Można się nie dziwić, że Tadeuszowi Różewiczowi po latach gniewu, czego owocem była "Kartoteka", pogardy wyrażonej w "Grupie Laokoona", ironii z "Życia na czworakach", przyszła ochota napisać głupteryjkę "Białe małżeństwo". Normalne zjawisko stopniowego zaniku bojowości pisarskiej w miarę sukcesów i upływu lat. Pisząc taką głupteryjkę, do czego każdy ma prawo, wybrał najłatwiejszą drogę, jaką sobie można wyobrazić, to znaczy odniósł się do wyobraźni i słownictwa piętnastoletnich sztubaków, apelując tym samym do zdziecinniałych starych byków na widowni. Po tym wstępie już domyślacie się, że aurą "Białego małżeństwa" są infantylne obscoena przemieszane jak deszcz ze śniegiem z koprolalią. Nie znaczy to, żeby posądzać Różewicza o pornografię, której celem są tanie podniety, znamienne dla impotentów. Różewicz użył tych motywów, ż
Tytuł oryginalny
Co tu do śmiechu?
Źródło:
Materiał nadesłany
Kurier Polski