Hamlet Hanuszkiewicza

«"Hamlet" wystawiony przez Adama Hanuszkiewicza jest - rzecz zgoła nieoczekiwana - naprawdę dość podobny do sztuki Szekspira pod tymże tytułem. Intryga najzupełniej zrozumiała, chwilami przykuwała uwagę widzów tak, że odwracała ją od aktora grającego główną rolę. Cóż się dzieje z teatrem Hanuszkiewicza?... Gdyby wynikła z tego kompromitacja i klęska szarlatana, poetycka sprawiedliwość, musiałaby stwierdzić, że Hanuszkiewicza spotkała zasłużona kara. Niestety! Chytry William za pomocą literackich sztuczek tak dobrze przysłużył się Hanuszkiewiczowi, że jego przedsięwzięcie stało się wspaniałym sukcesem. Sukces ten niemal budzi nadzieję, że nasi dyrektorzy zaczną teraz prześcigać się w raczeniu publiczności możliwie jak najbardziej autentycznym Szekspirem, zamiast, jak dotychczas, prześcigać się w upewnianiu nas, że wznawiając te sztuki użyją hojnie wszystkich dostępnych środków, żeby usunąć resztkę nudy lgnącej do najbardziej nawet bezlitośnie okrojonych przez reżysera tekstów.

Kreacja Daniela Olbrychskiego jest przez cały czas urocza, interesująca i urozmaicona, a wynika to nie tylko z jego dobrze znanych zalet i umiejętności aktorskich, ale także ze szczerego rozumowania w dziełach Szekspira - rzecz niezwykle w naszych teatrach rzadka - ze swoistej zażyłości ze światem wyobraźni wieszcza. Olbrychski nie żywi zabobonnego kultu dla Szekspira, lecz znajduje naprawdę przyjemność w graniu jego sztuki i rozumie jego metody ekspresji. Zauważcie też proszę, że nie jest to Hamlet zimny. Nie należy do tych rezonerów, którzy w drodze przez świat podpierają się logiką, tylko dlatego, że sercem wyczuć nic nie umieją; intelekt Hamleta jest narzędziem jego pasji; jego wieczny krytycyzm tętni życiem i namiętnością. Wielki monolog - nie mam na myśli "Być albo nie być", lecz dramatyczny wybuch: "...co za łajdak, co za łotr ze mnie!" - jest w swej wzgardliwej, brutalnej pasji bardziej wymowny, niż najbardziej górnolotne deklaracje lub sentymentalne łzawe skargi. Ani przez chwilę Olbrychski nie przypomina z namaszczeniem o sławie Szekspira, ani o doniosłym znaczeniu "Hamleta" w historii literatury; uwalnia nas od wszystkich tych nudziarstw, zamiast nas nimi przytłaczać. Wybaczamy nawet banały, tak przyjemnie je wygłasza. Idźcie wszyscy zobaczyć to... Nic równie czarującego nie widziało jeszcze to pokolenie, toteż zechce z pewnością oglądać tego Hamleta jeszcze wiele razy.

Ale... Hamlet, który rozumie jedynie swoją miłość do Ofelii, żal po śmierci ojca, mściwą nienawiść do stryja, lęk przed duchami, ochotę do kpin z Rozenkranca i Gildensterna, oraz podniecenie myśliwego, gdy zastawia na Klaudiusza swoją "pułapkę na myszy" - taki Hamlet może, jeżeli rozporządza dostateczną techniką wirtuoza, zyskać w tej roli sławę, chociaż już sama intensywność tych dręczących go uporczywie uczuć (wspólnych nie tylko wszystkim ludziom, lecz także niektórym zwierzętom) świadczy, że Olbrychski jest całkowicie nieświadomy innych charakterystycznych właściwości psychiki Hamleta, właśnie tych, którymi królewicz ten różni się od Fortynbrasa. Olbrychski więc dla siebie zdobywa reputację, ale nie dla Hamleta.

Hanuszkiewicz wyreżyserował ,Hamleta" tak, jak należy reżyserować Szekspira, trzymając się tekstu i zgodnie z tekstem, pilnując jednocześnie słowa i akcji, bo są to elementy nierozłączne, a nawet wręcz identyczne. Nowe i zdumiewająco trafne ujęcie końcowej sceny wydaje się dziełem natchnienia, zaczynając od pojedynku. Nie pozostałoby już nic do życzenia, gdyby można także Fortynbrasa (Krzysztof Wieczorek) natchnąć dostateczną energią i dodać mu blasku, oby stał się godny wspaniałości swego wojennego hełmu i kroczył prosto ku stopniom tronu, jak przystało człowiekowi, który gotów jest tron ten utrzymać na przekór wszystkim rywalom. Ileż pokoleń reżyserów, pragnąc zaćmić efektem i oryginalnością współzawodników, traktowało Fortynbrasa i jego komentarz o królewskim zgonie Hamleta jako niedorzeczny, kompromitujący błąd autora, błąd, który należy korygować, skoro jesteśmy o tyle mądrzejsi od starego narwańca. Łabędzia znad Avonu. Toteż jeden Hamlet po drugim umierał w tym przekonaniu spokojnie, przy dźwiękach poważnej muzyki, niby mała Neli. A teraz Hanuszkiewicz wszystkich poprzedników zakasował, ponieważ był dość inteligentny, żeby wybrać prostotę.

Skoro się zgadało o muzyce, dodajmy, że teatr dobrze zrobił wyrzekając się romantycznej muzyki. W tej wersji wiernej Szekspirowi nie ma ona sensu. Dworzan warto by pouczyć, jak powinni przysłuchiwać się, gdy król peroruje napominając mądrze swego bratanka. A to ładne drewniane wybrzeże, po którym stąpa Duch, można by nakryć czymś, co przypominałoby wodorosty, i przyrzucić garstką krewetek oraz trochę srebrzystego piasku...

Reżyser niewątpliwie nie uniknął błędów w obsadzie, nawet we własnej rodzinie. Usilnie radzę mu, żeby zastosował się do podszeptów Klaudiusza i co prędzej zrobił z Hanuszkiewicza prawdziwego Ducha; nie ma bowiem sensu powtarzanie co wieczór całej tej sceny, dopóki Duch jest taki solidny, sympatyczny i ponad wszelką wątpliwość tryskający życiem, jak jego brat. Głos ma niezły, lecz jest to głos człowieka, który nie wierzy w duchy. Przyzywa Hamleta takim gestem, jakby był woźnym i zachęcał nieśmiałego kandydata na stanowisko młodszego lokaja do zbliżenia się przed oblicze Lorda Mayora Londynu. Na miejscu reżysera nie ścierpiałbym tego od Hanuszkiewicza, bo rola Ducha należy do cudów tej sztuki, Szekspir nie chciał jej powierzyć nikomu innemu i sam ją grywał.

Poza tym kilka kreacji wybitnie udanych. Ewa Żukowska sprawiła nam swoją Ofelią wielką niespodziankę. Zdawało się dotychczas, że w tej roli niemożliwy jest już jakikolwiek postęp. Żukowska odważyła się przedstawić Ofelię naprawdę szaloną. Trudno opisać, jak znieważona poczuła się publiczność. Pragnęłaby raczej zobaczyć obłąkaną dzieweczkę taką, jaką grała...; ta, nieprzytomna, bezrozumna, chwiejna Ofelia, która chwilami zapala się jakimś uczuciem, aby natychmiast znów przygasnąć, której głos nagle tracąc dźwięczność, przejmuje słuchaczy dreszczem - sieje na widowni okropny niepokój. Tadeusz Janczar znakomicie uosabia skromnego, uczciwego Horacego, Gustaw Lutkiewicz jest tak dobrym grabarzem, że ośmielam się poradzić mu, by grał nieco dużej swą role i nie przestawał się nią interesować natychmiast po wygłoszeniu swego tekstu i wręczeniu Hamletowi, trupiej czaszki. Poloniusz w interpretacji Mariusza Dmochowskiego jest krzepki i podstarzały, a nie zgrzybiały i gadatliwy. Udają mu się sceny, w których Poloniusz występuje jako człowiek z charakterem i doświadczeniem.

Tyle daje się wypisać z recenzji Wielkiego Kpiarza. Przedstawienie "Hamleta'', w reżyserii Robertsona, które Shaw oglądał w roku 1893, nie zaznaczyło się w historii wielkimi kreacjami Gertrudy, Klaudiusza i Laertesa. W warszawskim przedstawieniu Hanuszkiewicza, to trzy wspaniale role. Kucówna gra Gertrudę tajemniczą, uwodzicielską i głupią. Piękna i zmysłowa, w której Hamlet kocha się bardziej niż w Ofelii. Chwilami wydaje się, że poza tą postacią, na ogół bladą i mało znaczącą, kryje się więcej, niż za wygłaszającym mądre zdania duńskim królewiczem. Kamas jako Klaudiusz jest, co rzadko się zdarza, kimś o wiele ważniejszym niż zły król, morderca i uzurpator z odgrywanego przed duńskim dworem "Zabójstwa Gonzagi". Po raz pierwszy skłonny byłbym tutaj przyznać rację tym interpretatorom, którzy modlitwę Klaudiusza przekładają ponad monolog Hamleta... Wreszcie Laertes. Damian Damięcki jest godnym partnerem Olbrychskiego, nie tylko w pojedynku, co już zapowiadał w sprawozdaniu z ich treningu Bohdan Tomaszewski.

Wyjąwszy jednak opisy ról (zbyt ostro potraktował Shaw laickiego Ducha), recenzja sprzed osiemdziesięciu prawie lat jest wciąż przedziwnie aktualna, tak. że można nawet darować Shawowi wodorosty, krewetki i srebrzysty piasek, którym chciał posypywać scenę. Jest wciąż aktualna chyba dlatego, że Shaw opisuje w niej wrażenie ze spektaklu "Hamleta" o jakim każdy z nas po cichu marzy. Ze spektaklu, gdzie można po prostu oglądać tę sztukę i cieszyć się. że nic do niej nie dodano ani nic z niej nie wyrzucono. A takie przedstawienie trudno zobaczyć, szczególnie na polskiej scenie. My Polacy od dawna szukamy czegoś to "Hamlecie". Już Wyspiański przenosić chciał go na Wawel. On też zapoczątkował u nas zastanawianie się nad tym, jaką książkę czyta Hamlet. I trwa to zastanawianie od pięćdziesięciu lat, a ostatnio nawet dotyczy Ofelii. Koniecznie też chcemy, żeby Hamlet i Ofelia byli Polakami. Jak ów ksiądz, który twierdził, że Polakami byli również prarodzice, bo kiedy Adam był sam w raju i jadł to mówił: jadam, a kiedy było już ich dwoje, to mówili: jewa. Równie zabawne jest, uwspółcześnianie tej pary. Niektórzy serio twierdzą, że Olbrychski i Żukowska, to para hippiesów.

A może jednak jest coś ważnego w tym polskim zaczadzeniu "Hamletem", o czym na pół ironicznie (mimo wszystko) napisał w "Wyzwoleniu" Wyspiański:

We dźwięku tej muzyki Moniuszki,

przy której owe w "Dziadach" duszki

znikają na zaklęcie guślarza -

ten przeciw komu chór zwrócony

i krzyż to powietrzu zakreślony:

Geniusz-Prospero znika.(...)

Prosperem )a go tylko nazywam

ot, tak, przez literacką swadę,

żeby zaznaczyć, ze nie zrywam

i tradycją teatralnych manekinów,

niegdyś żywych, a dzisiaj niezdolnych

do czynów.

Nas przecie Szekspir nie poruszy,

bo najmniejszego nie miał cale

pojęcia naszej POLSKIEJ DUSZY -

choć wszystko inne doskonale

znal i przedstawił i określił;

to przecie tę mu wytknę wadą,

że nic polskiego nie wymyślił;

jednak to nie jest żadną wadą,

bo dla mnie żyją te postacie.

Was, gdy dziś polską znam plejadą -

cóż angielskiego w sobie macie?

Może w tym coś jest. Ale racją chyba miał Hanuszkiewicz wierząc, że Prospero nigdy nie będzie tylko teatralnym manekinem. I że zrobił przedstawienie takie, jak tamto opisane przed osiemdziesięciu laty przez Shawa, który zresztą tak często napadał na Szekspira. Hanuszkiewicz po prostu zagrał "Hamleta", w którym każdy z nas chce po trosze zobaczyć samego siebie. Zagrał Szekspira, o którym najmądrzej i najprościej powiedział kiedyś Ionesco, posługując się przykładem "Ryszarda II": "upadły, porzucony Ryszard II, więzień w swojej celi, to nie Ryszard II, którego widzę, ale wszyscy upadli królowie na ziemi; i nawet nie wszyscy upadli królowie, ale także nasze przekonania, nasze wartości, nasze prawdy, pozbawione świętości, zepsute, zużyte, cywilizacje, które się rozpadają, przeznaczenie. Kiedy umiera Ryszard II, to jakbym był zarazem obecny przy śmierci czegoś, co było mi najdroższe; to ja sam umieram z Ryszardem II. Ryszard II daje mi jasną świadomość prawdy wiecznej, o której zapominamy w historii, prawdy, o której nie myślimy, a która jest prosta i nieskończenie banalna: ja umieram, ty umierasz, on umiera. W końcu Szekspir nie pisał przecież historii, choć się nią posługuje, ale to nie historia, on ukazuje mi moją historię, naszą historię, moją prawdę - ponad czasem, idącą poprzez czas - poza czas, dobiegającą prawdy powszechnej, bezlitosnej".»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego