W ankiecie POLITYKI "Koniec wieku" czytelnicy wybrali powieść o Mistrzu i Małgorzacie jako książkę mijającego stulecia. Czy miłość ta przełoży się gracko na sceniczną wersję, tworzoną przez najwyżej dziś cenionego polskiego inscenizatora? Niekoniecznie. Próby w Starym Teatrze biegły wiele miesięcy i trudno oprzeć się wrażeniu, że rezultat jest wynikiem nie tyle fascynacji, co postępującego rozczarowania Krystiana Lupy Bułhakowowską diaboliadą.
0 rozminięcie się z tradycyjnym odbiorem powieści można było reżysera podejrzewać z góry - ale to wzmagało tylko apetyt. Krystian Lupa zawsze stronił od literatury uwikłanej w doraźność czy w publicystykę. Nie interesowało go też czytanie tekstów przez historyczne losy ich autora. A to był przecież podstawowy kontekst lektury tej powieści-odwetu branego przez bezsilnego pisarza na brutalnym i durnym systemie, który zatruł mu życie. Ów odwet, ujawniony po zgaśnięciu stalinowskiego słoneczka, latami potem krzepił poddanych systemu życiodajną porcją satysfakcji. Dziś nie ma już znaczenia i łatwo było przewidzieć, że "jesiotry drugiej świeżości" i cały ideologiczno-partyjniacki folklor pójdą pod ołówek. Nawet koloryt lokalny został wytrzebiony ze szczętem. Znawcy powieści uśmiechali się pod nosem, gdy w wyznaniu wiary łapownika "brałem, tak, ale nasze, radzieckie", ostatnie słowo cichcem zmieniono na "rodzime". Aliści sama ta scena "z