Swoim spektaklem Krystian Lupa doprowadza publiczność do stanu całkowitej bezradności wobec głównych tajemnic istnienia, wobec dziwnie wykrzywionego porządku wartości w Bułhakowowskim świecie. Bezradność dotyczy także wiary lub niewiary w ewangeliczną historię Chrystusa. Stajemy u wrót prawdy, w samym środku labiryntu. Do tego miejsca doprowadza nas reżyser. Dalej musimy podążyć sami.
Tajemnica spektaklu Krystiana Lupy zbiega się z tajemnicą książki Bułhakowa. Niedokończenie pozostaje najważniejszym elementem "Mistrza i Małgorzaty". Całkowicie zdemaskowany teatr i literatura odkryły genialny teatr, i literaturę. Trzeba było zniszczyć, żeby ocalić.
Jak można podzielać głupie przekonanie Michała Berlioza, prezesa zarządu jednego z największych stowarzyszeń literackich, że "po obcięciu głowy życie się kończy"? Skrajna naiwność racjonalnych niedowiarków zaciemnia horyzont myślenia, odczuwania i przeczuwania, a wreszcie likwiduje możliwość głębokiego myślenia. Powstają nic nie warte sądy, jak ten, że śmierć jest końcem wszystkiego. Krystian Lupa w swoim "Mistrzu i Małgorzacie" pozbawia publiczność głowy. Zdekapitowana, gotowa jest na przyjęcie nieracjonalności. Dopiero na koniec dostaniemy głowę z powrotem, jak Zorż Bengalski, nieszczęsny konferansjer moskiewskich Varietes. Wtedy pojmiemy, czym naprawdę jest śmierć. A może nie, nadal nic nie będzie wiadomo na pewno, ale wywołane spektaklem przeczucie będzie tak silne, że głowa nie będzie w stanie zamącić jego kryształowego brzmienia i czystości. "Masowy widz domaga się wyjaśnień. Bez zdemaskowania występ pozostawi przykre wra�