«Znów nadrabiamy zaległości. Niby znamy Levina, przynajmniej potrafimy wydukać
onim parę słów, ale znaczenia jego dzieła w najmniejszym stopniu nie pojmujemy. Także dlatego publikacja tak reprezentatywnego dla twórczości pisarza wyboru, jak "Ja i ty i następna wojna" jest absolutnie nie do przecenienia. Tym bardziej że Agencji Dramatu i Teatru oraz oficynie Austeria udało się pomieścić w potężnej księdze nie jeden, a co najmniej kilka teatrów Hanocha Levina. Po przeczytaniu najprościej jest mnożyć epitety i niech nikomu nie przeszkadza, że bywają sprzeczne. Dramat Levina - traktowany en masse - zdaje się bowiem plebejski, a czasem wysoki, politycznie doraźny i oderwany od konkretnych realiów, egzystencjalny i zbudowany na podobieństwo kabaretowych skeczów. Powstaje z tego barwna mozaika. Ta zaś z kolei wymyka się łatwym klasyfikacjom.
Siłę Levina uświadomiliśmy sobie wtedy, gdy Krzysztof Warlikowski zrealizował w TR Warszawa "Kruma". Pisali wówczas niektórzy, że reżyser odwrócił się od swojej estetyki, nad opowiadanie o ludzkim bólu przekładając coś na kształt telenoweli. Bardzo to było krótkowzroczne. Dziś chyba nikt przytomny nie powtórzyłby bowiem tych zarzutów. Z "Kruma" wykroił bowiem Warlikowski doświadczenie wspólne - własne, aktorów, wielu ludzi na widowni. Wytyczoną przez tamto przedstawienie drogą szedł dalej - na pewno w "Aniołach w Ameryce" Kushnera, a w jakimś stopniu także w "(A)pollonii". Na tym tle jednak "Krum" i dziś wypada szczególnie. Zdaje się seansem wielkiej intensywności uczuć, a przy tym rzadką w obecnym pejzażu sztuki teatralizacją smutku i goryczy. Warlikowski znalazł do dramaturgii Levina klucz wręcz idealny. Zrozumiał, że co innego znaczą utwory autora "Requiem" w jego ojczyźnie, a coś zupełnie innego poza jej terytorium. Dlatego postawił na to, co niezmienne, a u Levina również absolutnie podstawowe. Jak głosi podtytuł polskiej edycji jego dzieł, to "teatr życia i śmierci", któremu rytm wyznacza powtarzalność pór roku i rytuałów codzienności, kadencje wesel i pogrzebów, narodzin i nieuchronnego zmierzchu. Podobnie próbowała czynić także Iwona Kempa, w toruńskim Teatrze Horzycy realizując "Pakujemy manatki". Jej przedstawieniu zabrakło jednak tego, co nazwać można u Levina nutą metafizyczną. To ona powoduje, że opisywane przez pisarza zdarzenia są sobą tylko, ale także czymś więcej. Nakładają się na siebie niczym korale na sznurku albo paciorki jednego różańca. Razem dają życie. Jak u Czechowa. Czechow wydaje się wobec Levina punktem odniesienia. Owszem, pisał autor
"Kruma" niewielkie sztuczki polityczne, jako materiał dla kabaretu, a nie dramatycznego teatru. W nich jednak także dawało się wyczuć dystans wobec opisywanych nawet najbardziej traumatycznych zdarzeń. Jakby Levin nawet na moment nie zapominał, że powinnością artysty jest zawsze zachowanie właściwTej perspektywy, a nie najprostszy opis, ten w skali jeden do jednego. Takie spojrzenie narzuca także dramaturg inscenizatorom jego tekstów: I właśnie z powodu politycznej doraźności i zbyt dosłownych scenicznych obrazów niepowodzeniem okazała polska realizacja "Morderstwa", dokonana przez Piotra Cieślaka w warszawskim Teatrze Dramatycznym. "Teatr życia i śmierci" jest dla polskiej recepcji Levina wydarzeniem na miarę "Kruma" Warlikowskiego. Tamto przedstawienie pokazywało, jaki potencjał teatralny leży w twórczości izraelskiego pisarza. Obecne wydanie 12 mniejszych i większych sztuk, uzupełnione wyimka-mi z kabaretów i opatrzone solenną i zajmującą przedmowy Agnieszki Olek oraz artykułem Shimona Levy'ego na temat związków Levina i Becketta, także fragmentami rozmowy na temat polskich korzeni pisarza, mówi wyraźnie, jaki teatr zapisany w dramatach zostawił po sobie ten twórca. Rzecz jasna, w "Ja i ty i następna wojna" nie ma wszystkiego. Podczas 30 lat działalności artystycznej napisał Levin 56 sztuki, 22 z nich sam wyreżyserował. To jednak, co właśnie otrzymaliśmy, w zupełności wystarczy do zrozumienia i oswojenia fenomenu Levina. Opisywanie każdego z kolei utworu nie ma sensu. Wystarczy powiedzieć,
że są bliskie życiu, a przy tym jakby od życia większe. Że w każdym nie da się ominąć ostatecznej perspektywy - śmierć czeka gdzieś za rogiem. Że miłość ma słodki i zmysłowy smak, ale przynosi spełnienie tylko na chwilę. Że ludzie w tych dramatach są słabi, jakby miotani podmuchami wiatru, często wręcz bezwolni. Że wszystko znajduje swą nazwę, nie pozostaje w sferze domysłów ani wyobraźni. To daje dramaturgii Levina rys brutalności, pozwala nazwać ją literaturą bólu, a ten z kolei zawsze ma swe źródło w konkrecie. Autor "Kruma" niczego nie owija w bawełnę. Woli drażnić do ostateczności, narazić się na oskarżenia o zwulgaryzowanie języka, niż pogrążać się w typowym dla innych pięknoduchostwie. W tym tkwi paradoks jego twórczości, którego wydany wiaśnie tom nie rozwiąże, ale pozwala go sobie z całą mocą uświadomić. Jak Becketta czy Czechowa (chociaż to oczywiście inna skala) da się Hanocha Levina nazwać poetą dramatu. Tyle że jego język, do końca wycyzelowany i precyzyjny, przynależy do poezji brudu. Choć w dramatach Levina zdarza się, że bohaterowie lewitują. To jest możliwe w teatrze, to jest możliwe w literaturze. Tyle że zrobić to umieją jedynie najwięksi. Na przykład Hanoch Levin.»