"Sen nocy letniej" przy pokaźnym ładunku sielankowości nie boi się mówić, że miłość jako taka rzewną sielanką nie jest. Jeśli tylko chcemy może być też cieniem, mrokiem, nawet piekłem. Ale letnia noc "Snu" zawsze jest czasem przekraczania pewnego tabu, chwilą szaleństwa, wolności, oswobodzenia marzeń. Tak ją widzą reżyserzy: Edward Hall (Grupa Propeller z teatru The Watermill z Wielkiej Brytanii) i Raz Shaw (Szekspirowski Teatr Globe z Londynu). Zabawowość udziela się publiczności. Można wręcz mieć wrażenie, że oba spektakle wyprodukowano w jednym - kabaretowym celu.
Po "Kupcu weneckim" Grupy Propeller łatwo rozpoznać reżyserską rękę Halla. Muzyka, śpiew, ruch sceniczny, wyłącznie męskie aktorstwo, choć odmienna stylistyka. Tu, w tym baśniowym zaczarowanym świecie ubranym w surrealistyczną powłokę trudno o racjonalizm i pragmatyzm działań. Wśród białej scenografii, wplątani w grę świateł i tajemnych dźwięków, gwizdów, trzasków, rechotów krążą jak mary trochę zagubieni bohaterowie. W białych uniformach przypominają przybyszów z zaświatów. Cóż w tym dziwnego, skoro próżno przeciwstawiać ziemską logikę labiryntom nocnych ścieżek. Sprawcą nieporozumień jest Puk (Jon Trenchard), istny diablik w przebraniu błazna - pasiaste rajstopy, buty klowna i figlarna baletowa tutu. Zwinny, wesoły, wszędobylski, plącze ludzkie miłosne losy, bo ma do tego święte prawo. Dał mu je nie tylko Oberon, ale też sama natura. Puk to ktoś jakby pozbawiony sideł płci. Naigrywa się więc z jej wyroków, przypominając mimochodem, że dwoistość to wyznacznik ludzkiej kondycji. O seksualności trudno zresztą tu zapomnieć, skoro główne kobiece role Hermii i Heleny grają mężczyźni. Czarnoskóra Helena (Babou Ceesay) dzięki swoim ogromnym gabarytom bez trudu załapałaby się do drużyny sportowej - hokej, rugby, koszykówka? Zabawny to widok, wobec takiej nieskazitelnej i delikatnej estetyki obrazu. Spektakl ogląda się więc jak bajkę na dobranoc przerywaną zabawnymi gagami dla trochę starszych dzieci w wykonaniu amatorskiej grupy aktorów, która ma odegrać przedstawienie. Jest ładnie, przykładnie, zabawnie i nic poza tym.
Ta sama reguła przyświeca sztuce Teatru Globe, choć przy zdecydowanie słabszym aktorskim wykonaniu. Piknikowy krajobraz, scena w formie białego namiotu z drewnianym podestem, parkowe ławeczki na widowni. Znów hałas, śpiew, zabawa, rytm muzyki wykonywanej na żywo z dźwiękiem saksofonu, cymbałów, bębnów mają porwać widza w wir miłosnych igraszek Puka (Bethan Walker). Raz Shaw akcję swojego "Snu nocy letniej" zasadza w cieniu lat 20. Aktorzy tańczą więc do taktów fokstrota, a zalotny Puk w meloniku i zmysłowych pończochach przypomina postać z kabaretu. W tym ogródkowym teatrze do pełni szczęścia widzowi potrzeba doprawdy kufla z piwem, bo uwagę sceny zaprzątnął już całkowicie. Od pierwszych chwil wszystko dzieje się tu dla niego - angielskie przywitanie odczytane z kartki łamaną polszczyzną, językowe wtrącenia do tekstu Szekspira, komiczne uwodzenie Puka panów z publiczności, którym odważnie siada na kolanko, a czasem nawet daje całusa w policzek. Jarmarcznym pląsom nie ma końca, a to w pewnej chwili zaczyna drażnić.
"Sen nocy letniej" można jednak widzieć zgoła odmiennie - bynajmniej nie jako błogi odpoczynek w objęciach Morfeusza albo lekką romantyczną komedyjkę. Krótki spektakl Katarzyny Kalwat redukuje perypetie kochanków. Oś konstrukcyjna sztuki zasadza się na konflikcie miedzy Oberonem i Tytanią. Ich spór rozgrywa się w zdyszanym seksem świecie i taki wymiar przyjmuje. Władca pcha ją w ręce przypadkowego mężczyzny, by zaznała piekła cielesnej żądzy. Królowa elfów mimowolnie poddaje się erotycznemu transowi, który szybko rodzi przemoc i gwałt. Tytania Lidii Sadowej od początku wie, że będzie uległą i zniewoloną ofiarą Oberona. Dla niej to istny koszmar. Świadomie buduje więc studium poniżonej przez mężczyznę kobiety, upodlonej, zawstydzonej i zwyciężonej. Triumf może być tylko jeden. Wycinkowe i odmienne prześwietlenie Szekspirowskiej historii pobudza ciekawość. Tym większe jest rozczarowanie, gdy nagle się urywa. Finał czy brak pomysłu na finał?