"Wiarołomni" w reż. Artura Urbańskiego w TR Warszawa. Pisze Paweł Sztarbowski w Metrze.
Historię o wielkich namiętnościach opartą na scenariuszu Ingmara Bergmana w TR Warszawa sprowadzono do wygłoszenia kilku banalnych prawd. Gdyby "Wiarołomnych" w reżyserii Artura Ildefonsa Urbańskiego podzielić na odcinki, powstałby z tego dość błahy serial o zdradzie i namiętności, w jakie uwikłany jest miłosny trójkąt. Bo wszystko jest tu jak telenowela - tandetny psychologizm, dłużyzny, niepotrzebne mówienie o tym, co już i tak się robi. Głównym powodem klapy przedsięwzięcia jest adaptacja scenariusza. Brakuje skrótów i przynajmniej podstawowego zaufania dla inteligencji widza. Wiele jest scen, które miały zapewne sprawiać, że widzowie dogłębnie poznają motywacje zdrady, wręcz utożsamią się z opowiadaną historią - niestety wzbudzają one jedynie pusty śmiech. Irytują Władysław Kowalski jako reżyser, który niczym Prospero machnięciem ręki wprawia w ruch sceniczne wypadki, a potem z żarem w oczach zerka na własne dzieło zza framu