Polska w żałobie. Między obrzędem a ceremonią

Po raz kolejny, pięć lat po śmierci Jana Pawła II, Polska stała się sceną i aktorką wielkiego dramatycznego przedstawienia żałobnego, które zagarnęło niemal wszystkie sfery życia - pisze Dariusz Kosiński w Teatrze

«Tak się złożyło, że w tym samym czasie ukazała się moja książka Teatra polskie, której podstawowa teza brzmi: "kultura, a nawet szerzej - tożsamość polska - ma charakter wybitnie dramatyczno-przedstawieniowy, czego dowodzi zarówno sposób istnienia wydarzeń historycznych, praktyka polityczna czy dominujące formy religijności, jak i znaczenie oraz odmienność rodzimych przedstawień" 1. W dziejach tak rozumianej kultury polskiej szczególną rolę odgrywają działania zbiorowe na wielką skalę, związane z aktami żałobnymi i pogrzebami, począwszy od pochówków królewskich, przez barokowe pompa funebris i narodowe pogrzeby wielkich Polaków, po wspólnotowe obrzędy po śmierci Jana Pawła II. Wydarzenia i działania następujące po katastrofie w Smoleńsku wpisały się w ten ciąg, co zresztą bardzo szybko zauważyli komentatorzy, przywołując choćby wawelskie pogrzeby Słowackiego i Piłsudskiego czy snując porównania do żałoby papieskiej. Zauważyli to też ludzie znający moją książkę, którzy mówili mi, że teraz powinienem napisać jeszcze jeden rozdział, poświęcony tegorocznym wydarzeniom. Sam także czuję może nie tyle potrzebę, ile konieczność sprawdzenia, czy analiza dramatyczno-przedstawieniowa rzeczywiście może przyczynić się do ich lepszego zrozumienia.

Teatr monumentalny i dynamika performansu

Podejmując próbę napisania takiej analizy, muszę uczynić kilka ważnych zastrzeżeń. Pierwsze, i bodaj najważniejsze, wiąże się z teatralnym spojrzeniem na działania żałobne. Doświadczenie uczy, że użycie terminologii teatralno-dramatycznej w odniesieniu do zjawisk życia społecznego rodzi nieufność i podejrzenie o chęć odmówienia owym zjawiskom autentyczności, opisywania ich jako nieszczerych czy udawanych. Jest to jedno z zasadniczych nieporozumień związanych z historycznymi formami teatralnymi, które dominowały na Zachodzie w minionych dwóch wiekach i wciąż silnie oddziałują na wyobrażenia zbiorowe i pojęcia używane w codziennym języku. Choć teatr ostatnich kilkunastu już dekad przechodził i przechodzi gruntowne i głębokie zmiany, to poza stosunkowo wąskim gronem zawodowców wciąż jest postrzegany jako sfera udawania i wprost - kłamstwa. Chcę jasno i mocno podkreślić, że pisząc o przedstawieniach i dramatach żałobnych, ich aktorach i widzach, w żadnym wypadku nie mam zamiaru sugerować udawania czy nieszczerości. W moim przekonaniu ludzkie życie już na poziomie indywidualnym, a w sposób szczególny na poziomie działań zbiorowych, ma charakter nieustannej dramatyzacji i przedstawienia, teatr zaś może być rozumiany szeroko jako sposób działania wykorzystujący (świadomie lub nie) i eksponujący ten aspekt człowieczeństwa. Pisząc o "teatrze żałoby", mam na myśli znaczące działania wystawione i dostrzeżone, tworzące ciąg dramatyczny o całościowym przebiegu i dającym się zinterpretować znaczeniu. Zajmuję się - i to jest perspektywa dramatyczno-przedstawieniowa, tak jak ja ją rozumiem - tym, co ludzie robili i robią, oraz relacjami między ich kolejnymi akcjami.

Zastrzeżenie kolejne dotyczy nieuchronnej fragmentaryczności opisu owego teatru żałoby, co wiąże się nie tylko z niemożnością zgromadzenia w ograniczonym czasie w miarę pełnej dokumentacji, ale wynika także z charakteru samego zjawiska. Był to bowiem teatr prawdziwie monumentalny, ogarniający wielkie przestrzenie i przedziały czasowe, angażujący wiele tysięcy osób przez okres kilku, a nawet kilkunastu dni. Tak ogromna skala wydarzenia sprawia, że bardzo trudno jest je umiejscowić, określić jego granice, a zarazem wyznaczyć punkt, z którego może być ono oglądane. Więcej nawet - wydaje się, że taki punkt w czasie trwania samych wydarzeń nie istniał. Dokładnie mówiąc - nie było miejsca, z którego można było śledzić całość przedstawienia, a więc nie było też osoby, która byłaby jego totalnym widzem. Nie znaczy to, że w teatrze żałoby nie było widzów - było ich aż nazbyt wielu, ale ich status był zmienny i chwiejny, widzenie zaś fragmentaryczne. Między ludźmi stojącymi w szpalerach przy trasach przejazdu trumien z ciałami ofiar a telewidzami śledzącymi transmisje rozciąga się całe spektrum możliwości realizacji funkcji, którą badacze anglosascy określają mianem spectatorship ("widzoaktorstwo"). Siła przedstawienia sprawiała, że widz oglądający je bezpośrednio, nawet jeśli nie wykonywał żadnych gestów żałobnych, przekształcany był w uczestnika wydarzeń, potwierdzającego ich masowy i narodowy charakter. Każdy ciekawski, każdy najbardziej nawet obojętny gap stawał się metonimią narodu i zarazem aktorem oglądanym przez innych. Z drugiej strony także widz transmisji telewizyjnej nie pozostawał przecież bierny, nie tylko dlatego, że - jak wielu - reagował bezpośrednio na przekaz, ale także dlatego, że jego oglądanie też stawało się potwierdzeniem masowości i narodowości wydarzenia. Było - mówiąc w skrócie - oglądaniem performatywnym.

Ów performans oglądania (zjawisko występujące o wiele powszechniej, niż chcieliby teatrologowie) polegał także na tym, że każdy z widzów konstruował swój własny kształt żałobnego przedstawienia, mając przy tym możliwości przejścia pomiędzy różnymi poziomami widzoaktorstwa. Jednego dnia można było oglądać na przykład ceremonię powrotu prezydenta w telewizji, by następnie osobiście uczestniczyć w powitaniu kolejnych ofiar albo stanąć w kolejce do Pałacu Prezydenckiego czy w końcu ruszyć do Krakowa. Także będąc na miejscu wydarzeń, miało się wciąż wiele różnych (i na różne sposoby racjonowanych) możliwości. W samym Krakowie na przykład można było walczyć o wejściówki do "szarej strefy" w Rynku, można było oglądać uroczystości wraz z tysiącami ludzi na telebimach ustawionych na Błoniach i w sanktuarium w Łagiewnikach, stanąć na trasie przejazdu z lotniska lub po prostu zostać w domu i oglądać ceremonię w telewizji. Złożoność tej sieci możliwości była ogromna i stanowiła wręcz pasjonujące pole dla badaczy przedstawień, zwłaszcza zainteresowanych kwestią ich mediatyzacji, pozornością kategorii "nażywości" (liveness), władzą nad przestrzenią czy właśnie złożonością widzoaktorstwa.

Zostawiając jednak na boku te kwestie, chciałbym jeszcze raz podkreślić, że wydarzenie o tej skali siłą rzeczy jest jako doświadczenie bardzo różne dla bardzo różnych uczestników i w zasadzie nie można uchwycić go jako całości dającej się oglądać z zewnątrz. A przecież - i to paradoks, który wydaje mi się kluczowy - jest wciąż ujmowane z zewnątrz i traktowane całościowo. W większości relacji na realność grup ludzkich podejmujących takie czy inne działania niemal odruchowo nasuwano kategorie typu "społeczeństwo", "naród", "Polacy" czy wręcz "lud". Komentatorzy krytycznie odnoszący się do opisywanych zdarzeń słusznie zwracali uwagę (także mnie), że są to uproszczenia, bo przecież nie wszyscy Polacy brali udział w tych wydarzeniach, ba! - nie dla wszystkich i nie przez cały czas były one najważniejsze. Niezwykle trudne, wręcz niemożliwe, jest oszacowanie rzeczywistego stopnia zaangażowania Polaków w teatr żałoby, a jednocześnie w sposobach jego odczuwania i narratywizowania dominuje poczucie, że dotyczył on wszystkich. Nazwałbym to zjawisko zasadą reprezentacji metonimicznej, która polegałaby na tym, że grupa aktywnie biorąca udział w wydarzeniach staje się na zasadzie pars pro toto narodem w działaniu. Siła przedstawienia sprawia, że niedziałający zostają nie tyle pozbawieni głosu (zachowują przecież wiele możliwości wypowiadania się), ile tracą reprezentatywność - ich głos jest własny, osobisty, staje się głosem "ja", podczas gdy "my, naród" wypowiada się w zbiorowych akcjach.

Na podobnej zasadzie akcje te są ujmowane jako komunikat o spójnym charakterze i choć nie mogą być obserwowane w całości, to już ich fragmentaryczny ogląd poddawany jest ujednolicającym komentarzom, nadającym działaniom określone znaczenie. Podkreślam tę ujednolicającą rolę komentarza, ponieważ stanowi ona nie zewnętrzny dodatek do wydarzenia, lecz jego istotny składnik. Mamy tu więc w zasadzie do czynienia z quasi-komentarzem albo, jeśli można takiego pojęcia użyć, z "aktorokomentarzem", możliwym dzięki wielości poziomów uczestnictwa i licznym możliwościom przejść między nimi. Komentatorzy - zarówno telewizyjni, radiowi i prasowi, jak i "uliczni" - odgrywali w opisywanych wydarzeniach istotną rolę, na bieżąco modyfikując i dramatycznie ustanawiając dominujący sposób widzenia, wpływający z kolei na podejmowane przez uczestników akcje. To komentatorzy, wraz z aktorami politycznymi, nadawali ton wydarzeniom, kształtując ich przebieg nie poprzez zewnętrzną "manipulację", ale dzięki wykorzystaniu pętli feedbacku, czyli jednego z podstawowych mechanizmów performatywnych, polegającego - najogólniej rzecz biorąc - na nieustannym wzajemnym wpływaniu na siebie widzów i aktorów lub - jak w tym przypadku - różnych grup widzoaktorów.

Wszystko, co w koniecznym skrócie tu sygnalizuję, sprawia, że nie da się traktować Polski w żałobie jako teatru, gdzie jedni tylko odgrywają role, a inni na nich patrzą. Wszyscy na swój sposób byliśmy aktorami tego przedstawienia i na swój sposób jego widzami. Tej ostatniej roli nie mogli przyjąć tylko najważniejsi uczestnicy - ci, od których śmierci cały dramat się rozpoczął.

Gesty żałobne i wymaganie sensu

Jego początkiem nie była klasyczna ekspozycja prowadząca do zawiązania akcji i narastania napięcia, ale gwałtowne uderzenie i szok. To jedyny etap, w którym dominują reakcje i historie osobiste. Rekonstruując ten moment, nie odwołujemy się do zbiorowości, ale do okoliczności własnych: mówimy, gdzie byliśmy, gdy dotarły do nas wiadomości o katastrofie, jakie były nasze pierwsze reakcje. Tu (i w zasadzie tylko tu) pozwalamy sobie na obniżenie tonu, dopuszczenie do głosu poczucia absurdu, ironii, a nawet groteski.

Tuż potem pojawiają się pierwsze odruchy skupienia, potrzeba podzielenia się informacją, przekazania jej dalej, a zarazem zrobienia czegoś z wiadomością, która jest zbyt niewiarygodna i za ciężka, by nieść ją w samotności. Dzwonią telefony, stukają klawisze wpisujące esemesy i e-maile, a ludzie wychodzą na ulice, by niemal od razu, odruchowo, wykonać pierwsze gesty uzewnętrzniające żałobę, a więc przekładające ją z doświadczenia osobistego na działanie zbiorowe. Już w sobotę rano pod Pałacem Prezydenckim i w innych miejscach naznaczonych obecnością ofiar pojawiły się kwiaty i znicze. Wpisany bardzo głęboko w rodzimą kulturę i wielokrotnie podejmowany gest żałobny w sposób niemal naturalny (choć w istocie ma raczej charakter habitusu) uruchomił się i tym razem, przyjmując bardzo szybko formy znane sprzed pięciu lat. Tak jak po śmierci Jana Pawła II, gdy scenami żałobnych aktów stawały się miejsca naznaczone szczególnie jego obecnością (na czele z oknem papieskim krakowskiej kurii), tak teraz centrum otoczonym morzem zniczy i kwiatów stał się Pałac Prezydencki. Podobnie też, mimo fizycznej nieobecności ciał, Polacy podjęli obrzędowy gest czuwania przy zmarłych, nieopuszczania ich. W całym kraju odbywały się mniej lub bardziej spontaniczne dramatyzacje żałobne, przypominające te, których tak wiele było po śmierci papieża: milczące marsze zwoływane esemesami (w niedzielę m.in. w Łodzi i Katowicach), składanie zniczy w miejscach znaczących (okno papieskie w Krakowie, pomnik Poległych Stoczniowców w Gdańsku) i oczywiście masowe żałobne nabożeństwa, w które przekształciło się wiele niedzielnych mszy świętych. Biły dzwony (łącznie z tymi największymi i brzmiącymi tylko w chwilach osobliwych), odwołano imprezy kulturalne, zamknięto hipermarkety.

Jednocześnie rozpoczęły się gwałtowne, wręcz chaotyczne poszukiwania znaczenia. Wykonując gesty żałobne, uczestnicy dramatu pracowali nie nad wyjaśnieniem tego, co się stało, ale nad nadaniem wydarzeniom sensu, który byłby możliwy do przyjęcia i pozwolił zbiorowości (a w konsekwencji także jednostkom) oswoić tragedię, to znaczy - przekształcić ją w sensowny komunikat skierowany w przyszłość, pozwalający ją uporządkować i zabezpieczyć, a więc przesłonić jawiącą się w całej grozie prawdę, że każdy, nawet prezydent spełniający swój obowiązek, może zginąć w każdej chwili, bez podania przyczyn, bez racji i bez odwołania. W tę przepaść wszyscy od czasu do czasu patrzymy, niektórzy nawet przyglądają się jej uważnie i z pewną fascynacją, ale żyć ze wzrokiem w niej utkwionym nie sposób, a z pewnością nie jest to możliwe na poziomie wspólnoty, której racją jest przekraczanie i usensownianie pojedynczej śmierci.

I właśnie wołanie o nadanie sensu "bezprecedensowej tragedii" zdominowało, obok gestów żałobnych, pierwsze dni po katastrofie. Co ciekawe, pojawiło się ono nie tylko w komentarzach prasowych (np. Jarosława Kurskiego w "Gazecie Wyborczej" z 12 kwietnia, gdzie zostało wyrażone bardzo dobitnie, wraz z podstawowymi propozycjami znaczeń), ale także w specjalnym oświadczeniu posłów i senatorów, przyjętym na posiedzeniu obu izb parlamentu 13 kwietnia. Najwyższy organ władzy ustawodawczej stwierdza w nim między innymi: "Stajemy znowu wobec wielkiego wyzwania, jakim jest zrozumienie sensu ofiary życia w imię służby ojczyźnie". Zdanie to, wraz z sąsiadującym akapitem wyrażającym wdzięczność Rosjanom, podsuwało jednocześnie akceptowaną już wówczas powszechnie interpretację, w ogólnych zarysach tę samą, jaką proponował Kurski dzień wcześniej. Składały się na nią trzy zasadnicze elementy: służba Polsce, śmierć ofiarna oraz perspektywa przyszłej (i już zachodzącej) zmiany, będącej jej skutkiem. W wersji pełnej, a zarazem wyrażonej najprościej, interpretacja ta brzmi: pod Smoleńskiem, w czasie pełnienia służby państwowej i narodowej zginęła symboliczna reprezentacja państwa, na czele z jego uosobieniem - prezydentem RP; śmierć ta ma charakter ofiary, umożliwiającej przemianę (nie jest to więc śmierć za coś ani na cześć czegoś, ale rodzaj ofiarnej wymiany, bliskiej ofierze chrześcijańskiej); jej efektem będzie spełnienie zadania, któremu służyli polegli, a więc ostateczne ujawnienie, upamiętnienie i upowszechnienie prawdy o zbrodni katyńskiej oraz - możliwe dzięki temu i już rozpoczęte - pojednanie polsko-rosyjskie. W tym kontekście ofiary stawały się zarazem bohaterami, którzy ponieśli śmierć w służbie wyższym wartościom.

Taka interpretacja na poziomie symbolicznym uzgadniała "dwa Katynie", odsyłała na margines i do Internetu spekulacje o zamachu oraz szatańskie szaleństwa, nadawała jednocześnie zabitym status ofiar odkupieńczych (stąd często pojawiające się mechaniczne przesunięcie, pozwalające na uznanie ich za męczenników), a przede wszystkim pozwalała zbiorowości na pogodzenie się z nagłością śmierci oraz na ocalenie sensowności świata w jego jednostkowym i ponadjednostkowym wymiarze. Na dodatek interpretacja ta zgadzała się z paradygmatem ofiary, co najmniej od czasów Mickiewicza mocno wpisanym w polskie dzieje i symbolikę. Po raz kolejny posłużył on do objaśnienia i oswojenia potencjalnie groźnych wydarzeń, zadziałał leczniczo, ożywiając zarazem - pozornie pogrzebane i nieżałowane - romantyczne mechanizmy pocieszenia i wywyższenia. Trudno się więc dziwić powracającym tezom, że w kwietniu 2010 roku zmartwychwstał paradygmat romantyczny, choć osobiście obawiam się, że to nie zmartwychwstanie, ale atak zombi, kolejny popis upiora

Powrót do domu

Interpretacja ofiarna nie była jeszcze w pełni gotowa i przyjęta, gdy do Polski przywieziono ciało prezydenta Lecha Kaczyńskiego, co stało się osią pierwszego żałobnego obrzędu, wyznaczającą wzór dominujący przez następne dni. To, że ciało prezydenta, najważniejszej ofiary katastrofy, zidentyfikowano i przywieziono jako pierwsze, nie jest niczym niezwykłym. Wprost przeciwnie - wydaje się wręcz oczywiste. Nie jest też niczym niezwykłym, że trumnę pożegnano w Smoleńsku z honorami wojskowymi należnymi głowie państwa i że z takimi honorami przyjęto ją w Polsce, ani to, że złożono ją w Pałacu Prezydenckim. Niemniej jednak ten dość oczywisty porządek, wraz z towarzyszącymi mu działaniami i aktami słownymi, stworzył pierwszy model uroczystości żałobnych - model powrotu do domu.

"Prezydent wraca do kraju" - głosił nagłówek na pierwszej stronie "Gazety Wyborczej" z 12 kwietnia. Dwa dni po mężu do Warszawy powróciła Maria Kaczyńska, a w następnych dniach miały miejsce kolejne powroty. Premier Donald Tusk najpełniej i najbardziej wprost odwołał się do tego dominującego sposobu pojmowania i dramatyzowania procesu sprowadzania do Polski ciał, gdy 14 kwietnia, w czasie ceremonii powitania pierwszej grupy trzydziestu ofiar, każdą z nich upamiętniał krótkim wspomnieniem rozpoczynającym się od słowa "wrócił/wróciła". Wzór ten został jednak ustanowiony przez "powroty" prezydenta i jego małżonki. Lech i Maria Kaczyńscy odbyli rzeczywiście drogę powrotną z lotniska do miejsca zamieszkania, czyli do Pałacu Prezydenckiego. Na trasie przejazdu byli witani kwiatami, brawami, okrzykami wdzięczności, hymnem, niekiedy płaczem, witającym ich zezwolono zaś w końcu na "odwiedziny", czyli składanie hołdu zmarłym, których trumny wystawiono na widok publiczny. Oba przejazdy, poza obrzędami i nabożeństwami żałobnymi o charakterze rodzinnym, w większości niedostępnymi dla osób postronnych i mediów, nie miały więc charakteru uroczystości pośmiertnych, ale tematyzowały powrót pary prezydenckiej do siebie, do swoich. Jednocześnie ustanawiając jedność owych "swoich", bardzo mocno podkreślaną w wypowiedziach uczestników i komentarzach. Oba powroty (a w mniejszym stopniu także powroty kolejne) wyznaczały podstawową płaszczyznę, na której możliwa była zgoda pomiędzy ludźmi reprezentującymi odmienne poglądy i będący ich efektem odmienny stosunek do prezydenta Lecha Kaczyńskiego. W obliczu żałoby dotykającej zbiorowości partykularyzmy musiały ustąpić (i to po obu stronach!), dlatego też kompromis - znów niemal odruchowo - ustanowiony został na poziomie prywatnym i państwowym jednocześnie, a więc niejako poniżej i powyżej najbardziej konfliktogennego poziomu polityczności partyjnej. Co ciekawe, temat tragedii narodowej (taki nagłówek nosiła na przykład pierwsza strona "Rzeczpospolitej" z 12 kwietnia), choć był obecny nieustannie, stanowił zarazem jakby niezbyt jasną materię, którą konkretyzowano najczęściej w formie dramatyzacji i symboliki "domowej" lub państwowej.

Poziom państwowy i symbolika państwowa zdominowały późniejsze etapy dramatu żałoby, natomiast poziom prywatny, rodzinny, choć był obecny przez cały czas jego trwania, najwyraźniej naznaczył pierwsze dni, gdy o zmarłym prezydencie mówiło się głównie jako o "ciepłym człowieku", a na pierwszoplanową postać wyrosła, trzymająca się za życia raczej planu drugiego, jego żona.

Ciało prezydenta sprowadzono do Warszawy w niedzielę, ale trumnę na widok publiczny wystawiono dopiero we wtorek około godziny czternastej, wraz z trumną małżonki, przywiezioną do Warszawy tego samego dnia rano. Jak wyjaśniał minister Jacek Sasin: "W wymiarze symbolicznym wydaje się istotne, by para prezydencka witała razem tych, którzy chcą oddać jej hołd" ("Gazeta Wyborcza", 13.04.2010, s. 4). Podkreślając jeszcze raz frazeologię "powitania", potwierdzającą wcześniejsze tezy o "odwiedzinach", chciałbym zwrócić uwagę na dokonujące się tu umieszczenie w głównej pozycji całości przedstawienia nie prezydenta, ale pary prezydenckiej. Jak sądzę, wynikało ono inicjalnie ze wspomnianego już dążenia do wyznaczenia względnie niekontrowersyjnego "tematu głównego", umieszczonego na poziomie ludzkim i rodzinnym. W etapie następnym, w zgodzie z logiką dramatyzacji powrotowej i powitaniowej, na gości oddających hołd zmarłym powinny czekać obie trumny i właśnie dlatego państwowo ważniejsza z nich - trumna prezydenta, musi czekać dwa dni na trumnę żony, by w domowej i rodzinnej przestrzeni mogła zaistnieć para.

Wyprzedzając wypadki, powiedzieć trzeba, że dopełnieniem tego aktu było umieszczenie obu trumien na Wawelu, co oznacza przecież bezprecedensowe wywyższenie pary, a więc rodziny, i to rodziny o bardzo tradycyjnym, patriarchalnym podziale ról: on -"prezydent RP, działacz opozycji lat 70.", ona - "przez 34 lata mądra, dzielna i dobra żona Lecha" (cytaty z nekrologów od rodziny zamieszczonych w prasie 12 kwietnia). Nie wchodząc już w dalsze symboliczne i realne konsekwencje tego aktu, poprzestańmy na stwierdzeniu, że jednym z efektów żałobnej dramatyzacji jest wywyższenie pary i sakralizacja małżonki, której imię chyba nie przez przypadek w czasie mszy żałobnej w Krakowie odczytywano: "Maryja"

Wawel i inni

Niekonfliktowe obchody domowe i rodzinne zostały przerwane gwałtownie we wtorek przez decyzję o pochowaniu pary prezydenckiej w podziemiach katedry na Wawelu, w pobliżu sarkofagu Józefa Piłsudskiego. Decyzję tę podjął i ogłosił kardynał Stanisław Dziwisz i on też był za nią najmocniej atakowany, ale, jak się wydaje, nie on odegrał w tej sprawie kluczową rolę. Nie mam zamiaru prowadzić śledztwa z cyklu "kto za tym stoi", gdyż sądzę, że owo śledztwo nie ma sensu, bo "stoi" za "tym" jeden i ten sam nadaktor w różnych osobach - władza państwowa. Rosnące znaczenie symboliki rodzinnej i domowej groziło wewnętrznym rozprzęgnięciem się znaczeń i wymazaniem drugiego, co do którego od początku istniała ponadpartyjna zgoda, znaczenia państwowego. Im bardziej śp. Lech Kaczyński stawał się "ciepłym człowiekiem" wspieranym przez "dzielną i mądrą żonę", im więcej pojawiało się zdjęć przytulonej pary, tym bardziej zamazywał się aspekt państwowy i narodowy zarazem. Ryzykowna i kontrowersyjna (z czego przecież zdawali sobie sprawę wszyscy ją podejmujący) decyzja wawelska była konieczna, by przywrócić odpowiednie proporcje i zarazem włączyć dramatyzację rodzinną w obręb nadrzędnej dramatyzacji państwowej. To dlatego właśnie, jak mi się wydaje, przedstawiciele władzy państwowej (w tym rządu), kościelnej i samorządowej (np. partyjnie daleki od prezydenta Kaczyńskiego prezydent Krakowa Jacek Majchrowski) jednym głosem wyrażali swoją akceptację dla pochówku na Wawelu. Miał on oznaczać - i taką interpretację promowano - nie tylko, a nawet nie tyle wywyższenie konkretnej osoby czy osób, ale wywyższenie uosabiającego państwo Prezydenta RP. W sarkofagu pary prezydenckiej umieszczonej na Wawelu III RP zyskała swoją reprezentację w polskim Akropolu, została włączona w sakralizowany ciąg historii. Oczywiście można uznać to za osobisty hołd dla śp. Lecha Kaczyńskiego i jego wizji polityki i Polski, ale zwracam uwagę, że dominujący ton komentarzy, także tych, które wypowiadali zwolennicy owej wizji, był jednak inny: akcentowano patriotyzm (rozumiany jako służbę państwu i Polsce, nie zaś partii), a także jedność, którą śmierć prezydenta rzekomo przywróciła. Także sam sposób przeprowadzenia ceremonii żałobnej, z wyróżnioną obecnością delegacji państwowych (mniejszą z racji wulkanicznego pyłu, kolejnej złośliwości "innych szatanów", która zinterpretowana została jako próba odwagi i przyjaźni pomyślnie przebyta przez gości ze Wschodu), z połączonym ceremoniałem kościelno-państwowo-wojskowym i swoistym ukryciem elementów pogrzebu (łącznie z nieobecnością aktu dosłownego pogrzebania, oddania ziemi), jednoznacznie wskazywał na państwo jako na istotny przedmiot działań, którego zmarli prezydentostwo stali się uosobieniem.

Powiedziałbym zatem, że o b r z ę d y ż a ł o b n e związane ze śmiercią śp. Lecha i Marii Kaczyńskich odbywały się w Warszawie, gdzie dominował aspekt domowy - witania i żegnania (w sobotę, 17 kwietnia, oraz w niedzielę, 18 kwietnia rano) zmarłych po kolejnym nocnym czuwaniu przy zwłokach (tym razem w katedrze św. Jana). Natomiast w Krakowie miał miejsce p a ń s t w o w y c e r e m o n i a ł umieszczenia pary prezydenckiej w sanktuarium pamięci zbiorowej, akt swoistego wspólnotowego zbawienia, przeniesienia w sferę narodowej i państwowej wieczności. W tym kontekście logiczne wydaje się, że po pożegnaniu w Warszawie ciała zmarłych uniesione zostały do nieba, a nie przewiezione (jak proponowano) koleją. Wawel i Kraków - miejsca od dziesięcioleci funkcjonujące jako symboliczne centrum państwa - idealnie spełniały funkcję sceny dla dramatu innego niż warszawski. Dla zaznaczenia zmiany statusu zmarłych stających się uosobieniami konieczna była zmiana przestrzeni, przejście. A z Warszawy nie można było iść nigdzie indziej, tylko na Wawel.

Interesujące wydaje się także to, że gwałtowne protesty przeciwko pochówkowi na Wawelu stosunkowo szybko ucichły (czy też raczej zeszły do swoistego podziemia, gdzie tkwią do dziś, czekając, być może, na erupcję). Odegrało w tym rolę, jak sądzę, poczucie, że dokonuje się akt nie osobisty i nie polityczny (choć przecież i takich motywacji nie można wykluczyć), ale wspólnotowy. Odegrał też rolę mit Antygony i swoiste przemieszanie tradycyjnego układu tamtego dramatu, tak mocno wpisanego symbolicznie w niedawną historię. Oto "Antygona", pozbawiona władzy i będąca w mniejszości, domaga się niepochowania ciała, podczas gdy "Kreon" chce pogrzebu, i to uroczystego. Klasyczny (i szkolnie uproszczony) konflikt władzy świeckiej, religijnej i mityczno-rytualnej (trzeba wszak grzebać zmarłych) przekształcił się w jej sojusz, któremu właściwie nie dało się skutecznie przeciwstawić. W tym kontekście na szczególną uwagę zasługuje fakt, że centralną postacią protestów stał się Andrzej Wajda, reżyser słynnej uaktualnionej Antygony

Przedstawienie, którego centrum wyznaczała para prezydencka, w sposób oczywisty zdominowało cały cykl żałobny. Nie oznacza to jednak, że pozostałe ofiary smoleńskiej katastrofy zostały pozbawione znaczenia. Z całą możliwą troską poświęcono im zarówno odrębne akty powitania i upamiętniania (wspomniane krótko wyżej), zbiorową ceremonię pożegnalną, jak i - oczywiście - odrębne, indywidualne obrzędy pogrzebowe o różnej randze symbolicznej i skupiające różne grupy lokalne, środowiskowe, polityczne etc. To bardzo ciekawy, a zarazem rozległy temat, którego tu nie sposób podjąć i który wymagałby osobnego, szczegółowego przebadania (np. pogrzeb prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego jako niekonfliktowe dopełnienie pogrzebu wawelskiego, a z drugiej strony niepochowanie Janusza Kurtyki w budowanym Panteonie Narodowym jako jego swoisty awers). Nie mogę jednak nie zwrócić uwagi na wyraźne oddzielenie sfery prywatnej (stopniowo coraz mniej ceremonialne i mniej medialnie relacjonowane pogrzeby kolejnych ofiar) od ceremonii państwowych, które z jednej strony niejako wystawiały miejsca puste, z drugiej - demonstrowały siłę państwa działającego pomimo straty, w tym - straty swojego najważniejszego reprezentanta - prezydenta RP.

Dramatyzacjami i przedstawieniami straty były z pewnością ceremonie powitania trumien przylatujących z Moskwy do Warszawy, a następnie wiezionych ulicami miasta na Torwar, skąd - po prywatnych nabożeństwach - mogły je odbierać rodziny. Oczywiście było to rozwiązanie pragmatycznie i symbolicznie bodaj najlepsze - trudno sobie wyobrazić transport każdej trumny osobno lub rezygnację z jej witania. Zarazem jednak efekt tego działania stanowiło raczej wystawienie rozmiarów katastrofy niż uczczenie pojedynczych osób (mimo że taki charakter miały wystąpienia premiera). Państwo pokazywało obywatelom, jak wielką poniosło stratę. Podobny charakter miały też uroczystości w Sejmie, z pustymi, ozdobionymi kirem i kwiatami miejscami poległych posłów i prezydenta, czy w Ministerstwie Obrony Narodowej.

Także centralna uroczystość ku czci ofiar, ich "pożegnanie" na placu Piłsudskiego w Warszawie w sobotę, 17 kwietnia, akcentowała przede wszystkim zbiorowy charakter katastrofy. Wyraźnym tego znakiem był fakt, że na specjalnie wzniesionym tableau ołtarzu umieszczono zdjęcia pary prezydenckiej nie w centrum, ale w porządku alfabetycznym, wśród zdjęć innych ofiar (wyróżniono je jednak, otaczając biało-czerwoną obwódką). Złośliwi (a byli tacy) mogli się w tym dopatrywać chęci umniejszenia znaczenia śmierci prezydentostwa, życzliwi - dążenia do niepomniejszania śmierci pozostałych ofiar, z czym przecież nieustannie i nieuchronnie mieliśmy do czynienia. Jednak umieszczając sobotnią ceremonię w kontekście pogrzebu wawelskiego, zobaczyć można, że w Warszawie konsekwentnie dramatyzowano stratę, jaką poniosła zbiorowość (państwo i naród). Umieszczano ją też w porządku najnowszej historii, przedstawiając jako swoistą metonimię odrodzonej Rzeczypospolitej (wątek ten mocno wybrzmiał w przemówieniu premiera Tuska, dramatyzującego ofiary poprzez zestawienie biografii Ryszarda Kaczorowskiego i stewardesy Natalii Januszko) oraz łącząc z sakralnym aktem założycielskim, czyli przemówieniem Jana Pawła II, wygłoszonym podczas pierwszej pielgrzymki dokładnie w tym samym miejscu, na którym stanął ołtarz-tableau. W efekcie umieszczone na nim ofiary zostały symbolicznie uznane za reprezentację współczesnej Polski, ich śmierć wpisano w porządek duchowej przemiany ("Nich zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi"), a następnie w dramaturgię mszy wraz z jej zbawczym skutkiem. W tym kontekście ceremonia wawelska jawi się jako logiczne dopełnienie całego ciągu, w którym polegli w katastrofie zostają uznani za metonimiczną reprezentację wspólnoty państwowo-narodowej, by następnie - w postaci swoich uosobień, zostać przeniesionymi w sferę sakralną, w tym samym momencie znikając jako martwe ciała (w czasie pożegnania w Warszawie nie było żadnych trumien, zaś późniejsze, indywidualne pogrzeby miały już zupełnie inny charakter).

Cały ten ciąg ostatecznie ustanowił sens katastrofy smoleńskiej jako założycielskiej i zwycięskiej zarazem ofiary, której wymagało zaistnienie wolnej Polski. Po dwudziestu latach od jej politycznego powstania, poprzez przekształcenie wypadku lotniczego w akt heroizmu i męczeństwa, wspólnota państwowa, narodowa i kościelna dopełniła proces jej tworzenia, zarazem wpisując wszystkie trzy władze w jedną całość. Ocena konsekwencji takiej konstrukcji symbolicznej, trwałość pozytywnych skutków, na które wskazuje się dzisiaj, możliwe jej wykorzystanie w dalszej walce politycznej i partyjnej, potencjalny negatywny wpływ na różne procesy emancypacyjne oraz na umocnienie postaw nacjonalistycznych i ksenofobicznych - wszystko to stanowi już przedmiot i efekt dalszych dramatów, gier i przedstawień. Moim zdaniem nadzieja, że życie publiczne ulegnie jakiejś przebóstwiającej przemianie, jest naiwna i wynika z fałszywie idealizującego wyobrażenia o świecie jako tradycyjnym teatrze, w którym możliwe jest proste zrzucenie masek, stanięcie w prawdzie i bycie sobą, czyli "prawdziwym człowiekiem". Po zakończeniu jednego cyklu dramatycznego zaczną się następne (np. pasjonujący dramat wyborów między pragmatycznym i jowialnym urzędnikiem normalności a charyzmatycznym i romantycznym bohaterem obdarzonym misją realizowaną mimo osobistego cierpienia). Będą one z pewnością nawiązywać do dramatu żałoby, ale ten uznałbym już za zamknięty. Rzeczpospolita (a więc przede wszystkim państwo i jego metonimicznie reprezentowani obywatele) odprawiła cykl obrzędowo-ceremonialny, dzięki któremu nie tylko nadano sens szokującej katastrofie, ale zarazem przeniesiono jej ofiary w sferę państwowego sacrum, przekształcono w duchy opiekuńcze i strażników progu.

Czy jest to akt anachroniczny, który w zestawieniu z codzienną słabością obywatelską i niewydolnością państwa każe ubolewać nad naszym nieprzygotowaniem do współczesnego życia, czy też dowód niezwykłej siły, zdolnej zapewnić poczucie bezpieczeństwa i ochrony w chwilach ciężkiej próby, czego przecież oczekujemy od zbiorowości? Odpowiedzi zapewne będą różne - podobnie jak różne mogą być i są interpretacje każdego dramatu wyrastającego ponad przeciętność scenicznej mechaniki. Częściowo pewnie poznamy je niedługo. Część zaś zapewne ustanowimy sami, w kolejnych aktach teatrów polskich.

***

1 D. Kosiński, Teatra polskie. Historia, Warszawa 2010.

Dariusz Kosiński - historyk teatru, krytyk, eseista; profesor nadzwyczajny w Katedrze Dramatu Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Autor m.in. takich prac, jak Sztuka aktorska w polskim piśmiennictwie teatralnym XIX wieku (2003), Sceny z życia dramatu (2004), Polski teatr przemiany (2007), Teatra polskie. Historie, Warszawa 2010.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego