Musicale i "Sześćdziesięciolatek"

«JERZEGO GRUZY przedstawiać nie trzeba. Ostatnio, w związku z krakowską inscenizacją w Operetce musicalu "Hello Dolly!" szef Teatru Muzycznego w Gdyni gościł w Krakowie.

- Miał pan reżyserować krakowskie "Hello, Dolly!", a Pana nazwiska nie ma na plakacie?

- Mieliśmy takie wspólne plany z panią dyrektor Ewą Michnik, ale niestety, trudności terminowe, techniczne i finansowe na razie taką współpracę uniemożliwiły. Przyjąłem jedynie zaproszenie, aby podczas krakowskiej realizacji "Hello, Dolly", w reżyserii Bogdana Jędrzejaka, pełnić rolę konsultanta. Muszę powiedzieć, że z wielką przyjemnością "zderzyłem się" z zespołem przygotowującym ten spektakl.

- W krakowskiej "Hello, Dolly!" ma wystąpić podobno Violetta Villas? To Pana pomysł?

- Uważam, że realizacja klasyki musicalowej wymaga właśnie pomysłu obsadowego, oryginalnego i uderzającego. Dziś publiczność lubi sensacje. Udział Violetty Villas byłby taką sensacją. Byłaby znakomitą Dolly. Moim zdaniem, jest rola dobrze wpisana w image tej pełnej temperamentu artystki. Proszę porównać z Barbra Streisand jako Dolly. Na scenie czy ekranie - istnieje przede wszystkim - ona. Dolly to osoba przebojowa, narzucająca swój charakter, dążąca do celu, niezależna.

- Chciał Pan tym pomysłem wytknąć nam, że w Krakowie nie mamy gwiazdy?

- Wręcz przeciwnie! Bożena Zawiślak jest Dolly pełną energii i przebojowości, w znakomitej dyspozycji głosowej i aktorskiej. Może to być jej rola życiowa. Znam ją doskonale - pochodzi właśnie z Teatru Muzycznego w Gdyni, tam zaczynała swoją karierę artystyczną w musicalu. Warunki wokalne, jakie posiada, odciągnęły ją w stronę opery, poprzez Operę Bałtycką przeszła aż do Krakowa.

- Jaka jest Pana opinia o "Metrze" - sukcesie w Warszawie i nowojorskiej klapie?

- Polski sukces "Metra" wykorzystano w sposób nieuczciwy. Nie uważam casusu "Metra" za receptę na polski teatr w ogóle. Ten spektakl, to typowa działalność producencka, która ogranicza się do jednego, dwóch tytułów - i koniec. Nie jest to przykład na funkcję teatru w społeczeństwie. Tymczasem działania urzędniczo-finansowe zmierzały do wykazania polskim twórcom kultury, że można na sztuce zarobić. To bzdura, kompletne nieporozumienie! Na świecie jest nikły zaledwie procent produkcji komercyjnej, która ogniskuje się na Broadwayu, w Londynie, Wiedniu czy Hamburgu. Ogromna większość teatrów świata jest finansowana przez państwo, miasto, fundacje, stypendia, organizacje, sponsorów. W trosce o dobro kultury, o poziom życia społecznego, ono samo wydziela część finansów na sztukę. Samo pełni funkcję mecenasa, którym dawniej byli np. papież, król, mieszczanin. A co do samego "Metra" - trudno zajmować się problemem życia kolei podziemnej w Nowym Jorku. Była już tysiące razy opisywana, filmowana, są dramaty, komedie, balety, widowiska TV i autorzy "Metra" nie mogą na ten temat nic nowego powiedzieć, poza tym, co wiedzą sami nowojorczycy. Dzisiejszy świat musicalu nie polega już na graniu farsowych komedyjek. Jest to forma totalnie ogarniająca widza, działająca przez muzykę, kolor, aktorstwo, śpiew. Dotyka najpoważniejszych spraw - choćby "Jesus Christ Superstar", "Les Miserables" i inne, ostatnio musical o zabójcach prezydentów USA - a także tematów pięknych i ciekawych, np utwór Sondheima "Popołudnie w parku", oparty na... obrazie Sisleya. Obraz czołowego francuskiego impresjonisty został zaanimowany na scenie. Trudna muzyka, świetne partie. Musical sięga wszystkiego, co aktualne i najważniejsze traktuje to poważnie.

- Nie zamierza Pan pokazać krakowianom swoich dawnych spektakli: "Człowieka z La Manczy", "Opera za trzy grosze", "Les Miserables"?

- Pewnie, że chciałbym. Wiąże się to jednak z szalonymi kosztami. Podjęcie takiego ryzyka w oparciu o własne siły jest mało realne.

- Szkoda. Musical to przyszłość teatru muzycznego.

- Na pewno tak, choć widoczny jest powrót do opery. W każdym razie do muzyki. Ludzie chcą oderwania się cd problemów życia. Gadające głowy mamy w TV, oglądanie zaś w teatrze na scenie gromady pań i panów omawiających wydumane problemy mało kogo obchodzi. Widz chce być urzeczony, otoczony, atakowany barwą, ruchem, rytmem, muzyka, tańcem.

- A propos telewizji - zniknął Pan z niej - na stałe?

- Zastanawiam się właśnie nad powrotem. To w końcu moje pierwsze miejsce pracy. Myśle o dalszym ciągu "Czterdziestolatka", jego powrocie po 20. latach. Jestem jednak bardzo zżyty z Teatrem w Gdyni. Nie ciągnie mnie do pracy w innych zespołach, pragnę pracować tylko w moim. Chyba mam też efekty skoro np. "Skrzypek na dachu" już "idzie" po raz 370. Przygotowujemy teraz "West Side Story", "Hello, Dolly!", "Kabaret". Jednak dosyć adaptacji i przekładów! Chciałbym realizować coś polskiego.

- Byłby to "Czterdziestolatek", a właściwie "Sześćdziesięciolatek"?

- Zobaczymy...»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego