Witold zawodowiec

-Nigdy właściwie nie miałem luksusu wybierania ról. Grałem to, co mi proponowano, bo przecież z czegoś trzeba było żyć. Dopiero teraz mam komfort dokonywania wyborów - mówi WITOLD PYRKOSZ.

«Szanuję go, podziwiam za talent, dobroć, otwartą głowę i dystans do tych wszystkich głupstw, dziejących się wokół nas - mówi o swoim przyjacielu, Witku, Jan Machulski.

O sobie mówi najczęściej: trudny, marudny, ale pracowity. I jeszcze dodaje - o sfałszowanym życiorysie. Aktorstwo traktuje jako zawód rzemieślniczy, który należy wykonywać porządnie, jak wszystko, co robi się w życiu. Jest jednym z wielu dezerterów, który po latach spędzonych w Krakowie odszedł do Wrocławia. Największą popularność zdobył rolami w filmach: "Janosik", "Czterej pancerni i pies", a od kilku lat podbija serca publiczności w najpopularniejszym serialu telewizyjnym "M jak miłość". To właśnie za rolę Lucjana otrzymał od widzów Telekamerę 2004. Witold Pyrkosz [na zdjęciu] - aktor, o którym nikt nie potrafi powiedzieć choćby jednego złego słowa, wszyscy są zgodni: świetny fachowiec i wspaniały kolega, swoim poczuciem humoru potrafi rozbroić każdego. - Co do mojej dezercji z Krakowa, to mocno protestuję. W Krakowie gratem tylko gościnnie, w Teatrze im. J. Słowackiego, z Mają Komorowską w "Końcówce" Becketta. Moją macierzystą sceną był teatr w Nowej Hucie, a to nie był wówczas Kraków. Więc, o jakiej ucieczce pani mówi?

Aktor przyznaje, że w jego biografii są dwa oszustwa, których nigdy nie ukrywał, - Urodziłem się w Krasnymstawie, a w dowodzie wpisano, że we Lwowie, gdzie natychmiast rodzice się przenieśli. O takim właśnie wpisie zdecydowała babka, stwierdzając kategorycznie: We Lwowie brzmi lepiej. Druga sprawa: światło dzienne na tym łez padole ujrzałem 24 grudnia, a w dowodzie wpisano - l stycznia. Znów zaingerowała babka: Z powodu tych kilku dni zaliczą mu cały rok i wcześniej pójdzie do wojska. Wykluczone. W efekcie w wojsku nie byłem, a na emeryturę przeszedłem rok później. Tak więc życiorys mam sfałszowany, ale nazwisko na pewno prawdziwe. Z mojej biografii tylko daty pogrzebu nie mogę pani podać.

W biografii Witolda Pyrkosza Kraków zajmuje istotne miejsce. To miasto wspomina z dużym sentymentem i radością. Po wybuchu wojny, uciekając wraz z ojcem przed Sowietami, przebyli długą drogę, aż wreszcie osiedli pod Wawelem, gdzie aktor spędził całą okupację. Chodził na tajne komplety do szkoły handlowej, ale jako niespokojny duch wciąż szukał swojego miejsca w życiu. Stąd też zaliczył kilka innych egzotycznych szkół, jak na przyszłego aktora: liceum spółdzielcze, wodno-melioracyjne i spożywcze, a także Wyższą Szkołę Ekonomiczną. - Próbowałem też w Wyższej Szkole Morskiej w Gdyni, ale bez matury nie miałem, szans. Jedyną pamiątką, jaką otrzymałem po WSM, był szkorbut, którego się tam nabawiłem. No, więc wysłałem do ojca telegram: Kochane pieniążki przyślij tatuśku, i wróciłem do Krakowa. W 1950 roku wylądowałem w PWST - to był ostatni dzwonek, bo rok później przekroczyłbym limit wieku. O wyborze zawodu zdecydował przypadek. Nie poczułem żadnego powalania, nie marzyłem o karierze artysty. Dowiedziałem się o egzaminach i złożyłem papiery. I jeszcze jedna, niebagatelna sprawa: zawsze mówiono o mnie "słowik" - bo dużo gadałem. No to, jaki zawód mogłem wybrać? Tylko iść na artystę. Po tylu latach pracy jedno wiem: to jest piekielnie trudny zawód, wymagający psychicznego i fizycznego ekshibicjonizmu. A te wszystkie misje, powołania - śmiechu warte.

Po ukończeniu krakowskiej PWST aktor został przydzielony do kieleckiego teatru, gdzie nie zabawił długo, ale zdążył zyskać sobie taką popularność, że nie stał w sklepowych kolejkach. Dzięki protekcji Zbigniewa Cybulskiego wrócił do Krakowa, gdzie Krystyna Skuszanka i Jerzy Krasowski organizowali teatr w Nowej Hucie. Do historii przeszło wiele inscenizacji Krasowskich, z którymi placówkę tę współtworzył wybitny scenograf i reżyser Józef Szajna. - Krasowskim zawdzięczam niemal wszystko, co umiem w tym zawodzie. Zagrałem u nich w bardzo znanych przedstawieniach: "Dziejowa rola Pigwy", "Krakowiacy i górale", "Myszy i ludzie" z Frankiem Pieczką, "Księżniczka Turandot". W tym ostatnim obsadzono mnie dość szczególnie, w roli amanta Kalafa. A przecież do wysokich, przystojnych brunetów się nie zaliczam. Witold należał do grona ulubionych aktorów Jerzego Krasowskiego, który znany był z maglowania artystów. Podobnie jak kolejny dyrektor nowohuckiej sceny - Józef Szajna. - Powiedzieć, że Szajna dawał w kość aktorom, to bardzo delikatne stwierdzenie. Jak się z nim rozmawiało, to trzeba było trzymać się za guziki od marynarki, bo obrywał je w ferworze artystycznych walk. Jednak nam, młodym, pomagał niezwykle. Zawsze budował postać razem z aktorem. W "Radości z odzyskanego śmietnika" kompletnie zdeformował mi sceniczną sylwetkę i zrobił to znakomicie. Gdy realizował "Rewizora", próbowałem Chlestakowa, ale na jednej z prób dostałem ataku kamicy nerkowej i wylądowałem na pogotowiu. Miałem tak potworne bóle, ze zjadłem tam pół ceratowej kanapy. Potem był szpital, sanatorium i oczywiście zostałem zdjęty z prób.

W Krakowie pan Witold słynął nie tylko ze znakomitych ról, ale i z "Pyrkoszówki" - kawalerki, którą otrzymał na os. Kolorowym w Nowej Hucie. A że wśród aktorów był jednym z niewielu posiadaczy własnego lokum, do tego singlem - tamże właśnie odbywały się, nieraz przez kilka dni, nocne Polaków rozmowy. - To były imię czasy niż obecnie. Z teatru nie gnało się od razu do domu, filmu czy na inne zajęcia. Poza tym byliśmy młodzi, wolni... No, to po przedstawieniu zwykle szliśmy na grzańca do Piwnicy pod Baranami, czasami wpadaliśmy do dworcowej knajpy w Brzesku - a jakże, miało się fantazję - gdzie było dobre piwo i fantastyczne gołąbki. Potem wracaliśmy do mnie i tam kończyliśmy imprezę nad ranem. Nie powiem, byśmy pili jedynie herbatę. Niestety, często byłem poszkodowany, ponieważ jedyny z całego towarzystwa miałem samochód, więc woziłem wszystkich. Boże, ile hektolitrów... herbaty wtedy wypiłem. Taki już los kierowcy. Zaległości nadrobiłem w podwarszawskiej "Pyrkoszówce".

Po nocnych eskapadach niełatwo wstawało się na poranne próby, stąd też czasami "zmęczonych" artystów dobudzał maszynista sceny. Kiedyś jednak owo dobudzanie okazało się nieskuteczne i podczas próby pan Witold usłyszał od Jerzego Krasowskiego: Idź do bufetu, wypij herbatę, bo z gęby piasek się sypie zamiast słów.

Bardzo twórczy okazał się dla Witolda Pyrkosza okres wrocławski, gdzie w tamtejszym Teatrze Polskim spędził 12 lat. I znów spotkał się z Krasowskimi, których namówił, by po utracie dyrekcji teatru w Warszawie przenieśli się do Wrocławia. To były kolejne znakomite teatralne lata tej reżyserskiej pary. Dla Witolda Pyrkosza Wrocław okazał się z jednej strony szczęśliwy, z drugiej zaś to właśnie wtedy zaczęto go szufladkować do ról charakterystycznych. - Po Cześniku w "Zemście", Łatce w "Dożywociu", Sganarelu w "Don Juanie" otrzymywałem coraz więcej podobnych ról. Jednak miałem też szczęście do tzw. mięsistych postaci, które przeszło na lata warszawskie, kiedy to wędrowałem z "Polskiego" do "Narodowego" i do Teatru Na Woli.

Wrocław to nie tylko lata teatralne dla pana Witolda. To również czas biznesu jego żony Krystyny, która prowadziła tam kawiarnię "U Dreptaków". - Należeliśmy do tzw. trójkąta bermudzkiego. Towarzystwo zwykle zaczynało nocne wędrówki od Klubu Dziennikarzy, poprzez "Dreptaków", a kończąc w Klubie Związków Twórczych. Jednak od mojej żony nigdy nie wychodzono na czworakach, było spokojnie i kulturalnie.

Gdy zapytałam pana Witolda, czy nauczył się robić biznes od żony, odpowiedział bez wahania: Nawet nie próbowałem, bo jej nigdy nie prześcignę. Ma swoją firmę, potrafi robić wszystko. Od czasu do czasu tylko jej mówię, że to ja muszę zarabiać, żeby ona mogła prowadzić swój interes. Bardzo nie lubi tych żartów.

I właśnie lata wrocławskie zapoczątkowały długą drogę filmową aktora. Wtedy zagrał w "Janosiku", "Czterech pancernych i psie", a także w "Mecie" Antoniego Krauzego. Na fali popularności był też serial "Alternatywy 4". - W filmie albo się gra - czyli ma się główną rolę, albo się jest, czyli ma się rolę drugorzędną, albo też jedynie zarabia się - tak jest w wypadku ról trzecioplanowych. Zakosztowałem wszystkiego. Nigdy właściwie nie miałem luksusu wybierania ról. Grałem to, co mi proponowano, bo przecież z czegoś trzeba było żyć. Dopiero teraz mam komfort dokonywania wyborów.

Śledząc karierę filmową Witolda Pyrkosza, dziesiątki zagranych przez niego ról, mimo wszystko trudno nie dostrzec, że polskie kino nie do końca wykorzystało jego talent, warunki, a przede wszystkim vis comica. Po sukcesie "Janosika" nikt nie napisał scenariusza np. dla duetu Bogusz Bilewski - Witold Pyrkosz, którym zasłynęli w serialu. Wykorzystano ich jedynie do reklamy margaryny. Również z Janem Machulskim stworzyli w filmach kilka niezapomnianych kreacji, jak choćby w "Vabanku". - Witek jest tak fantastycznym aktorem, że mógłby zagrać każdą rolę - mówi o swoim przyjacielu Jan Machulski. Spotkaliśmy się wielokrotnie w filmie i w teatrze, ale najmilej wspominam współpracę w "Vabanku", reżyserowanym przez mojego syna, Julka. Jedną ze scen, w knajpie, kręciliśmy przez cały dzień. W przerwach knajpiarze zapraszali nas oczywiście na wódkę. Nie wzgardzaliśmy. Gdy przyszło do sceny, w której Witek mówi do Eli Zającówny: "Muszę zatańczyć z naszą przynętą" i miał porwać ją do tańca, okazało się, że nasz Wituś jest na niemałym fleku. Byliśmy z lekka przerażeni. A Witek zerwał się z krzesła, tekst ktoś za niego podrzucił, a on, z cygarem w ustach, ruszył na parkiet. Zawirował tak pięknie, że Julek złapał kamerę i szybko kręcił, bo być może na trzeźwo ten taniec tak by nie wypadł. Witek to zawodowiec! Ma wspaniałe poczucie humoru, jemu dowcipy wręcz wysypują się z ust. Dlatego granie z nim test prawdziwą rozkoszą. Szanuję go, podziwiam za talent, dobroć, otwartą głowę i dystans do tych wszystkich głupstw, dziejących się wokół nas. Kochany człowiek. Witku, gratuluję Ci tej pięknej roli w "M jak miłość". To jesteś cały Ty: dobry, ciepły, trochę złośliwy inteligentnymi dowcipami.

Aktor ma jednak pewną słabość: nie lubi uczyć się tekstów ról. Wielokrotnie ich fragmenty miał rozpisane na różnych rekwizytach, czasem na mankietach, na cylindrach. W "M jak miłość" zdarzyło się, że tekst położono mu na kromce chleba. W tym serialu aktor czuje się trochę jak u siebie w domu, gdyż prywatnie też jest właścicielem niewielkiej farmy pod Warszawą - kolejnej "Pyrkoszówki", gdzie ma kilkanaście zwierzaków i zawsze mnóstwo pracy. - Do "Pyrkoszówki" ciągnie mnie jak wilka do lasu. Jestem tam wszystkim po trosze: majsterklepką, pomywaczką, sprzątaczką, tylko nie kucharką. Mam "ośmiu kotów" i "czterech psów", jak mówią sąsiedzi. Przed dwoma laty odwiedzał nas łoś, a teraz tylko ptactwo w dużych ilościach. Już czekam aż śnieg stopnieje i zaczną się prace w polu. Tylko dzięki tej zimowej przerwie mogę z panią rozmawiać - od wiosny do jesieni nie ma mnie w domu. Staram się, by to miejsce było najpiękniejsze na ziemi.

Witold Pyrkosz ubolewa, że polskie kino nie doczekało się następcy Stanisława Barei, z którym pracę bardzo sobie cenił. - Gdy po raz pierwszy stanąłem u niego przed kamerą, zobaczyłem jego potwornie pokrzywioną twarz. Mówię: Stop. Co jest Stasiu? Gram do d...? A on na to: Ale skąd. Jest fantastycznie. To były jego słynne miny, pełne skrzywień, przekrzywień, wyrażające... zadowolenie.

Aktor ma na swoim koncie także dwa filmy zachodnie: amerykański i francuski. Do tego drugiego wygrał casting. Miał grać Francuza, ale jego znajomość języka sprowadzała się do słów "Bonjour, monsieur", więc w efekcie zagrał polskiego policjanta ścigającego szajkę handlującą kobietami.

Pan Witold swój zawód traktuje poważnie, ale z dystansem.

- Wielu moich znakomitych kolegów, młodszych ode mnie, już nie żyje, bo traktowali aktorstwo zbyt poważnie. Nie jestem pasjonatem tego zawodu i traktuję go, jak wszystko w życiu, ze zdrowym rozsądkiem. O sobie też nie mam wygórowanego zdania, bo wiem, że Gregory Peckiem nie jestem. Co zatem ma Pan sobie do zarzucenia? - pytam. - Jedynie pętlę na szyję - odpowiada ze śmiertelną powagą.

Obecnie aktora można oglądać w dwóch przedstawieniach zrealizowanych w Teatrze Ochota: w "Pułkowniku Ptaku" i w "Ślubach panieńskich", gdzie gra gościnnie. - Jestem emerytowanym młodzieńcem, w innych kolaboracjach teatralnych nie uczestniczę, więc czekam na propozycje. Natomiast najbliższe plany filmowe mam bardzo konkretne i wieloletnie, związane z serialem "M jak miłość". Jestem mu wiemy w swojej dozgonnej miłości. To, że wszyscy jesteśmy na planie bardzo zżyci, chyba widać w serialu? Nie ma mowy o znudzeniu, bo nie pozwalają na nie zarówno poeci piszący scenariusze, jak i koledzy. Mam ciche przyzwolenie na ingerencję w dialogi, z czego skrzętnie korzystam. A to, że Lucjan stał się trochę bardziej buntowniczy wobec żony, wpadł w nałóg gry w szachy - to już zasługa wspomnianych poetów. I dobrze, bo jest charakternym chłopem, a nie ciepłą kluchą.

Kiedy pytam pana Witolda o przepis na młodość, wigor i poczucie humoru, które go nie opuszczają, słyszę poważną odpowiedź: Lud mawia: Nie rób z mamy panoramy. To jest jedyna recepta, jaką usłyszałem od światłych ludzi, czyli moich sąsiadów.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego