Przekrój

XXIX Warszawskie Spotkania Teatralne. Pisze Piotr Morawski w Teatrze.

«Punktem wyjścia w moim myśleniu o Spotkaniach jest przedstawienie Piotra Cieplaka. Bardzo ładne, mistrzowskie. Dla mnie jednak "Król umiera" to właśnie rodzaj ceremonii: dla uczestników tego seansu wspomnień to pewnie rzeczywiście przeżycie. Ja tam byłem bardziej gapiem, co przypadkiem zaplątał się na jakąś uroczystość i, nikogo nie znając, patrzy z boku. Raz, że ze względów pokoleniowych nie biegałem do Starego, aby obejrzeć Trele i Polony; dwa: z tego powodu nie czuję już, by to był mój teatr. Przedstawienie mnie nie poruszyło, ale oglądałem je z niekłamaną przyjemnością. Choć irytowały mnie nieco interludia, mające - chyba jednak nazbyt dosłownie - pokazać teatralne antypody dawnego Starego.

Ciekawe było jednak co innego. Umieszczenie przedstawienia w festiwalowym ciągu spowodowało naraz, że sceniczna metafora okrzepła: dokładnie tydzień później zobaczyć można było kształt (nie tak efemeryczny jaku Cieplaka) "nowego"-dwa przedstawienia Michała Zadary, a wcześniej obie "Sprawy Dantona" i "Brygadę szlifierza Karhana". Na antypodach artystycznego teatru Cieplaka wyrósł nurt dociekliwie badający mechanizmy życia społecznego i historii.

Po "Tykocinie" Zadary miałem (znowu jak po "Każdym/ej") mieszane uczucia. Spektakl mnie rozczarował. Może tym bardziej, że znałem tekst sztuki Demirskiego i Zadary. W lekturze było interesująco, zaś realizacja robiła niemiłe wrażenie wygłupu.

I znów, jak po "Każdym/ej", wychodziłem, nie bardzo wiedząc, co o tym myśleć; nie mogąc ani uwiesić się myśli, ani - tym bardziej - dać się uwieść. Z "Ifigenią" było już inaczej. To spektakl innego kalibru: po wielokroć opisywane chwyty (ze wieje, ze aktorzy zamiast mówić, czytają) tym razem mnie przekonały, ułożyły się już w jakiś system, dały klucz do widowiska. Zadara ciekawie eksperymentuje z tekstem, ze słowem - naraz mówionym, czytanym, pisanym. Ta próba połączenia oralności i piśmienności zasługuje pewnie na szersze omówienie.

Podobała mi się "Sprawa Dantona" Pawła Łysaka - zagryzana kiełbasą impreza, kończąca się plebiscytem wyborczym - dla mnie ciekawsza niż spektakl Klaty. Atmosfera populistycznego wiecu była wyczuwalna. Publiczność ochoczo weszła w rolę szturmującego Konwent tłumu, by później żywo wymachiwać chorągiewkami. Ciekawe, że ludyczny nastrój nie opuszczał widzów nawet po kaźni - ładny kawałek drogi od Ząbkowskiej (gdzie w Wytwórni Wódek zagrano przedstawienie) widziałem jeszcze tłumek radośnie bawiący się balonikami.

I jeszcze "Brygada szlifierza Karhana" Brzyka, ciekawa próba wejścia w dialog z historią - i to już teatralną. Przecież nie produkcyjniak Vaśka Kani i rywalizacja brygad, a przedstawienie Dejmka z 1949 roku było punktem odniesienia i jedyną przyczyną powstania tej realizacji. Wreszcie, last but not least, "Factory 2" [na zdjęciu] Lupy. Było to dla mnie przedstawienie osobne: nie potrafię wpisać go w festiwalowy nurt. Może tylko szkoda, że wokół prezentacji roztaczała się już aura nowego przedstawienia Lupy, granego chwilę wcześniej naprzeciwko, w Teatrze Dramatycznym.

Choć wszystkiego nie widziałem, mam poczucie, ze to był dobry festiwal, pokazujący przekrój tego, co się w Polsce dzieje. Przedstawienia w większości ułożyły się w pewien ciąg wyznaczający nurt teatru, który chce być aktywny, grzebie w historii i mechanizmach społecznych. Takich spektakli, na różne sposoby dokonujących społecznej diagnozy, było najwięcej. Albo, co tym bardziej świadczy na ich korzyść, były najbardziej wyraziste.

Piotr Morawski - sekretarz redakcji miesięcznika "Dialog", doktorant Instytutu Sztuki PAN.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego