Co Gustaw robi w Lublinie

«Przedstawienie "Ślubów panieńskich"; w Teatrze Polskim, w reżyserii Andrzeja Łapickiego, przypomina koncert. Prawie wszyscy grają wirtuozeryjnie. Współdziałają ze sobą, tworząc całość harmonijną. Wykorzystanie scenicznej przestrzeni, projektowanej przez Łucję Kosskowską, ściśle obliczone wejścia i wyjścia decydują o zespołowości, nie tłumiąc indywidualnego artyzmu.

"Śluby" składają się z dwóch "części", odpowiadających etapom uczuć. Jest to urocza komedia o narodzinach miłości, o działaniu słynnego "magnetyzmu", czyli gry zmysłów i zachwytu. W aktach początkowych Gustaw jest roztargniony. Drażniącą obojętność Anieli wywołuje w nim przewrót. Nie mamy powodu Gustawa podejrzewać - tylko o przekorę. Joanna Szczepkowska ukazuje Anielę - demonstracyjnie lodowatą. Skupia całą uwagę na robótce kobiecej, jakby nie słysząc coraz gorętszych wyznań chłopaka, W następnych aktach zachowuje dobry ton, ale zaczyna się dziwić samej sobie, nagłemu obudzeniu uczucia i zmysłów. Ów akcent samozaskoczenia pozostaje do końca i stanowi zasadniczy element gry.

A Gustaw? Pamiętamy jego tyradę w pierwszym akcie, gdy wygłasza pochwałę balu "Pod Złotą Papugą". Sam myślałem (i wyraziłem to w mej książce), że przekorne zamiłowania do obyczajów demokratycznych, niesmak wobec "wielkiego świata" są tu decydujące. Ale dziś wiadomo, że w 1811 r., a po tym znów w 1815. zapisał się Fredro do loży masońskiej - i to lubelskiej. Jeśli przyjąć, że u Fredry nie brak akcentów autobiograficznych, nie można wykluczyć,, że Gustaw wykradał się nie tylko dla zabawy, ale i na lubelskie sesje. Otóż Jan Englert jest aktorem tej miary, że grany przez niego Gustaw ma sporo dowcipu i głębszej myśli. Warto przypomnieć, że do lubelskiej loży należeli też późniejsi twórcy Towarzystwa Patriotycznego.

Inna sprawa, mniej złożona. Dawno porzuciły teatry koncepcję Albina płaczliwego, czy "sentymentalisty". Bogate pisarstwo Fredry obejmuje zarówno radość życia, jak i zawody, depresje, pesymizmy. Wystarczy przeczytać korespondencję pisarza, by znaleźć tam echa rozpaczy, a nawet myśli samobójczych (gdy nieuchronna się wydawała klęska jego miłości). Można pojąć Albina jako odblask takich nastrojów, już przezwyciężonych w życiu samego poety. Wojciech Alaborski sugeruje uczucie bezradne, pienie wymagające pomocy. Przecież i samemu Fredrze dopiero przyjaciele wskazali drogę ratunku.

Jest też w spektaklu Bogdan Baer, w pozornie konwencjonalnej roli Jana. Gra on starego wiarusa przyzwyczajonego do dyscypliny, stojącego "na baczność", wykonującego polecenia Gustawa, choćby niezrozumiałe.

Dyskusje może powodować para Dobrójska-Radost. Anna Seniuk w pierwszej części spektaklu pysznie harmonizuje dobry ton wytwornej pani oraz opiekuńczo-miłosne, na wpół świadome porywy. Ale w partiach końcowych idzie już za daleko, wpada dosłownie w ramiona Radosta.

Jan Matyjaszkiewicz (niedawny świetny Papkin) jest dowcipnym wujaszkiem, ale koncepcja spektaklu każe nam zapominać o wielkiej pasji życia Radosta: miłości do Gucia, uwielbianego jak syna. Otóż gdyby się ożenił z Dobrójską, materialnie skrzywdziłby ulubieńca. Drugie zastrzeżenie dotyczy Klary. Ewie Domańskiej zabrakło w pierwszej części spektaklu pewności siebie, wiary w feminizm, kpiarskiej przewagi nad Gustawem. Dopiero pod koniec przekonuje nas w pełni, gdy Klarę rozbraja groźba małżeństwa z Radostem i utraty, drogiego jej przecież, Albina.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego