SŁUCHAJ, IZRAELU! W STARYM TEATRZE

«Jerzy S. Sito napisał - na zamówienie Teatru Habima w Tel-Awiwie - dramat o zagładzie getta warszawskiego i prezesie gminy żydowskiej Adamie Czerniakowie. Prapremiera "Słuchaj, Izraelu!" miała się odbyć na scenie Habimy, ostatecznie jednak przygotował ją Jerzy Jarocki w Starym Teatrze w Krakowie. Ogromny utwór Sity, będący historyczną kroniką, dramatem psychologicznym i jednocześnie religijnym misterium, już w trakcie lektury ("Dialog" 1988, nr 9, 11-12) budził zastrzeżenia i wątpliwości. Tak jak należało oczekiwać, Jarocki dość bezceremonialnie obszedł się z dramatem Sity, usuwając całe wielkie sceny, skreślając i przestawiając spore partie tekstu. Te zmagania z dramatem nie zakończyły się niestety powodzeniem. Jarocki nie zrezygnował - gdyż nie mógł, zbytnio bowiem sprzeniewierzyłby się wówczas autorowi - z misteryjnej formy, przejętej z "Dziadów" Mickiewicza. W prologu jest więc obrzęd przywoływania duchów umarłych, w którym rolę Guślarza pełni cadyk. Na scenie Prezesowi towarzyszą dwa duchy: dobry-Yishmael i zły-Josł, które toczą walkę o jego duszę i interweniują w odpowiednich momentach. Prezes, który wziął na siebie odpowiedzialność za Żydów warszawskich, niczym Konrad cierpi za miliony, jest świętym i męczennikiem, który po śmierci dostępuje wniebowstąpienia. Tekst jest gęsto inkrustowany cystami z Biblii i Talmudu, nasycony żałobnymi pieśniami religijnymi. Ta misteryjna oprawa sprawia, że w tę przejmującą sceniczną opowieść zakrada się element obcości i sztuczności, zupełnie zbędny patos i podniosłość. Nazbyt to - w najgorszym tych słów znaczeniu - literackie i operowe. Podjęta przez Sitę próba mitologizacji Czerniakowa jest zupełnie zbędna i niepotrzebna. Bardziej na miejscu byłaby tu powściągliwość, lakoniczność i rzeczowość, która cechuje "Dziennik" Czerniakowa.

W "Słuchaj, Izraelu!", najlepsze są te partie tekstu, w których Sito trzymał się ściśle "Dziennika" Czerniakowa, pokazał Prezesa uwikłanego w spory z różnymi odłamami społeczności żydowskiej, toczącego nieustanne targi i pertraktacje z Niemcami, upokarzanego i poniżanego. W przedstawieniu Jarockiego dramat Czerniakowa wysuwa się zresztą na plan pierwszy za sprawą grającego go Jerzego Radziwiłowicza. Gra on Prezesa w sposób powściągliwy i stonowany. Od pierwszej do ostatniej sceny jest człowiekiem zmęczonym i udręczonym do granic wytrzymałości, uginającym się pod ciężarem spoczywającej na nim odpowiedzialności. Upokorzenia i napaści przyjmuje ze stoickim spokojem, cały czas gotowy na śmierć. Żyje tylko jedną ideą: ocalić ilu się da Żydów. Gdy ta jego taktyka traci jakikolwiek sens, nie pozostaje mu nic innego jak popełnić samobójstwo.

Egzystencja Czerniakowa ma w tym spektaklu coś z kafkowskiego koszmaru, coś ze złego snu, którego nie sposób przerwać. Gdyby Jarocki i Radziwiłowicz posunęli się na tej drodze odrobinę dalej, a tekst dawał im taką szansę, to otrzymalibyśmy dzieło porażające swą prawdą. Jarocki jednak obok dramatu udręczonego, samotnego i bezsilnego wobec totalitarnej machiny człowieka miał do rozegrania zakrojone na ogromną skałę misterium.

Jego spektakl - trwający trzy i pół godziny, z tłumem aktorów i statystów - jest przedsięwzięciem niezwykłym. Dysproporcja pomiędzy użytymi środkami a rezultatem potęguje tylko uczucie niedosytu i rozczarowania. Poza paroma scenami spektakl nuży i pozostawia widza obojętnym. Dramat tonie w szarzyźnie i zwyczajności, parę razy przerywanej tylko czyimś płaczem, zbiorowym lamentem czy krzykiem oprawcy; przepada gdzieś niestety dramat społeczności getta. Zdecydował tu oczywiście materiał literacki. Jarockiemu jednak też nie udało się znaleźć środków, które pozwoliłyby oddać zwyczajność i jednocześnie grozę życia w getcie. Być może zresztą jest to w ogóle niemożliwe w teatrze?

Jako inscenizator zrobił reżyser wszystko, aby pomieścić w sali teatralnej różne miejsca gry i plany czasowe. W prologu widownia jest wnętrzem synagogi Nożyków w Warszawie. W przeddzień Sądnego Dnia zbiera się tu garstka Żydów, aby odmówić modlitwę. Scena zakryta jest czarnym płótnem, na którym hebrajskimi literami wypisane zostały imiona żydowskie bezimiennych ofiar holocaustu. Pośrodku wisi zasłona zakrywająca wejście do Arki. Przez środek widowni biegnie drewniany podest. Z tyłu ogromne drzwi do synagogi. Gdy okaże się, że brakuje do modlitwy dziesiątego Żyda, cadyk rozkaże sprowadzić z cmentarza umarłego. Otworzą się wówczas drzwi i pęknie czarna zasłona na proscenium, przez podest zaś popłynie tłum umarłych Żydów, w białych, śmiertelnych koszulach, z tałesami na głowach. Suną dziesiątki i setki. Mogłyby iść tysiące i miliony. Ten pochód trwa i trwa, jakby się nigdy nie miał zakończyć. Tą niesamowitą sceną Jarocki uzmysławia trudne do ogarnięcia rozmiary zbrodni.

Z tłumu wyłowiony zostaje Adam Czerniaków. Wraz z Yishmaelem i Josłem wchodzi do swego gabinetu usytuowanego na scenie - i tu rozpoczyna się właściwy dramat. W jego trakcie tylna ściana gabinetu przesuwa się i widzimy ceglany mur getta. Podest staje się ulicą. Idą nim zwykli przechodnie, maszerują bataliony pracy, przejeżdżają riksze. Po samobójczej śmierci Prezesa z powrotem przenosimy się do synagogi. Przez podest suną w kierunku sceny Prezes i Stary Doktor (Janusz Korczak) w towarzystwie Yishmaela i Josła. Raz jeszcze unosi się zasłona broniąca wejścia do Arki i widać bałamer z kopułą i kolumnami. Czwórka postaci wchodzi do niego. Powoli gaśnie światło. Słychać śpiew kantora odmawiającego kadisz.

W przedstawieniu oprócz Radziwiłowicza żaden z aktorów nie stworzył wybitnej roli. Zwracają jednak na siebie uwagę: Teresa Budzisz-Krzyżanowska (Yishmael), Jan Monczka (Josł), Andrzej Hudziak (Kancelista), Kazimierz Borowiec (Eile) i Danuta Maksymowicz (Niunia). Interesująco też wypadli w rolach, reprezentujących zupełnie różne typy psychologiczne, Niemców: Jerzy Trela (dręczony wyrzutami sumienia Baatz), Marek Kalita (pozbawiony skrupułów i nieustannie rozbawiony Mende), Jan Peszek (psychopata o skłonnościach sadystycznych Frankensztajna) i Jan Bińczycki (przyzwoity i kulturalny komisarz do Spraw Żydowskich w dystrykcie warszawskim Auerswald). Aktorstwo tego przedstawienia, pomimo częstokroć znakomitej obsady, także pozostawia pewien niedosyt.

Stary Teatr im H. Modrzejewskiej w Krakowie. Jerzy S. Sito: Słuchaj, Izraelu! Opracowanie tekstu i reżyseria: Jerzy Jarocki. Scenografia: Jerzy Juk-Kowarski. Muzyka: Stanisław Radwan. Prapremiera 11 czerwiec 1989 r.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego