- Wciąż nie jestem spełniony w pracy charytatywnej. Prowadzimy z Anną [Zubrzycką] jadłodajnię dla bezdomnych i ubogich. W zimie karmimy kilkaset osób dziennie. Od kilku lat usiłuję zdobyć środki na kilkanaście jadłodajni w całej Polsce, a nawet wejść do innych krajów, które potrzebują takiej pomocy - mówi GRZEGORZ BRAL, współzałożyciel wrocławskiego Teatru Pieśń Kozła i szef Brave Festivalu.
Rozmowa z Grzegorzem Bralem, współzałożycielem Teatru Pieśń Kozła i szefem rozpoczynającego się dziś Brave Festivalu, o ojcu - polskim Karolu Mayu, pracy w zakładzie psychiatrycznym, odejściu z Gardzienic, odrzuceniu propozycji z Broadwayu i obsesji śmierci. Magda Podsiadły: Będziemy rozmawiać bardziej o teatrze czy bardziej o życiu? Grzegorz Bral: - Tak daleko zabrnąłem w robienie teatru, że nie mam życia poza nim. Nawet, gdy się kochasz? - A co, jeżeli się nie kocham? Powiedz mi więc, skąd się taki wziąłeś? - Z Gdańska lat 60., nieprawdopodobnie żywego, barwnego centrum kulturalnego. Moja mama, Grażyna Bral, była dziennikarką prasową i telewizyjną. Zanim wyszła za mojego tatę, była dobrze zapowiadającą się poetką z kręgu Teatrzyku Bim-Bom, Co To; zaprzyjaźniona z Kobielą, Cybulskim, marzyła, by zostać aktorką. Tato przyjaźnił się jeszcze za czasów studenckich z Ewą Demarczyk. Dlaczego Twój ojciec ukrywał s