"Wujaszek Wania" na Świebodzkim to poprawna opowieść o tym, że szacowni ludzie bywają łotrzykami, że lubią seks pozamałżeński, a rewolwer ni apopleksja nie rozwiązują dylematów moralnych.
U Czechowa można podsłuchać jeszcze trzy ważne pytania - jak pozostawić po sobie trwały ślad, jak zrozumieć naszą irracjonalną skłonność do dewastacji natury i jak zmusić do miłości tych, którzy nas nie kochają. Te trzy pytania reżyser Jerzy Jarocki jednak wykpił, obrócił w groteskę. Teatr Jarockiego Od początku widzimy, że to teatr teatralny. Jest cykanie świerszcza i szczekanie psa. Światło z pokoju gościnnego pada we właściwą stronę. Burza błyska w dali. Słychać grzmot i szum deszczu. Ale kula rewolwerowa rozbija prawdziwą szybę. Knoty filują w lampach. Wiatr trzaska oknami. Na scenie jest koniec XIX wieku. Choć dopiero za kilka lat na bohaterów spłynie bolszewia, tu już zabrakło Boga. To reportaż z dworu, gdzie mimo 26 pokoi i tak wszyscy podglądają się albo wpadają na siebie na werandzie, w kuchni czy przy stole. Ale ich miłości i ich życia nie mogą się spotkać. Jarocki wyciął większość autorskiego tekstu charakteryzu