Performance?

Świadoma i profesjonalna aktorka, która na próbach penetrowała i przekazywała stan duchowy i myślową sytuację Simone Weil - trwającej w religijnej kontemplacji mistyczki ludzkiego cierpienia, kobiety samotnej i skrajnie cieleśnie wstydliwej (zamkniętej), w momencie jej ostatnich dni w Londynie udręczonej przez zwątpienia - uznaje, że pokazanie dupy i wykonanie faszystowskiego pozdrowienia jest aktorskim przekroczeniem oczekiwanym (prowokowanym) przez reżysera, czy też "nowy teatr" - pisze reżyser Krystian Lupa w Gazecie Wyborczej.

«Nie chciałem zabierać głosu w dyskusji, która jest dla mnie równie dziwna i niezrozumiała (irracjonalna) jak wydarzenie na premierze "Ciała Simone". Ale dyskusja rozpętała się - te jej fragmenty, które udało mi się przeczytać, sprawiają wrażenie, że w gruncie rzeczy nie chodzi o sprawy i problemy, które się podaje jako temat dyskusji i że uparcie omija się kryterium najistotniejsze: "Co to jest współtworzenie przez aktora i reżysera (kolejnej) teatralnej wypowiedzi i do czego to współtworzenie zobowiązuje".

Nie chciałem również wchodzić w polemikę z Joanną Szczepkowską, nie tylko dlatego, że jej główny argument tłumaczący premierowy gest wprawia mnie w osłupienie i zażenowanie i jest w moim odczuciu z gruntu nieuczciwy, ale również dlatego, że jest absurdalny. Nie przypuszczałem, że ktoś może go przyjąć poważnie. Okazuje się jednak, że dla "chcącego" nie ma złych argumentów.

Wypada na początek sprostować parę rzeczy, które zaciemniają sytuację.

*"Ciało Simone" nie jest ani "warsztatem aktorskiego przekraczania", ani spektaklem temu tematowi centralnie poświęconym. Podobnie jak poprzedni spektakl "Persony" próbuje potraktować aktora jako narzędzie transgresji w docieraniu do innej-obcej i przez to niedostępnej osobowości i jej tajemnicy. A przede wszystkim chodziło o to, by poprzez aktora wyłoniony w poszukiwaniach scenariuszowych trudny i delikatny proces precyzyjnie przeprowadzić i opowiedzieć.

*"Ciało Simone" miało dostateczną liczbę prób, aby aktorzy mogli świadomie i twórczo prowadzić swoje postaci i role. Długi okres "poszukujący" mógł tym wszystkim, którzy byli zaangażowani w przygodę, tylko pomóc. Joanna Szczepkowska dostała połowę tekstu swojej sceny przed świętami Bożego Narodzenia (standardowo robi się w takim czasie cały spektakl), drugą połowę na trzy tygodnie przed premierą. Liczba prób wystarczyła jej, żeby zbudować z partnerką precyzyjną, skupioną i wyciszoną scenę, w której doskonale wiedziała, co opowiada swoją postacią i co przeprowadza w finale przedstawienia. Niestety, ani na premierze (co zrozumiałe - była zajęta czymś innym), ani potem nie potrafiła albo nie chciała tego zagrać.

*Tekst Artura [w "Ciele Simone" reżyser pracujący nad spektaklem o Weil], który rzekomo - po raz pierwszy usłyszany na premierze - sprowokował aktorkę do odpowiedzi, jest zamieszczony w całości w scenariuszu, który był kompletny również trzy tygodnie przed premierą. Myślę sobie, że profesjonalny aktor czyta cały scenariusz, a nie tylko swoją rolę. Poza tym jest to wypowiedź młodego anarchizującego reżysera, a nie mój autorski manifest.

*O planowanym przez Szczepkowską happeningu dowiedziałem się dwa tygodnie przed premierą, kiedy jednak ze wzajemnym zrozumieniem i wzruszeniem zanurzaliśmy się kolejny raz w próbowaną scenę. Traktowałem to jako żart, taki, jakie się puszcza w środowisku, coś całkowicie niemożliwego. Nie chciałem jej zawstydzać - nawet żartem wypowiadając taką bzdurę.

(...)

Spróbuję się teraz uporać z tym głównym przesłaniem Joanny Szczepkowskiej, że chciała po prostu sprostać mojemu? naszemu? wyzwaniu do przekraczania granic - czy to z pozycji wyznawczej, czy polemicznej - wszystko jedno. Nie w tym rzecz. Spróbujmy w to na chwilę uwierzyć i przyjrzeć się konsekwencjom.

Świadoma i profesjonalna aktorka, która na próbach penetrowała i przekazywała stan duchowy i myślową sytuację Simone Weil - trwającej w religijnej kontemplacji mistyczki ludzkiego cierpienia, kobiety samotnej i skrajnie cieleśnie wstydliwej (zamkniętej), w momencie jej ostatnich dni w Londynie udręczonej przez zwątpienia - uznaje, że pokazanie dupy i wykonanie faszystowskiego pozdrowienia jest aktorskim przekroczeniem oczekiwanym (prowokowanym) przez reżysera, czy też "nowy teatr".

Przy okazji nie jest w stanie zagrać reszty roli w koniecznym dla partnerskich relacji z Elżbietą (Małgorzatą Braunek) skupieniu i wsłuchaniu w myśl własną i myśl drugiej strony dialogu. Rozbija wszelki dialog i uniemożliwia partnerce trzymanie swojego motywu, chyba że się będzie, jak to się praktykuje w porządnych teatrach, forsowało swoją zafiksowaną "frazę" niezależnie od tego, czy ma to prawdę i sens. Zamiast tego forsuje agresywny aktorski koncert. Nie przejmuje się tym, że bezpośrednio po jej happeningu partnerka ma swój najtrudniejszy i najbardziej intymny monolog-zwierzenie o swojej kalekiej miłości do dziecka, który wypowiedziany po takim geście jest z ludzkiej (nie tylko teatralnej) perspektywy czymś niemożliwym i paranoicznym. Że kompozytor Paweł Szymański komponuje dla tej sceny swój najważniejszy w tej realizacji utwór, który w tym kontekście staje się groteskowy i pretensjonalny.

Może wszystko to, o czym mówię, byłoby i interesujące, może moglibyśmy się zainteresować absurdalnością sytuacji, ale najważniejsze jest, że cały ten splot partnerskich wysiłków wszystkich współtwórców zmierza do tego, żeby po kłótniach i sporach o Simone Weil - dotrzeć do niej intymnie, zrozumieć ją i jakoś pokochać - co nie jest takie łatwe. Po tak daleko idących sprzecznościach i antynomiach dopuszczonych w spektaklu, po niebagatelnej dawce chaosu - akurat ten proces musi być precyzyjny. Szczepkowska po pracy nad tą sceną i po roku dyskusji nie mogła o tym nie wiedzieć.

To, co zrobiła aktorka - i to nie wyłącznie przez swój performance - każe przeczytać Simone Weil jako chorobliwą, pretensjonalną i opętaną na swoim punkcie osobę. Niewiarygodną i podejrzaną. A nie po to zajmowaliśmy się nią przez rok. Zatem to, co pragnęliśmy powiedzieć, najważniejsze, co chcieliśmy odkryć - zostało przez aktorski gest skasowane.

A czy w ogóle pokazanie dupy jest przekroczeniem z tych przekroczeń kondycji aktorskiej, które testowaliśmy na próbach? I czy w ogóle jest przekroczeniem aktorskim? Może dla Szczepkowskiej jest przekroczeniem, diabli wiedzą? I może tylko takie przekroczenia widzi w "nowym teatrze"?

Jeśli fascynują nas (wszystkich twórców, nie dzieląc na "starych" i "nowych") przekroczenia, jeśli "przekroczeniami" do czegoś zmierzamy, to chyba do jakiejś prawdy naszych dotyków rzeczywistości, której nieustannie jesteśmy spragnieni i do której - każde pokolenie w jakiejś mierze na nowo, nie mamy pełnego dostępu.

Nie przekracza się dla przekroczeń. Poza tym przekroczenia to część poszukiwań językowych. Przekraczamy na próbach , żeby w końcu coś opowiedzieć możliwie najbardziej precyzyjnie. Z największą precyzją, na jaką nas stać. I nie widzę tu podziału na "profesjonalistów" i "przekraczających"...

Jeśli aktor na premierze, grając na przykład w Hamlecie, zagra w finalnej scenie niespodziewanie na przykład fircyka w zalotach, to nie jest to żadne aktorskie przekroczenie ani żaden dialog z "dziełem", jest to profesjonalny i ludzki wybryk - godzący nie tylko w reżysera, ale we wszystkich, którzy we wspólnej przygodzie, wspólnej pracy i wspólnym dążeniu (marzeniu) usiłowali coś (w swoim mniemaniu, zawsze to jest subiektywne) ważnego i osobistego przekazać.

I nie ma znaczenia, czy dzieje się to w teatrze tradycyjnym, czy "przekraczającym". Teatr "przekraczający" też chce powiedzieć coś określonego, a nie byle co!

(...)

Zatem...

Jeśli mam wierzyć w szczerość argumentu Szczepkowskiej, to musiałbym ją uznać za kogoś totalnie pozbawionego elementarnej świadomości na temat wspólnej pracy twórczej, a więc pracy teatralnej, a więc kogoś pozbawionego świadomości profesjonalnej i, co tu komplikować - za kogoś pozbawionego elementarnej ludzkiej mądrości i wrażliwości.

Wolę zatem nie wierzyć...

Ktoś powiedział do mnie: "jeśli piszesz do Szczepkowskiej list prywatny, to skonsultuj się z radcą prawnym". Joanna Szczepkowska cytuje fragmenty mojego prywatnego listu w prasie, w których odczytuje zwolnienie ze względów artystycznych. Ja zaś proponuję jej dojrzałe rozstanie dwojga ludzi, artystów, którzy nie mogą dalej z sobą współpracować.

W naszej rozmowie po premierze mówiliśmy o takiej możliwości rozstania się (przynajmniej w tym spektaklu) jako drugiej możliwej opcji, wydawało mi się, że rozmawialiśmy o tym ze wzajemnym zrozumieniem, więc się w liście na to powołałem.

Co mam robić ze sceną finałową? Żeby wydobyć ją z dołu, martwoty, w którą się zapadła po premierze - potrzeba dobrej woli, pragnienia i potrzeby trojga partnerów. Szczepkowska nie ma po premierze na to czasu, nie zechciała nawet przyjść na dziesięciominutowe omówienie po drugim przedstawieniu, a przed moim wyjazdem. To nie są - jak ona mówi niezależne i autonomiczne monologi dwóch aktorek. Kolejna nieprawda.

W naszych marzeniach była to scena niemal spirytystyczna - dialog dwóch myśli - relacja, jaka zdarza się czasem po ciemku, w nocy - przed zaśnięciem. Karkołomnie trudna relacja - wymagająca jakiejś osobistej fascynacji, osobistego intymnego uczestnictwa. Jak mam wymagać i oczekiwać tego od Szczepkowskiej? Nie umiem z nią rozmawiać, nie umiem się otworzyć. Tej sceny nie da się stworzyć, a potem obronić wobec widza bez wzajemnego zaufania. A bez tej sceny nie ma naszego spektaklu.

Być może Szczepkowska nie zna takich powodów jak: "paraliż artystycznego dążenia". Tymczasem jest to powód najistotniejszy. Najistotniejszy powód artystycznego fiaska w 95% wypadków. Jeśli pisze, że gra tak jak "było ustalone", to jest to tylko dowód na prawdziwość powyższego. Kompletnie nie znam się na zwolnieniach, bo nigdy do tej pory nie zwolniłem z roli aktora, nie wiem, jakie są powody artystyczne, a jakie dyscyplinarne. Napisałem list - bo nie chcę, żeby spektakl chorował.

Całość w Gazecie Wyborczej.

Na zdjęciu: Krystian Lupa podczas próby "Persony".»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego