Przedstawienie Jerzego Jarockiego było szansą na osobiste wyznanie. Zamiast tego powstał przyzwoity czechowowski spektakl jakich wiele
W pierwszej chwili w przedstawieniu Jerzego Jarockiego trudno rozpoznać Czechowa. Pierwszy obraz przywodzi na myśl raczej Becketta: domownicy siedzą nieruchomo w fotelach, na krzesłach i ławkach, jakby czekali od lat na nie wiadomo co. W scenografii Jerzego Juka-Kowarskiego nie ma sielskiej atmosfery domu na wsi, żadnych zwiewnych firanek ani dzikiego wina. Scena pogrążona jest w półmroku, który pogłębiają szare, puste ściany. Słychać zbliżającą się burzę. Na pierwszym planie wdowa Wojnicka (Iga Mayr) mamrocze coś o broszurze, którą właśnie przeczytała. Jarocki skreślił dużą część I aktu. Z kwestii Astrowa, wujaszka Wani i Sieriebriakowa zostały tylko te zdania, w których mowa jest o starości, chorobach i bezsensie życia. Nie ma wątpliwości: to są Ham, Clov i Winnie rosyjskiego powiatu, skazani na dręczące, wspólne życie, czy raczej wegetację, złapani w pułapkę prowincji. Ale następne sceny nie są kontynuacją tego pierwszego, równi