"Pigmalion" G. B. Shaw'a w Teatrze Powszechnym na Pradze

«ABY wystawiać dziś "Pygmaliona", trzeba mieć sporo odwagi. Ta doskonała komedia - czy też sztuka jak ją nazwał autor - ma w Polsce drugą i bardzo dobrą tradycję, a trzy, stanowiące główną jej oś postacie Elizy, prof. Higginsa i Alfreda Doolittle grali najlepsi aktorzy, których kreacje przeszły niemal do historii teatru polskiego. Sztuka ta więcej, niż jakakolwiek inna wymaga koncertowego zagrania przynajmniej tych właśnie ról, inaczej gubi się niejedno z jej uroku, inteligentnego dowcipu i subtelnej mądrości.

A jest tego wszystkiego wiele w tej historii profesora fonetyki, który robi eksperyment z wychowaną na ulicy i mówiącą, najordynarniejszą gwarą kwiaciarską, czyniąc z niej po pół roku damę, władającą znakomicie językiem "galonowym". W okresie tym jednak zmienia się nie tylko sposób bycia i mówienia Elizy, ale także budzi się w niej człowiek, czego nie umie zauważyć prof. Higgins. W całej tej grze okazuje się, że istotna chamskość nie tylko manier ale i uczuć cechuje właśnie profesora. Kobieta, jak zwykle u Shaw'a góruje nad swym partnerem i uczy go wiele prostych prawd życiowych. Oczywiście oboje łączy w końcu miłość, pokazana przez autora bardzo dyskretnie. Wszystko to daje sposobność do powstania szeregu zabawnych sytuacji, odkrywających niejedno zakłamanie w stosunkach między ludźmi. Wywody Ojca Elizy Doolittle'a na temat moralności są pełne takich przekornych prawd, a wizyta u pani Higgins pokazuje jak konwenanse towarzyskie są w gruncie rzeczy taką samą komedią, jaką gra wyuczona kilku frazesów Eliza.

Reżyseria J. Kochanowicza nie uwydatniła intelektualnego charakteru dowcipu i humoru komedii Shaw'a, zgubiła pierwszorzędne wartości dialogu, nie podkreśliła tak istotnych w tej komedii różnic dialektycznych, a aktorzy grający trzy wspomniane na wstępie role niestety dość daleko odbiegali od swych znakomitych poprzedników. Najlepsza była p. Bielska jako Eliza, choć nie stworzyła kreacji jednolitej. W pierwszej części jej trywialność była trochę nienaturalna, zanadto "robiona" i nie zawsze konsekwentnie wytrzymywana. W drugiej części rola wypadła znacznie lepiej i miała parę bardzo dobrych momentów, zwłaszcza dramatycznych. Znać, że odtwórczyni ten rodzaj bardziej odpowiada, tak dalece, że w przemienionej Elizie nie pozostało ani śladu z jej przeszłości, co znów może wydać się nielogiczne i nieprawdopodobne.

P. Petecki jako prof. Higgins był nieporozumieniem. Pozbawił go wszelkiego wdzięku i naturalności, przez co uczucie, jakie żywi doń Eliza, wydaje się niezrozumiałe. To nie był profesor - oryginał, ale irytujący postrzeleniec, wyprawiający przedziwne harce po fotelach i kanapach. Zarzut to zresztą także pod adresem reżysera, który musi nawet umieścić na środku salonu otomanę (!) dla gości, aby Higgins miał na czym wyczyniać swoje skoki. P. Trojan przejaskrawił postać Doolittle'a, przy tym za wiele miał krzykliwej jowialności, a za mało szelmostwa, P. Wasowski był przekonywującym pułkownikiem Pickeringiem, nadużywał tylko trochę śmiechu. Role epizodyczne wypadły zupełnie dobrze. Wymienić tu zwłaszcza trzeba p. Chądzyńską, jako matkę prof. Higginsa, p. Wacińską, jako jego gospodynię i p. Sadowego, jako salonowego młodzieńca.

Dekoracje p. Hawryłkiewicza na próżno walczyły ze szczupłością sceny. Czy w takiej sytuacji uzasadnione jest trzymanie się ram realistycznych? W każdym razie Westminster z pierwszego aktu tak przypominał Londyn, jak wnętrza następnych aktów mieszkania angielskie, to znaczy bardzo mało. Za to deszcz padał z powodzeniem i tak gruntownie, że nawet w drugim akcie za sceną.

[recenzja z prywatnego albumu Witolda Sadowego w zbiorach IT]»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego