Teatr ogromny, teatr podzielony

Teatr w Polsce przeżywa złoty okres, w Warszawie nie sposób zdobyć biletów na spektakle. Ale ludzie teatru narzekają: na polityków, samorządy, ale i na siebie - reżyserzy na aktorów, aktorzy na reżyserów - pisze Roman Pawłowski w Gazecie Wyborczej.

«Forum Polskiego Teatru, które w ostatni weekend zorganizowały w Bibliotece Narodowej w Warszawie największe organizacje teatralne: ZASP, Stowarzyszenie Dyrektorów Teatrów i Unia Teatrów Polskich, miało debatować nad reformą życia teatralnego. Jednak głównym tematem, przewijającym się przez większość wystąpień, była sprawa podziału środowiska teatralnego. - Jesteśmy środowiskiem konformistycznym i podzielonym, nie myślimy w kategoriach dobra całego teatru, ale własnego interesu. Partykularyzmy nas osłabiają - mówił Krzysztof Mieszkowski, dyrektor Teatru Polskiego we Wrocławiu. - Rozproszenie to nasza słabość. Brakuje w Polsce takiej organizacji, jaką w Niemczech jest Stowarzyszenie Niemieckich Scen (Deutscher Bühnenverein), która ma ogromny wpływ na politykę kulturalną - dodawał Bogdan Tosza, były szef teatrów w Katowicach i we Wrocławiu.

Rzeczywiście, w przeciwieństwie do plastyków czy filmowców ludzie teatru nie potrafili dotąd zbudować wspólnej reprezentacji i ustalić jednego, wspólnego stanowiska w sprawie proponowanych reform. Każda organizacja i każde środowisko walczy o swoje.

Aktorzy z ZASP bronią przywilejów socjalnych i sprzeciwiają się zapowiadanemu przez ministerstwo wprowadzeniu umów sezonowych. Chcą ochrony swojej korporacji i dodatkowych opłat za występy z amatorami.

Dyrektorzy teatrów miejskich i wojewódzkich chcą kontraktów, które gwarantowałyby zarówno zatrudnienie na określony czas, bez ryzyka zwolnienia w połowie sezonu, jak i minimalne środki na prowadzenie działalności programowej.

(...)

Środowisko offowe domaga się większego udziału w dotacjach publicznych i środków na utrzymanie, nie tylko na projekty. Tego samego oczekują prywatne teatry: chcą także mieć kawałek publicznego tortu.

Na podziały korporacyjne nakładają się podziały pokoleniowe. W tym samym czasie, kiedy w Bibliotece Narodowej obradowało Forum Polskiego Teatru, w Fundacji Batorego najaktywniejsi reżyserzy, dramaturdzy i aktorzy z roczników lat 70. i 80. zorganizowali własną debatę poświęconą reformie teatru. Ogłosili podczas niej powstanie Forum Obywatelskiego Teatru Współczesnego i sformułowali własne postulaty, m.in. powołanie jawnej komisji konkursowej, która określiłaby wymagania kwalifikacyjne dla dyrektorów teatrów, stworzenie programu wieloletnich grantów dla profesjonalnych grup teatralnych oraz wprowadzenie jednolitych kryteriów oceny artystycznej teatru.

Ktoś, kto zdołałby ustalić wspólny mianownik dla tych wszystkich, często sprzecznych żądań, powinien dostać Nagrodę Nobla w dziedzinie negocjacji. Na razie nie zanosi się, aby tej sztuki dokonał minister kultury Bogdan Zdrojewski, do którego ludzie teatru adresują swoje postulaty. Realizacja wszystkich jest po prostu niemożliwa. Nie da się zrównać w dostępie do środków publicznych wszystkich teatrów: publicznych, pozarządowych i prywatnych, a jednocześnie utrzymać uprzywilejowanej pozycji tych pierwszych. Nie da się wprowadzić kontraktów dla dyrektorów bez sezonowych umów aktorskich. Jedno bez drugiego nie ma sensu, to system naczyń połączonych. Wreszcie nie da się pogodzić decentralizacji i demokratyzacji z obroną przywilejów jakichś grup czy środowisk.

Brak wspólnych celów w połączeniu z walką o partykularne interesy osłabia polski teatr. Coraz częściej staje się on łupem polityków i lokalnych koterii, o czym świadczą ostatnie przykłady z Rzeszowa, Łodzi i Warszawy. W Rzeszowie szefem teatru został przed dwoma laty aktor, który nakręcił reklamówkę wyborczą dla PiS. W Łodzi prezydent miasta odwołał ze stanowiska dyrektora Teatru Nowego znanego reżysera Zbigniewa Brzozę i wprowadził na jego miejsce znajomą aktorkę. Sekretarzem literackim teatru została radna PiS, wiceprzewodnicząca komisji kultury. W Warszawie dyrektorem naczelnym Teatru Studio został urzędnik państwowy, który właśnie wrócił z misji dyplomatycznej. Nigdy nie prowadził repertuarowego teatru. We wszystkich przypadkach decyzje zapadły w sposób niejawny, poza procedurami konkursowymi i bez debaty z twórcami i odbiorcami teatru.

O tych zagrożeniach mało jednak było mowy podczas Forum Polskiego Teatru. Dominowało narzekanie na polityków, że nie rozumieją teatru. Na młodych, że chcą władzy. Na reżyserów, że źle traktują aktorów. Na samorządy, że skąpią pieniędzy. Na ministra, który miał być na całych obradach, a dojechał tylko na koniec.

Minister Michał Boni, który zachęcał uczestników Forum do współpracy nad nowelizacją ustawy o działalności kulturalnej, nie miał właściwie partnerów do rozmowy. Bo trudno uznać za merytoryczną propozycję Joanny Szczepkowskiej, aby władze oddały młodym twórcom Teatr Polski w Warszawie, który skądinąd ma już nowego dyrektora, Andrzeja Seweryna. Czy postulat przedstawicielki ZASP, żeby nie utrudniać aktorom z zespołów teatralnych występów w serialach, bo to podnosi frekwencję.

W tym kontekście konstruktywnie zabrzmiała deklaracja Forum Obywatelskiego, które postuluje wprowadzenie całkowicie jawnych konkursów na dyrektorów teatrów, z ujawnieniem nazwisk kandydatów, ich programów i stenogramów przesłuchań. To krok w stronę likwidacji partyjnej nomenklatury w teatrach.

Co do jednego uczestnicy obu forów byli zgodni: teatr w Polsce przeżywa złoty okres. Ostatni raz taki wysyp talentów miał miejsce w latach 70. Widownie są pełne, w samej tylko Warszawie do teatru poszło w ubiegłym roku ponad 800 tys. osób. To dwa razy więcej, niż dostała głosów w wyborach obecna prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz. Ludzie teatru mają za sobą ogromne poparcie społeczne, którego pozazdrościć mogą im np. politycy. Byłoby wielką stratą, gdyby nie wykorzystali tego kapitału.

Cały artykuł w Gazecie Wyborczej»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego