W teatrze Andersena zagra jutro Marek Dyjak [na zdjęciu] - hydraulik po zawodówce, bard porównywany do Toma Waitsa, facet, który przeżył samobójczą śmierć.
Marek Dyjak, kiedy pił, to pił pięknie. Pił romantycznie, zgodnie z wszelkim kanonami picia artystycznego. Wlewając w siebie wódę litrami (dochodził do 3 dziennie) kontestował mieszczańską obyczajowość. Wychylając kolejną setę, rzucał śmiałe wyzwanie losowi. Ależ się to wszystkim podobało! Nawet kiedy zapominał tekstu na scenie, kiedy olewał terminy, kiedy rzygał do krwi i przez to rzyganie nie mógł już wydobyć z siebie charakterystycznego chropowatego gło-su. Podobało się do czasu, aż Dyjak z tego picia wziął się powiesił. Pewnie powinien był umrzeć - mielibyśmy kolejnego martwego piosenkarza do hołubienia, co to efektownie i młodo umarł i "wielkim był". Ale Dyjak zdecydował inaczej i ożył w karetce, chociaż lekarz stwierdził już zgon. I Dyjak żyje i śpiewa. I pić już nie pije. Marka dał polskiej scenie muzycznej Jan Kondrak. Obydwaj pochodzili ze Świdnika. Z tym, że w chwili spotkania Kondrak był już znanym poetą