Czerwone nosy -  Peter Barnes

Czas akcji: rok 1338.

Miejsce akcji: Francja - miasto Auxerre, siedziba papieży w Awinionie.

Obsada: 25 ról męskich, 7 ról kobiecych, liczne epizody: biczownicy, chłopi, rzemieślnicy, przekupnie, chorzy na dżumę, mnisi, służba, straże.

Druk: "Dialog" nr 1-2/1993.

Sztuka w 2 aktach z epilogiem.

Burgundia AD 1338. W Europie od roku panuje dżuma. Jedna trzecia świata chrześcijańskiego zmarła. Najprostsze i najbardziej wymyślne sposoby ratowania się przed zarazą nie skutkują. Nawet krwawa ofiara Biczowników zadających sobie ciosy nie pomaga, a ich mistrz, Grez, ubrany w czarny płaszcz z czerwonym krzyżem, budzi w świecie opanowanym przez śmierć dodatkowy lęk. Ludzie pokryci guzami, ropiejącymi wrzodami, rozległymi strupami na koniec czernieją i padają martwi. Specjalnie powołani sprzątacze trupów nie nadążają ze zbieraniem zwłok. Ci, którzy jeszcze żyją, nie mają żadnej nadziei. System wartości, który obowiązywał, legł w gruzach, przyjmują więc wobec świata skrajne postawy. Powszechnie wiadomo, a ogłosił tę "prawdę" Kościół, że szalejącą czarną śmierć zesłał na ludzi Bóg zagniewany ich grzechami.

Na placu w Auxerre, wśród zbolałych, zagubionych, przytłoczonych wszechobecną dżumą mieszkańców, zjawia się żarliwie wierzący w Boga ksiądz Marcel Flote. Rozmawia z Bogiem, upomina się o znak, na który czeka odkąd Bóg powiedział do niego: "Mam dla ciebie zadanie, Marcelu - poczekaj tylko." Więc Flote czeka. Targają nim konwulsyjne drgawki, nie jest okazem zdrowia, z żalem patrzy na świat, który umiera na dżumę. Flote nie godzi się na to, że posłuszeństwo to podstawowe ślubowanie religii, że "ogniwem łączącym Boga z człowiekiem i człowieka z człowiekiem jest trwoga". Flote nie ma powodu i nie chce drżeć przed Bogiem, wierzy że będzie tym wybranym, który wszystko na ziemi naprawi i Bóg przestanie gniewać się na ludzi. Przechodzący obok Grez z Biczownikami namawia Flote'a, by wstąpił do ich Bractwa Boleści i wręcza Marcelowi pałkę do biczowania. Niezdarny z powodu ataku drgawek Flote niechcący uderza Greza pałką po głowie. Wtedy Grez wyciąga swoją i bije nią po głowie Flote'a. Padają pod zadawanymi sobie ciosami, raz jeden, raz drugi. Ta nieumyślnie wywołana walka na pałki budzi śmiech świadków zdarzenia. Śmieją się Biczownicy, Doktor Antrecham, nawet na twarzach konających ofiar zarazy pojawiają się blade uśmiechy. A kiedy Flote zaplątuje się w długi płaszcz Greza i nie może się z tej nieoczekiwanej pułapki uwolnić, wtedy wesołość wszystkich obecnych jest już bardzo głośna. Słysząc śmiech, ksiądz Flote pada na kolana, wznosi ręce i dziękuje Bogu za znak. W śmiechu przerażonych i bezradnych ofiar zarazy usłyszał głos Boga. Nakłada czerwony nos klowna i na przekór wszechobecnej tragedii śpiewa: "Życie to talerz pełen malin / Więc kochaj, żyj i śmiej się w głos..."

Flote pędzi do biskupa po zgodę na realizację swojej misji. Spotyka Czarne Kruki, uprzątaczy zwłok, byłych galerników, wcześniej pańszczyźnianych chłopów, którzy na dżumie robią świetny interes. Umierających dobijają maczugami, opróżniają ich kieszenie, potem z wrzodów zbierają ropę, łączą ją z tojadem i z sokiem z wilczej jagody. Taką morderczą miksturą smarują srebrne łyżki, klamki, krucyfiksy bogatych, a gdy ci umierają zabierają ich majątek. "Zawsze byliśmy nędzarzami, teraz smarujemy, bo nienawidzimy i żeby świat wywrócić do góry nogami" - wyjaśniają. Pod wpływem spotkania z Czarnymi Krukami Flote upada na duchu, ale kiedy przerażony chce zrezygnować z misji, słyszy dźwięki dzwoneczków. Nadchodzi Sonnerie w kostiumie obszytym srebrnymi, delikatnie brzęczącymi dzwonkami. Sonnerie jest niemową, gdy chce coś powiedzieć do drugiego człowieka uruchamia swoje ciało, a wtedy odzywają się dzwonki i razem z Sonneriem "mówią". Oczarowany nim Flote prosi, by przyłączył się do niego i wręcza mu czerwony nos klowna.

Flote'owi udaje się zatrzymać przebiegających w pośpiechu Arcybiskupa Monseleta i Księdza Toulona. Przedstawia swój plan i prosi o akceptację: "Zostałem wybrany, bym ruszył w świat i wlewał w ludzkie serca otuchę kalamburami, karambolami i kabaretowymi fanfaronadami. Stworzymy bractwo wesołków, Klownów Chrystusa, Komików Pana Boga - zespół Czerwonych Nosów z Auxerre" - tłumaczy. Arcybiskup daje się przekonać Flote'owi. Widzi nawet pożytek w działaniu klownów - ludzie zobaczą, że w Przybytku Boga nie ma paniki. Zaleca jednak, by Flote zdobył stosowną zgodę papieża Klemensa VI. Ale Toulon protestuje, mówi, że flotyzm, przeklęta herezja szczęśliwości, może zagrozić Kościołowi. Za krytykę swoich decyzji Arcybiskup rozkazuje Toulonowi zostać jednym z wesołków Flote'a. Jest to rodzaj kary, a także polecenie specjalne - ksiądz będzie wtyczką Kościoła w nowej formacji. Przerażony, ale i posłuszny Toulon zakłada czerwony nos. Bractwo Klownów Chrystusa powiększa się o byłą zakonnicę Małgorzatę Delair, która chce być gwałcona w ramach pokuty, o Charlesa Rochforta, najemnego rycerza, bękarta ze szlacheckiego rodu, dla którego życie ludzkie i lojalność na ma wielkiej wartości, o żołnierzy i zabijaków Mistrala i Brodina, z których drugi jest także utalentowanym rysownikiem.

Ulicą w Auxerre idą Lefranc i Pellico. Z czterystu działających przed zarazą kupców pozostali przy życiu tylko oni dwaj. Pchają przed sobą górę złota, są rozrzutni i oddają się rozpuście. Dają Flote'owi zgodę na zajęcie placu Złotniczego w Auxerre, na którym zostanie pokazane przedstawienie "olśniewające i porywające" i odbędzie się nabór do bractwa wesołków. Na inauguracyjny spektakl przybywa wiele osób, a do Flote'a zgłaszają się cudowne oryginały: Karol Bembo w lekkiej paralitycznej drżączce, ślepy Le Grue, wywijający swoją białą laską i obijający nią tych, którzy na cios wcale nie zasłużyli - obaj bez reszty oddani sztuce żonglowania wierzą, że przydadzą się w teatrze Flote'a. Zgłosił się na aktora Piotr Frapper jąkający się mistrz kalamburu, a także bracia Boutros każdy na jednej nodze - kuśtykają o kulach i marzą, by tańczyć. Dla nich czerwone nosy, które zakładają, są w czasach nie dającego się opanować nieszczęścia symbolem nadziei. Ksiądz Toulon wręcza Flote'owi papieski dokument, w którym Klemens VI wzywa go do siedziby papieży, do Awinionu. Idą tam wszyscy. Pokonują trzysta kilometrów śpiewając pieśń o tym, że lepiej jest w grupie, gdy człowiekowi bratem człek, gdy działa zgodny kolektyw, bo "sempiterna, gdy zbiorowa, zniesie każdy losu kops."

Na audiencji u papieża wesołkowie widzą tylko jego odbicie w lustrze. W obawie przez zarażeniem się dżumą Klemens VI siedzi za specjalnie skonstruowaną ścianą z luster. Aktorzy podchodzą więc do lustra i składają pocałunek w miejscu, w którym odbija się pierścień na palcu papieża. Tylko ślepy Le Grue z hukiem wali czołem w całkiem innym miejscu lustra i z jękiem osuwa się na ziemię. Klemens VI nie ukrywa własnych myśli o marności tego świata i bezsilności Kościoła, który "psuje się od wewnątrz", potem akceptuje pomysł Flote'a, uznaje go za pożyteczny, choć nie bez wad. Obiecuje, że będzie modlić się za pomyślność tych niezwyczajnych artystów i za samego Flote'a, który nie dostrzega "daremności męstwa i kochania".

W święta Wielkiejnocy na placu w Auxerre "Czerwone Nosy" grają sztukę "Każdy" z Brodinem w roli głównej - rzecz o tym, jak to poczciwy ojciec rodziny wygrywa własne życie, grając ze śmiercią w kości. Ale w przerwie przedstawienia słyszą ostrą krytykę z ust Scarrona: "Nie pokazali ani jaki świat jest, ani jak go można zmienić." Dopiero, gdy w finale śpiewają słowa: "Nikt nie narzeka Na los człowieka, Nie wścieka się na życie, Chociażby było pasmem samych strat. Serce docenia Łaskę istnienia, Nie zmienia nic w zachwycie I w generalnej zgodzie na ten świat. Jedna doktryna, jedna Jedyna, Zaczyna nam się zdawać Możliwa do przyjęcia z biegiem lat: Śmiech i kochanie Wspólnie są w stanie Rozchwianie sensem spawać I generalną zgodą na ten świat" - dopiero po tych słowach odnoszą sukces u publiczności. "Czerwone Nosy" tworzą pokraczny, ale szczery teatr, są zespołem przyjaciół, a Ksiądz Toulon dawno porzucił krytykę flotyzmu i stał się szczerym wyznawcą idei Flote'a. Popularność "Czerwonych Nosów" rośnie z dnia na dzień. Ludzie czekają na nich i są im wdzięczni za otuchę, krzepiącą myśl, zabawę, działania Biczowników nazywają teraz starzyzną, nie chcą cierpieć, chcą się śmiać.

Gdy Bracia Boutron przynoszą wieść o końcu zarazy, wszyscy z radością padają sobie w ramiona. Nawet Czarne Kruki śpiewają za Flote'em: "ramię w ramię, nie samotnie: Człowiekowi bratem człek..." Flote odmienił świat. Ale radość miesza się ze smutkiem, jeszcze umierają ofiary dżumy. Nieoczekiwanie traci siły i kona Sonnerie, najlepszy z dobrych, najsubtelniejszy, jego odejście budzi w zespole niekłamany smutek. Ogłoszony koniec zarazy to dla wielu powrót do postaw i czynów sprzed zagłady. Pierwszy śmiertelny cios zadaje Rochfort. Wbija sztylet w brzuch Brodina. Tak dla wprawy, odchodzi do starego zawodu, do zemsty i zdradza "Czerwone Nosy". Śmiertelnie zraniony Brodin gra jeszcze Heroda na próbie jasełek, tańczy szalony taniec i pada martwy.

Z końcem zarazy wychodzi z ukrycia papież. "Skoro jest już po zarazie, musimy natychmiast ograniczać, poskramiać, podporządkowywać, rządzić. Uległość i wiarę, te dwa bieguny świata należy odbudować. I to szybko, bo inaczej ludzie nabiorą smaku do tej drugiej metody życia" - głosi Klemens VI. Działalność "Czerwonych Nosów" uważa za zakończoną i już niepotrzebną, a sam Flote, mając zdaniem papieża zadatki na świętego, jest wielkim kłopotem. "Winą" Flote'a jest także i to, że jego teatr nie tylko bawi, lecz zmusza do myślenia. To nie podoba się wracającym do świetności kupcom, którzy głoszą, że nie ma tak zawiłych problemów, których nie potrafiłyby rozstrzygnąć pieniądze. Papież przychodzi do aktorów i wylicza zadania teatru: "Baw ludność widowiskami bez znaczenia; pozwalaj im się odprężyć przy smakowitych deserach z pianek, galaretek i bitej śmietany. Nie podawaj im natomiast żadnych bardziej treściwych miąs. Bądź posłuszny - inaczej zginiesz." Flote zrazu godzi się. Ale przedstawienie o narodzinach Dzieciątka pokazuje tragiczną scenę zagłady niemowląt. Protestuje część publiczności, która chce "dowcipów i wygłupów", oburzony jest papież. "Teraz życie jest zbyt poważne" - tłumaczy Flote, jego teatr nie akceptuje polityki władzy, która oszukuje ludzi i dzieli ich na biednych i bogatych. Papież rzuca na Flote'a klątwę. A on, Małgorzata, ksiądz Toulon, cała trupa Błaznów płci obojga, nie przyjmując do wiadomości zaleceń Klemensa VI, dokonuje wyboru. Tańczą, rytmicznie uderzają stopami o ziemię. Widzowie w tym samym rytmie wtórują aktorom oklaskami. Papież wydaje rozkaz strażnikom, którzy podnoszą kusze i strzelają do aktorów. Żywy pozostaje tylko Flote. Wybucha śmiechem, staje na głowie. Papież rozkazuje strzelać, ale Strażnik tłumaczy, że potrafi ugodzić człowieka w plecy, ale nie umie strzelać do stojącego na głowie. Wtedy Rochfort bierze kuszę, mierzy i strzela. Flote pada martwy. "Czerwone Nosy" mają odejść w niepamięć, decyduje Klemens VI.

"Czerwone Nosy" idą do nieba, słychać ich głosy. Śpiewają o braterstwie człeka z człekiem, o czym nauczał Flote. Przygotowują pytania, które już za chwilę zadadzą Panu Bogu - na przykład Małgorzata chce wiedzieć: "jak do tego doszło, że On tak wszystko spaprał", a Frapper zapyta: "czy naprawdę planował taki wygląd żyraf i wielbłądów, czy też tak mu przypadkiem wyszło?" "Boże, przyjmij i nas" - prosi Flote.