- W tym pomieszczeniu była wcześniej spółdzielnia, która zajmowała się szyciem ubrań. Pomyśleliśmy, że to pasuje. Chodziło o nazwę neutralną, ale też nie odseparowaną od historii Łodzi i tego miejsca. Nie chcieliśmy też stworzyć teatru jednej grupy. Nazwy, które miałem w głowie, nie pasowały. Były bardzo pretensjonalne. Na wymyślenie nazwy trzeba mieć czas... My mieliśmy śrubki i farby - o nowym łódzkim Teatrze Szwalnia mówi jego twórca Marcin Brzozowski, aktor, reżyser i wykładowca łódzkiej Filmówki.
Joanna Rybus: Jak to się stało, że powstał Teatr Szwalnia? Marcin Brzozowski: To był absolutny impuls, którego podłożem była praca w teatrze instytucjonalnym. Teatr Nowy stworzył mi piękne warunki pracy. Otwartość Zbigniewa Brzozy, jego spokój i odwaga w traktowaniu mnie, dzikusa z zewnątrz, były nieocenione. Ale pracując w Teatrze Nowym poczułem, że teatr instytucjonalny nie jest dla mnie, że mnie blokuje. Wchodzę w jakieś niepotrzebne ugrzecznienie, próbując się dopasować. To pewnie wynika z moich cech charakteru. Powiedziałem: stop. Chciałem znaleźć swoją przestrzeń. Każdy człowiek w głębi serca chce mieć swój teatr. I tak wybrałem się z Igorem Chmielnikiem do Urzędu Miasta, żeby powertować miejsca na próby. Znaleźliśmy. Potem były całe perypetie, żeby to miejsce zdobyć. Od momentu znalezienia oferty do wynajęcia lokalu i zakończenia remontu minęły trzy miesiące. Już we wrześniu zaczął się projekt "Szwalnia młodych talent�