Rzadko widywani goście

«RZADKO widywani goście są gośćmi najbardziej honorowanymi, przyjmowanymi z największą serdecznością. Toteż dużą radość sprawiły telewidzom ostatnie wizyty Kabaretu Starszych Panów (12.VI) oraz "Kobry" (10.VI).

Chociaż o gościach, zwłaszcza tak miłych, nie powinno się mówić źle, to jednak grzeczność nie obowiązuje krytyków, dla których kręcenie nosem jest prawem i obowiązkiem zawodowym. Otóż widowisko "Czternaście i trzy czwarte" Przybory i Stępnia nie przypominało wcale swą rangą "Osiem i pół" Felliniego, nawet uwzględniając specyfikę małego ekranu. Intryga tego widowiska była wątła, gagi mało oryginalne, absurd pozbawiony owego mądrego i dowcipnego "jądra", jakie posiadały dawne spektakle KSP.

Przygody Starszych Panów w gmachu zamieszkiwanym przez tajemnicze pojawiające się i znikające kobiety, tudzież ciocię i wujaszka bohaterów - nie wiązały się w całość, nie posiadały jakiejkolwiek choćby najgłębiej ukrytej pointy. Nie bawiły ani subtelną groteską, ani cienkim humorem, ani satyrycznym ostrzem. Przykro to powiedzieć, ale przedstawienie było po prostu nudne. Nawet pod względem muzycznym pozostawiało niedosyt. Jedyną atrakcyjną piosenką była stara, pamiętna, piosenka "Stacyjka Zdrój". Tylko ona wprowadziła odrobinę lirycznego nastroju. Natomiast ptaszęce trele wdzięcznych damskich i męskich główek, ulokowanych pośród gałęzi drzew, odnosiły wręcz odwrotny skutek.

Druga za to wizyta nie przyniosła rozczarowania. Telewidzowie ujrzeli wreszcie prawdziwą "Kobrę", wierną towarzyszkę niegdysiejszych czwartkowych wieczorów. To była naprawdę ona. Nie żadne "Sfinksy", a także nie hybrydowate "Kobry" o cechach całkiem sobie obcych, ukazujące się ostatnio, ale właśnie "Kobra" czysta gatunkowo, dająca rozrywkę w postaci dreszczyku niesamowitości i grozy.

Oczywiście, jak na tego rodzaju "Kobrę" przystało, rzecz działa się w starym dworze angielskim, pełnym zakamarków i tajemnych przejść, wypełnionym staroświeckimi gratami, z własnym upiorem - nie tylko straszącym, ale i mordującym swe ofiary. Co prawda upiór ten okazał się w końcu istotą jak najbardziej żywą, ale to rzecz nieważna. W tego rodzaju widowiskach najważniejszy jest nastrój, ów przyjemny chłodek na grzbiecie, absolutny relaks psychiczny, oderwanie od jakże niestety realnych "upiorków" naszego dnia powszedniego.

I właśnie taki relaks przyniosła "Noc strachu" S. Willarda, pokazana przez TV 10 czerwca. Nie mam nic przeciwko widowiskom "Sfinksa" (przy okazji: dlaczego jest w nich tak mało science-fiction, a tak wiele nudnej staroświecczyzny?), ani też przeciw przygodom kapitana Klossa, które zyskały sobie tylu entuzjastów. Ale z drugiej strony fakt, że taką "czystą" "Kobrę", jak ostatnia widujemy raz na dwa, a nawet trzy miesiące, to już jest chyba przesada? Zwłaszcza że liczne czwartki są całkiem puste, okraszone co najwyżej kiepskimi filmikami sensacyjnymi obcej produkcji.

Przed laty narzekano na "Kobrę", obrzydzano ją widzom, niby kwaśne jabłko dziecku, aż wreszcie zaczęto ją dawać w aptekarskich dawkach. A faktem było i pozostało, że przeciętny widz lubi "Kobrę". Lubi ją za to, że daje mu chwilę bezinteresownej rozrywki, pełnego relaksu, o który tak trudno w naszych czasach. Tak wielkie ograniczenie wizyt "Kobry" na ekranach telewizorów (z początku miała się ukazywać co dwa tygodnie, później co miesiąc) - to błąd podobny jak - w dziedzinie edytorskiej - zredukowanie ilości wydawanych kryminałów do kilkunastu rocznie. Ale to już osobna historia.

Kiedy mowa o "Kobrze", to trzeba również wspomnieć o spektaklu (Teatr TV 21.VI.) "Przygody pana Trapsa", wg F. Durrenmatta, gdyż przypominał on bardzo swą fabułą i klimatem widowisko kryminalne, jak to zresztą często bywa w utworach tego pisarza. O ile przedstawienie było interesujące pod względem aktorskim (grali: A. Bardini, S. Butkiewicz, W. Krasnowiecki, J. Nowak, J. Świderski, S. Zaczyk), o tyle w adaptacji B. Witek Swinarskiej dawał się odczuć pewien niedostatek "drapieżności", jaką charakteryzują się sztuki i widowiska telewizyjne autora "Wizyty starszej pani". Przecież zakończenie "Kraksy", wg której została opracowana "Przygoda pana Trapsa", było znacznie bardziej niesamowite!

Na koniec parę słów o filmach w TV. Druga połowa czerwca przyniosła pewne ożywienie w repertuarze, ostatnio dosyć monotonnym. Atrakcyjne filmy pojawiają się w TV jak warszawskie tramwaje, "stadami". Takie właśnie "stado" pojawiło się na małych ekranach w dniu 17.VI. A więc i "Bonanza" i "Flip i Flap", amerykańska komedia z Bobem Hope "Uwodziciel", i francuski obraz awanturniczy "Syn de Lagardera". Na ekranach na zmianę dymiły pistolety i błyskały szpady, przemykał w ucieczce przed groźnym dusicielem duży harcerz - Hope i walczyli ze złośliwym, niechcącym się zdjąć butem - Flip i Flap...

I to wszystko na przestrzeni niespełna dziesięciu godzin. Dziwna jest ta nasza telewizja, niby młoda mama niemająca jeszcze wprawy w karmieniu swych dzieci. Albo stosuje dietkę z kleiku, albo przekarmia łakociami. A powinna już przecież nabrać doświadczenia. Lata mijają. Dzieci przybywa coraz więcej.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego