Pouczające przygody Jacka i Placka

«Niewiele jest chyba książek w naszej dziecięco-młodzieżowej literaturze, w których mądrze się z tak atrakcyjną akcją, pobudzającą w równym stopniu fantazję, jak - i myślenie. Kornela Makuszyńskiego opowieść o chłopcach, którzy porzuciwszy matkę ruszają w świat w poszukiwaniu kraju - "gdzie wszystko robi się samo" - i w swej wędrówce stopniowo uczą się, czym jest uczciwość, dobro, praca i matczyna miłość - to swego rodzaju "moralitet" w wydaniu dla najmłodszych.

Jak przy tym aktualny teraz (gdy szerzy się kult cwaniactwo, sprytu, bezwzględności!). Makuszyński w mistrzowskiej, baśniowej formie pokazuje wartości, bez poszanowania których przestaje się być - człowiekiem.

Nie miała jakoś szczęścia do wznowień książka "O dwóch takich co ukradli księżyc"- Zaniedbania wydawców postanowiła nadrobić Bogusława Czosnowska, adaptując na scenę i wystawiając w Teatrze "Wybrzeże" wyreżyserowane przez siebie przedstawienie.

Od dawna już zgodzono się, że piękne zadanie "uteatralnienia" dzieci i młodzieży winno stać się udziałem nie tylko "specjalistycznych", ale i dramatycznych, tudzież muzycznych scen "dla dorosłych". Okazało się przy tej okazji iż adresując tego rodzaju spektakle do młodzieży "zawieszonej" pomiędzy dziecięctwem i dorosłością (czytaj: po "wyjściu" z teatru lalkowego, a przed "wejściem" do teatru dramatycznego) - teatr taki zaczął przyciągać w równym stopniu szkolną młodzież, jak i przypisywane dotychczas wyłącznie teatrowi lalek - dzieci.

Przekonaliśmy się, iż dzieci, wierne w dalszym ciągu swemu teatrowi lalek - można z dużą dla nich korzyścią wprowadzać na widownię teatru "młodzieżowego", teatru żywego planu, bez rygorystycznego pod względem wieku szufladkowania. Zyskaliśmy jeszcze jedno, nie najmniej chyba ważne - doświadczenie.

Doświadczona aktorka i reżyser, zaprawiona w kontaktach z widzem, z dziecięcą, młodzieżową publicznością, od dawna już nosiła się Bolesława Czosnowska z zamiarem przeniesienia na scenę swej ulubionej w szkolnych latach książki. Nie zapomniała też, iż kiedyś we Lwowie, w dawnym Teatrze Żołnierza, wystąpiła w roli Jacka w ówczesnej adaptacji. W swojej obecnej adaptacji wybrała to wszystko, co w książce Makuszyńskiego najistotniejsze, pokazując na tle fantastycznych przygód Jacka i Placka ich wewnętrzną przemianę.

Znając możliwości zespołu Teatru "Wybrzeże", a jednocześnie wymagania spektaklu trafnie dobrała obsadę, z bohaterami (a raczej "bohaterkami") sztuki na czele. W inscenizacji "Dwóch takich" uruchamia swą bogatą inwencję i doświadczenie, ani na sekundę nie pozostawia widowni samej sobie. Są tu rozmowy z dziećmi i konkursy prowadzone przez doskonale utrzymającego kontakt z małymi widzami "konferansjera" Kubę, świetnie wywiązującego się z tej roli Jerzego Dąbkowskiego - są wspólne zabawy, nawet - pomysłowa gimnastyka!

Główne aktorskie zadanie przypadło Dorocie Kolak (Jacek) i Dorocie Lulce (Piacek). Obie Doroty, świetne w gestach, w akrobatycznych niemal tańcach, podbiły młodą widownię swym temperamentem, wyrazistością ekspresji, dynamiką.

Dodać trzeba od razu, iż dzieci wykazały się doskonałym wyczuciem, kiedy można dać kredyt parze łobuziaków, kiedy zaś odwrócić się od nich z dezaprobatą. Dzieci wyczuwają to bezbłędnie. Gdy chłopcy z początkiem sztuki wyśmiewają swą trudzącą się matkę, na sali panuje pełna potępienia, wręcz przerażenia - cisza. Rozlegają się za to oklaski, gdy obaj chłopcy, po raz pierwszy idący za głosem serca, przynoszą drewno czekającej na syna matce. Gdy oczekiwany latami przez matkę syn zjawia się przy jej ognisku (muzyka Andrzeja Głowińskiego świetnie pogłębia ten nastrój) - widownię, nie tylko dziecięcą, ogarnia prawdziwe wzruszenie.

Przy tak udanych rolach Doroty Lulki i Doroty Kolak - dobra jest gra całego zespołu, z piękną, liryczną rolą. Dobra (jak Wieszczki w "Pinokiu" Collodiego) w interpretacji Małgorzaty Ząbkowskiej, z Jerzym Lapińskim, zabawnym jako hrabia Mortadella i Tomaszem Foglem (hrabia Saradella), Jerzym Kiszkisem i Zbigniewem Olszewskim w kilku wcieleniach, aby wymienić niektórych z wykonawców, choć zasługują na to wszyscy.

Bogusława Czosnowska nadała przedstawieniu żywy, utrzymujący widownię w napięciu rytm, urozmaiciła całość wielością pomysłów, wniosła w inscenizację swój temperament i dynamikę. Szkoda tylko, że również i finał objęty został rygorem po spiesznego tempa. Prosiłoby się tu o szersze rozbudowanie sceny powrotu "synków marnotrawnych", ich ekspiacji zrozumienia matczynej miłości.

Oprawę plastyczną takiego widowiska można zobaczyć na tysiąc, równie ciekawych, sposobów. Jadwiga Pożakowska pozostała wierna swojemu stylowi, powściągliwemu raczej, syntetyzującemu rzeczywistość, w tym wypadku - fantazyjną. Co nie znaczy, aby nie uruchamiała całej swej inwencji, gdy wymaga tego akcja. W "Złotym Zamku" - bogactwo i przepych, wspaniałość wnętrza i strojów ma oszołomić dwóch urwipołciów. Ten blichtr Krainy Złotego Lenistwa pokazuje scenograf z wykorzystaniem wszystkich możliwości technicznych, doprowadzając teatralnego księgowego do ataku śledziony.

Godząc się w zasadzie na zaproponowana scenografię protestuję przeciw nadmiernemu ponad potrzebę, wyciemnianiu sceny.

O roli, jaką spełnia w uatrakcyjnianiu przedstawień Teatru "Wybrzeże" muzyka Andrzeja Głowińskiego-Slima pisałem już wielokrotnie. I tym razem inwencji kompozytor nie zawiódł, dał szereg "hitów", które pozostają w uchu po wyjściu z teatru. Świetne melodyjki, przystające swym charakterem do akcji, w jakiś sposób ją nawet tworzące.

Muzyka ta, po zejściu sztuki z afisza (po najdłuższym jej graniu!) pójdzie na półki, aby spocząć obok innych kompozycji, z innych, wystawionych w poprzednich latach, sztuk. Szkoda! Czy myślał pan, o panie Andrzeju, o swoim musicalu, swoje, opartej na dobrym scenariuszu komedii muzycznej? Jeśli nie - gorąco zachęcamy!

Choreografia Zygmunta Kamińskiego swym dynamizmem podkreślała charakter postaci, sama w sobie stanowiła kolejną atrakcję przedstawienia. Przewiduję, iż bardzo pomysłowy program spektaklu z barwnym komiksem Janusza Christy będzie poszukiwany nie tylko przez teatralnych widzów - podobnie jak w tym samym stylu utrzymany plakat.

Młody widz wyniesie z tego udanego przedstawienia - prócz emocji dobrej zabawy - również kilka cennych, choć prostych myśli, że ludzie winni sobie pomagać, że Krainy Złotego Lenistwa istnieją w sferze fantazji, że miłość matki jest najcenniejszym dobrem. I że Dobro, a nie Złość - winno panować w świecie.

Gdy wychodziliśmy z teatru, oświetlone reflektorem gdańskie zabytki powitały nas, jak dalszy ciąg dekoracji, a zawieszony nisko na nocnym niebie sierp księżyca - jak zawsze błyszczał, pobudzał wyobraźnię. Usłyszałem, jak jeden z malców mówi do kolegi - patrz! Jeszcze go nie ukradli!»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego