Trzymają się razem

Jan i Jerzy znali na pamięć prawie całą polską literaturę. Jerzy potrafił wyrecytować wszystkie 12 Ksiąg "Pana Tadeusza" Mickiewicza. Gdy wnuk przyłapał go nieścisłości, odpowiadał: - to tylko różnice między wydaniami. Urnę z prochami zmarłego w lipcu ubiegłego roku aktora Zbigniewa Zapasiewicza niósł na jego pogrzebie na warszawskich Powązkach 25-letni Grzegorz Daukszewicz, od niedawna aktor Teatru Współczesnego w Warszawie, kuzyn zmarłego. To kolejne pokolenie w znanej warszawskiej rodzinie Kreczmarów, w której jest wielu wybitnych pedagogów, artystów, pisarzy - pisze Maria Barcz w Pani.

«Mówiono o nich, że talent przekazują w genach. Odkąd w XVIII wieku ich przodek, niemiecki pastor Jerzy Tetzner, osiedlił się w Warszawie, w każdej generacji przychodziły na świat dzieci, które wyrastały ponad przeciętność. Z tej rodziny pochodzili bracia Jan (1908-1972) i Jerzy (1902-1985). Pierwszy był wybitnym aktorem i wieloletnim rektorem PWST, drugi - znanym reżyserem, teatrologiem, eseistą. Syn Jana, przedwcześnie zmarły Adam (1944-1982), poeta i satyryk, zakładał teatrzyk Hybrydy i kabaret Pod Egidą. Siostrzeńcem Jana i Jerzego był aktor Zbigniew Zapasiewicz.

SZCZYCIĆ SIĘ NIE MA POWODU

Do początku XX wieku był to ród pedagogów. Pastor Jerzy Tetzner uczył języka niemieckiego na stancji prowadzonej przez Mikołaja Chopina, ojca Fryderyka. Kompozytor cenił go za głęboką wiedzę, lubił za "zacny charakter", jak pisał w liście do siostry. W dzieciństwie często go parodiował, zresztą Tetzner nadawał się do tego znakomicie. "Chudy, w ryżej peruce, niemiłosiernie kaleczył język polski" - charakteryzował go w pamiętnikach Oskar Kolberg. Z tego powodu dwukrotnie oblewał egzaminy na pierwszego pastora warszawskiej parani ewangelickiej. W 1816 roku wreszcie udało się mu objąć to stanowisko, gdy wygłosił samodzielne kazanie łamaną polszczyzną. Jego wnuk, syn córki Matyldy - August Kreczmar, wykładał w V Męskim Gimnazjum języki starożytne. August był poliglotą, podobno znał nawet chiński. "Jako nauczyciel odznaczał się gruntowną znajomością przedmiotu, jako pedagog - taktem, sprawiedliwością i słodyczą w obejściu" - pisały gazety po jego śmierci. Nawet już bardzo schorowany udziela! bezpłatnych korepetycji biednym. Jego wychowanek, profesor literatury polskiej Ignacy Chrzanowski tak go wspominał: "Szacunek, jakim się cieszył wśród uczniów i kolegów, graniczył z czcią". Zapamiętali go jako człowieka pracującego ponad siły, a przy tym niezwykle skromnego. "I jestem wstydem, jestem zgrozą zdjęty/że plon życiowy tak lichy" - skarżył się w jednym ze swoich wierszy August. Skromność stanie się dla Kreczmarów również cechą dziedziczną.

Żaden z nich nigdy nie chwalił się osiągnięciami, a opowiadanie o własnych zasługach było w ich oczach nietaktem. Reżyser Erwin Axer, ożeniony z Bronisławą Kreczmar, opowiadał, że po śmierci Jerzego w 1985 roku w jego papierach nie znalazło się słowo na temat jego kariery teatralnej. Człowiek, który zasłynął znakomitymi inscenizacjami Becketta, Sartre'a, Mickiewicza, "uznał, że szczycić się w obliczu wieczności czymś, co służy rozrywce, nie ma powodu". Wnukowie Jana i Jerzego wychowani wśród erudytów uznawali za naturalne, że dostawali na najtrudniejsze pytanie natychmiastową odpowiedź. Dopiero gdy wyszli z domu rodzinnego, orientowali się, że była to jednak sytuacja wyjątkowa. Wdowa po Adamie Kreczmarze, Małgorzata: - Przy teściu i mężu encyklopedia nie była mi potrzebna. Miałam wrażenie, że wiedzą absolutnie wszystko. Czasem ja, tłumacz kabinowy, pytałam ich o francuską ortografię. Była to też zasługa ich fenomenalnej pamięci. Jan i Jerzy znali na pamięć prawie całą polską literaturę. Jerzy potrafił wyrecytować 12 ksiąg "Pana Tadeusza". Gdy wnuk Michał (dziś dyrektor ds. systemów transakcyjnych w koncernie Agora) przyłapywał go na nieścisłościach, okazywało się, że była to kwestia różnic między wydaniami, co dziadek potrafił mu również wyjaśnić.

KATOLICY, ŻYDZI I ATEIŚCI

Co łączyło Leopolda Tyrmanda, francuskiego pisarza i reżysera Romaina Gary'ego, Antoniego Słonimskiego, Stefana Starzyńskiego oraz światowej sławy historyka, profesora Harvardu, doradcę prezydenta Reagana, Richarda Pipesa? Wszyscy ukończyli warszawskie Gimnazjum Męskie Kreczmara. Szkoła mieszcząca się w kamienicy przy ulicy Wilczej nie odrodziła się po II wojnie światowej, ale przeszła do historii jako jedna z najnowocześniejszych w Europie. Założona przez Jana Kreczmara, syna Augusta, w 1907 roku była pierwszą w zaborze rosyjskim szkołą z wykładowym językiem polskim. Uczniowie z klas wyższych mieli prawo uczestniczyć w zebraniach rady pedagogicznej. Ale prawdziwą rewolucją na tamte czasy była jej bezwyznaniowość. Gimnazjum przyjmowało zarówno katolików, protestantów, prawosławnych, żydów, jak i ateistów. Jan Kreczmar wierzył, że jeśli chłopcy odmiennych wyznań będą dorastali razem, nie będą potem zdolni do nietolerancji. Jego młodszy brat Michał, historyk, na lekcjach nie korzystał z podręczników. Mawiał, że podają one interpretację faktów, a tym samym oduczają samodzielnego myślenia. Poziom nauczania w gimnazjum był niesłychanie wysoki, na liście jego absolwentów jest wiele znakomitych nazwisk. Co nie znaczy, że była to szkoła elitarna. Bogaci, owszem, płacili wysokie czesne, ale biedni byli z niego zwolnieni. Nikomu z zamożnych rodziców nie przyszło zresztą do głowy protestować z tego powodu. Jan senior umarł w 1909 roku w wieku 31 lat na zapalenie opon mózgowych. Zostawił pięcioro dzieci, z których najmłodszy Jan miał zaledwie rok. Wdowa Maria ze szlacheckiej rodziny Wyssogota-Kawieckich znalazła się w opłakanej sytuacji finansowej. Pomimo pomocy krewnych zajęła się pracą zarobkową. Została jedną z pierwszych polskich maszynistek. Ciężkie przeżycia sprawią, że bracia Jerzy, Tadeusz i Jan oraz ich siostry Wanda Jezierska i Maria Zapasiewiczowa bardzo się ze sobą zżyli. - Naprawdę lubili ze sobą przebywać. Niesłychanie rodzinni, zawsze mogli na siebie liczyć, a matkę do śmierci otaczali nadzwyczajną opieką i atencją - mówi Małgorzata Kreczmar. Inną cechą charakterystyczną była nieśmiałość, którą odznaczali się prawie wszyscy. Zbigniew Zapasiewicz, syn siostry Jerzego i Jana - Marii, twierdził, że potrzeba przezwyciężenia nieśmiałości popchnęła go w stronę aktorstwa. W dzieciństwie zamykał się we własnym świecie. Raz wysłany do sklepu wrócił po długim czasie z pustymi rękoma. Nie przełamał się, by wejść do środka i poprosić o chleb. Gdy podjął decyzję o zdawaniu do szkoły teatralnej, powiedział o tym wujowi, rektorowi PWST. Proszony przez Zbyszka o radę Jan rzekł: "Aleja przecież nawet nie wiem, jak ty mówisz!". Podczas egzaminu nie było mowy o protekcji. Przez cały czas trwania studiów nie skorzystał z okazji, by cokolwiek siostrzeńcowi ułatwić.

Podobna sytuacja miała miejsce, gdy wnuk Jana, Grzegorz Daukszewicz, studiował w akademii, której profesorem był Zapasiewicz: - Kłaniając się mu na korytarzu, wołałem: "Dzień dobry, panie profesorze". Czułem, że z daleka mi się przygląda, czuwa, ale nigdy mnie nie faworyzował.

ZAUROCZONA WASILEWSKA

- Mój teść Jan nigdy nie podnosił głosu, a mimo to wzbudzał ogromny respekt. Emanował jakąś charyzmą, nie było nawet mowy, by się z nim spoufalić - opowiada Małgorzata Kreczmar.

W PRL-u udała się mu niebywała rzecz. Jako człowiek całkowicie apolityczny latami rządził warszawską PWST (dziś Akademia Teatralna). Zresztą nikt z tej rodziny nigdy nie zapisał się do partii. Jan wpadł jednak w tarapaty, gdy na zaproszenie Mołotowa w latach 50. pojechał do Moskwy. Po powrocie szczerze opowiadał o tym, co zobaczył. Mówił o cenzurze i braku swobody artystycznej. Został więc zawieszony; a stanowisko rektora odzyskał dopiero po 1956 roku. Dymisja nie zabolała go tak jak fakt, że kilku z jego przyjaciół, znanych artystów, na jego widok szybko przechodziło na drugą stronę ulicy. - Z tego wyjazdu do Moskwy najlepiej zapamiętałam futro - uśmiecha się Małgorzata Kreczmar. - Z Janem pojechała do ZSRR jego żona Justyna, również aktorka i piękna kobieta. Tam wpadła w oko Wandzie Wasilewskiej, która, jak wiadomo, była innej orientacji. Wasilewska zauroczona Justyną podarowała jej cudowne futro z soboli. Był z nim potem tylko kłopot, bo Justyna krępowała się w nim paradować po Warszawie.

Jan i Justyna z domu Karpińska byli kochającym się, partnerskim małżeństwem. Choć niektórzy uważali, że gdyby nie mąż, ona byłaby znacznie mniej skrępowana jako aktorka. Miał u niej taki autorytet, że gdy skrytykował choć drobny element roli, czulą się zablokowana. Ale czasem potrafiła się spod jego wpływu wyzwolić. Na przykład w inscenizacji "Nocy iguany" Tennessee Williamsa w Teatrze Polskim. To był jej fantastyczny, niezapomniany występ. Jan Kreczmar sprawował wr PWST rządy twardej ręki. Uważał na przykład, że studenci powinni poświęcić się nauce, dlatego za jego kadencji mieli zakaz występowania w filmach i telewizji. Z tego powodu studia przerwała Beata Tyszkiewicz, z którą zresztą Jan spotkał się potem na planie "Lalki" w reżyserii Wojciecha Hasa. - Był przeciwny aktorstwu intuicyjnemu, spontanicznemu. Do roli przygotowywał się niezwykle starannie, każdy element miał rozłożony na czynniki pierwsze, wszystko było u niego przemyślane - mówi Małgorzata Kreczmar. Podkreśla, że pomimo konserwatywnych upodobań był otwarty na nowości, umiał docenić awangardę. - Pamiętam, jak do eleganckiego mieszkania teściów przy alei Róż przychodził nieznany wówczas Jerzy Grotowski. Nosił wymięty garnitur z GS-u, teczkę na rzemieniu i znoszone sandały. Prosił zawsze o szklankę herbaty. Justyna trochę się krzywiła, ale Jan był nim zachwycony. "To jest bardzo zdolny, wybitny człowiek" - przekonywał. Zięć Jana, satyryk Krzysztof Daukszewicz, mąż Małgosi, siostry Adama, wspominał, jak po raz pierwszy pojawił się w alei Róż. - Byłem chudym chłopakiem ze Szczytna. Moim całym dobytkiem była gitara. Jan już wtedy nie żył, przywitała mnie Justyna. Gdy Małgosia zapowiedziała, że będę z nimi mieszkał, zachowała się jak prawdziwa dama. Nawet nie miugnęła okiem. Małgosia Daukszewicz zmarła cztery lata temu na raka płuc. Ciepła, wrażliwa, ale zarazem silna, integrowała całą rodzinę. Nie pracowała, poświęciła się wychowaniu synów Aleksandra i Grzegorza. Miała wyjątkowy dar skupiania wokół siebie ludzi. Jej ukochanym domem, oprócz warszawskiego, stały się Narty na Mazurach. Tam rodzina spędzała wszystkie weekendy i wakacje. To był też wyjątek, bo Kreczmarowie, stworzenia miejskie, niechętnie opuszczali Warszawę, nawet latem. Cieniem na życiu Jana i Justyny położyła się nieuleczalna choroba syna, poety i satyryka Adama. Cierpiał na niedrożność przewodów włosowatych wewnątrz-wątrobowych. Od dziecka żył z wyrokiem śmierci.

- Znał cenę życia i dlatego nie uznawał codzienności - opowiada Małgorzata Kreczmar. - Był człowiekiem zabawy, duszą towarzystwa. Znakomicie grał w brydża, miał szeroki gest. Gdy przyszedł na świat nasz syn Jaś, ze szczęścia otworzył bar w SPATiF-ie dla wszystkich. Po kilku dniach takiej zabawy teść musiał go wyciągać z długów. Jego teksty do popularnych przebojów ("Jak cię miły zatrzymać", "Daj mi to miejsce przy sobie") pokazują romantyczną stronę jego natury. Mógłby pewnie dłużej żyć, gdyby dbał o siebie. Ale on wolał prowadzić życie intensywne, wbrew przestrogom lekarzy. Odszedł latem 1982 roku, miał 38 lat.

- Tata był wtedy dokładnie w moim wieku - mówi Jaś.

- Coraz częściej myślę, że powinienem zadbać, by ocalić jego twórczość, choćby dla mojej ośmioletniej córki Marysi. Namawiałem kiedyś przyjaciela Janusza Panasewicza, by na nowo zaaranżował piosenki tary i je zaśpiewał. Może do tego dojdzie?

Małgorzata Kreczmar przypomina anegdotkę, którą opowie na zakończenie, bo po co tak smutno kończyć rozmowę? Adamowi by się to nie spodobało. - O ile uwielbiałam wychodzić z mężem i teściem, niechętnie chodziłam z nimi do teatru. Znali na pamięć wszystkie sztuki i w przedstawieniu interesowała ich głównie koncepcja reżysera. Jak się już zorientowali, na czym polega, Adam symulował atak choroby i teść troskliwie wyprowadzał go z sali, na którą oczywiście nie wracali. Jan Kreczmar był zbyt znaną postacią, by wyjść niezauważonym, a nie chciał sprawiać przykrości aktorom.

SZTUKA WSPÓŁŻYCIA

Starszy o sześć lat od Jana Jerzy miał troje dzieci. Do końca życia nie mógł podnieść się po tragedii, jaką była śmierć w Tatrach jego najstarszego syna Tomka, 21-letniego studenta Politechniki Warszawskiej. Kilkanaście lat po tym wydarzeniu Krzysztof Zanussi nakręcił film "Góry o zmierzchu", w którym Jerzy zagrał samego siebie - ojca co roku pielgrzymującego na miejsce wypadku w okolice Morskiego Oka.

- Ale na co dzień Jerzy tryskał energią i poczuciem humoru. Lubił czerwone wino, kochał dobrze zjeść - uśmiecha się Anna Kreczmar, wdowa po jego synu Antonim (Antoni, wybitny matematyk, pionier polskiej informatyki, zmarł kilkanaście lat temu w wieku 51 lat na nowotwór złośliwy). - Pamiętam, jakie wrażenie zrobiło na mnie ich mieszkanie na Żoliborzu. W czasach gdy wszędzie królowały meblo-ścianki, tam na wyposażenie wnętrz składały się głównie książki, których były tysiące. Jerzy pochłonięty sprawami teatm, pracą dydaktyczną w warszawskiej i łódzkiej szkole teatralnej oraz pisaniem książek nie przywiązywał wagi do przyziemnych spraw, takich jak organizacja życia domowego. Ewentualne remonty, porządki uważał za rzecz całkowicie zbędną. Jego wnuk Tomek opowiada, jak przed Wigilią dziadek golił się nad umywalką, w której pływał karp. Na rybę spadały piana, resztki włosów. Do łazienki weszła córka Agnieszka (tłumaczka literatury angielskiej) i krzyknęła: "Tam przecież jest karp!". "Trudno - odpowiedział cierpko Jerzy - musimy jakoś współżyć".

Jerzy nie lubił zmian, a do dwóch rytuałów byl wyjątkowo przywiązany. Do czytania na głos i do tego, że codziennie punktualnie o 16 domownicy zasiadali do obiadu, podczas którego odbywały się wielogodzinne dyskusje. Bo Kreczmarowie kochali rozmawiać. Nie były to nigdy narzekania na pogodę lub słabe zaopatrzenie sklepów. Omawiali problemy filozoficzne, czasem wydarzenia sportowe, którymi pasjonowali się męscy członkowie rodziny - Chociaż te dysputy wymagały często dogłębnej wiedzy, nie było w nich żadnego zadęcia i pozy - wyjaśnia Anna. - Do stołu mógł się dosiąść każdy, bo dla nich liczyło się tylko to, co ktoś miał pod czapeczką i czy odznaczał się poczuciem humoru.

Jak przystało na pedagogów; mieli specyficzne podejście do wychowania. Dzieci traktowali jak dorosłych, liczyli się z ich zdaniem, chociaż nie uznawali taniej czułostkowości. Jerzy kazał mówić do siebie wnukom po imieniu, bo słowo "dziadek" źle mu się kojarzyło. Michał Kreczmar: - Kiedyś reżyserował "Emigrantów" Sławomira Mrożka, w których występuje pies Pluto. Ale kto w czasach komuny wiedział, jak wygląda Pluto? Jurek kupił nam kilka balonówek z dołączonymi historyjkami z bohaterami Disneya. Gumę żeśmy żuli, ale komiksy musieliśmy z bólem serca oddać.

Grzegorz Daukszewicz, 25-letni wnuk Jana, który nigdy nie poznał dziadka, żałuje, że w jego scenicznym debiucie "Sztuce bez tytułu" Czechowa w Teatrze Współczesnym nie zobaczy go ani mama, ani reszta rodziny z której tak wiele osób ubyło w ostatnim czasie. Jako jedyny przejął pałeczkę po sławnych przodkach (jego starszy brat Aleksander jest historykiem). - Ale mam wrażenie, że ktoś cały czas pomaga mi z nieba. Kreczmarowie zawsze trzymają się razem.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego