"Pan minister na inspekcji"

Wodewil w 3-ch aktach Hennequina, muzyka C. Vebstera

«Trzeba przyznać, że Teatr Ziemi Pomorskiej posiada dużą zaletę, mianowicie jest w swoich poczynaniach prawie że wszechstronny. Pomyślcie, jeden i ten sam, liczebnie dość szczupły zespół wystawia "Nieboską komedię" i "Cnotliwą Zuzannę", "Wesele" i "Jacht miłości", "Damę kameliową" i "Ministra na inspekcji". Wielostronność ta w naszych specjalnych stosunkach wychodzi na dobre i publiczności i samemu teatrowi, który raz każe nam się wzruszać górnie i chmurnie, drugim razem rozczulać do łez - to znów śmiać się do nieprzytomności.

A już kiedy, jak kiedy, ale w wieczór sylwestrowy zupełnie słusznie kazano nam się śmiać. Stary rok, kabotyn i łajdak, odwalił kitę, a przecież na takim pogrzebie nikt nie płacze. Zresztą dobrze jest człowiekowi, gdy się czasem uśmieje, raz dla konkokcji, a po wtóre, że śmiechem różnimy się od zwierząt, które podobno śmiać się nie umieją.

Dobrze tedy uczyniła dyrekcja teatru, że w wieczór sylwestrowy dała nam starą farsę francuską, dowcipną satyrę, przerobioną modnie na wodewil, aby było i trochę muzyczki, a ponadto zaktualizowaną wcale udatnie, bo trzeba było zbyt pieprzną satyrę na francuski biurokratyzm i protekcjonizm trochę osłodzić, żeby nikt nie myślał, że w Polsce nie jest nic a nic lepiej, niż we Francji!... Aktualności te, przyznać trzeba, nie obniżyły skali humoru, toteż każdy kto żył w teatrze, a nie był do cna stetryczały, śmiał się beztrosko i serdecznie, a widziałem i takich, co się klepali po - własnych - kolanach z szalonej uciechy.

Zespół zgrany był doskonale. Mierzejewski jako reżyser opracował całą rzecz bardzo starannie i dał tempo żywe, pełne opętańczej werwy. Sam zresztą jako pan minister był pełen życia, młodości i humoru. Partnerka jego Halina Doree wyglądała pięknie, miała śliczne toalety, a grała rolę kabaretowej artystki z bajeczną nonszalancją, a przecież bez szarży, która mogła była ją znęcić; dość że całość była bardzo estetyczna.

Rolę "pani prezesowej", w której Henneguin scentralizował cały komizm swojej farsy, grała - no któżby, jak nie Bracka, i któżby ją zagrał lepiej, z taką beztroską naturalnością, jakby przez całe życie była niczym innym, tylko "panią prezesową". Słusznie też zbierała brawa i żywe oklaski przy otwartej kurtynie.

Ilcewicz, jako prezes sądu okręgowego, tępy biurokrata i cnotliwy małżonek, był żywym uosobieniem komizmu i doskonale kontrastował swoją niewzruszoną maską z ogólną wesołością, wypływającą z nieprawdopodobnych wprost sytuacyj. Woźny ministerialny w osobie Cybulskiego był, jak zwykle, dobrze u charakteryzowany, a niefrasobliwym swoim humorem wywoływał nastrój iście sylwestrowy.

Surzyński grał policjanta Stypę na wesoło, a swoje kuplety musiał powtarzać, bo tak się podobało publiczności. Sroczyński doskonałą stworzył postać zahukanego szefa kancelarii, a ostatnie jego zejście ze sceny wywołało prawdziwą burzę wesołości.

Całość uzupełniali mniejszymi rolami Dudarew, Korowiczowa, Łukowska i Cybulska.

Publiczność bawiła się jak nigdy, w ogóle była orgia wesołości, oklasków i miechu; i ktoś wyczekujący przed teatrem na przyjaciół, by ich wyciągnąć na wódkę po teatrze, opowiadał mi, że nawet owe figury kamienne przed teatrem, siedzące całe życie bardzo głupio i bezmyślnie na swych siedziskach, trzęsły się ze śmiechu. Może to i prawda, a może ten ktoś już był zalany i mu się coś przywidziało.

W każdym razie było wesoło i basta.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego