizmu siostry, do tego, że wszyscy ją nienawidzili, bo była silna, A nagle traci przytomność; B sądzi, że dostała wylewu. Wzywa lekarza i każe C zadzwonić do syna A.

Okazuje się, że A, B i C są jedną osobą - B jest A w wieku pięćdziesięciu dwóch lat, natomiast C - A w wieku dwudziestu sześciu lat. A nie odzyskała przytomności, jej ciało leży w łóżku, a ona w tym czasie spotyka się ze swoimi młodszymi wcieleniami. Opowiada B, co się z nią stanie w ostatnim okresie życia (przeżyje z mężem jeszcze czternaście lat, matka zamieszka z nią na starość) i wspólnie z B opowiada C, jak się potoczą jej losy (pozna swojego przyszłego męża za dwa lata, będzie miała syna, ojciec umrze na zawał). C, podobnie jak C z pierwszego aktu, jest zasadnicza. Jest przy tym pełna optymizmu: wierzy w miłość i monogamię, wierzy, że wszystko, co najlepsze, jeszcze przed nią. A i B odnoszą się do niej ciepło, ale pobłażliwie; upominają ją ("Bądź dorosła..") i odzierają ze wszystkich złudzeń. Nie jest prawdą, że przez kolejnych dwadzieścia sześć lat czeka ją tyle co dotąd przyjemności. Wszyscy, którzy tak mówią - rodzice, nauczyciele - kłamią. "Opowiadają ci tylko, że jeszcze wszystko przed tobą, że masz wspaniałe perspektywy, a wszystko inne przemilczają. Zresztą może to i dobrze, bo inaczej nastolatki masowo popełniałyby samobójstwo". W końcu okazuje się bowiem, że "książę z bajki ma takie poczucie moralności jak ostatni szczur z rynsztoka". B, mówiąc o tym C, pełni wobec niej taką sama rolę, jaką pełniła w pierwszym akcie - jest w niej ta sama mądrość zaprawiona goryczą: "w tym momencie życia najbardziej podoba mi się to, że przez tyle rzeczy nie muszę już przechodzić i że to wcale nie oznacza, że wszystko już się skończyło - dla mnie przynajmniej. Otwiera się nowa perspektywa - kolejne etapy degrengolady, starzenia się, popadania w dziwactwa. I jakie to naprawdę ciekawe". Znów próbuje oswoić C ze śmiercią ("Warto o tym myśleć - nawet kiedy się ma tyle lat, co ty").

C dowiaduje się, że wyjdzie za człowieka, który będzie ją zdradzał i któremu ona też nie będzie wierna; mimo to nie odejdzie od niego i będzie się nim opiekować, gdy on w męczarniach długo umierać będzie na raka. Syn, wyrzucany ze wszystkich możliwych szkół, odejdzie z domu, gdy dowie się o zdradach matki; choć po latach będą się spotykać, do końca pozostaną sobie obcy - ona mu nigdy nie wybaczy. A i B odzierają też młodzieńcze zachowania C ze szlachetnych pobudek (A mówi do C: "Ja to pamiętam nieco inaczej, moja mała. Pamiętam, że był wyraźniejszy... zamysł. Pamiętam, że była odrobina wyrachowania").

C najpierw zastanawia się, w jaki sposób stała się czy też stanie B i A ("W jaki sposób się zmieniałam? Co się ze mną stało!?"), a potem buntuje się przeciw takiemu losowi: nie chce być taką żoną, ani taką matką; nie chce też kiedyś tak wyglądać, jak A. "Nigdy nie będę tobą... ani tobą" mówi przez zęby do A i B. "Ja... nie... będę... tobą. Nie, nie! Wypieram się ciebie" - mówi w końcu stanowczo do A.

Nie tylko B i C poznają swoją przyszłość. A ma widzenie - widzi siebie na łożu śmieci. Umiera samotnie; gdy przyjeżdża syn, po chwili wahania całuje ją w czoło tak, żeby inni to widzieli. A myśli, że "najszczęśliwsza chwila ze wszystkich [...] to chwila, kiedy się dobija do kresu, kiedy ustają wszystkie fale powodujące niedole, kiedy można odetchnąć, kiedy można skupić się na najgorszej ze wszystkich niedoli - na tej błogosławionej - na tej, która wszystko kończy".