Szewcy Witkacego

«Wśród spektakli, które stały się w ostatnich miesiącach głośne, o których się mówi, i na których koniecznie trzeba być, znalazły się aż trzy inscenizacje "Szewców" Witkacego. W tym runie na "Szewców" pewną rolę odegrał fakt, że sztuka ta właśnie ostatnio została "odblokowana". Ale nie to okazało się w gruncie rzeczy najważniejsze. Ani nawet to, że są to przedstawienia ciekawe, dobrze zrobione. (W Warszawie i Kaliszu reżyserował Maciej Prus, w Krakowie - Jerzy Jarocki). Po prostu Witkacy wypełnił lukę, która staje się coraz bardziej nieznośna. Wyręczył dramaturgię współczesną, poza nielicznymi wyjątkami błąkającą się po marginesach rzeczywistych problemów i autentycznych niepokojów współczesnego człowieka. Okazał się aktualniejszy, utrafia w pytania, jakie stawiamy sobie także i dziś.

Te szumne powroty Witkacego na scenę każą się zastanowić nad dziejami recepcji tego "genialnego grafomana". Tak nazwał Witkiewicza Irzykowski, jeden z najznakomitszych krytyków międzywojennego dwudziestolecia. I była to ocena najłagodniejsza z tych, jakie wysłuchiwał Witkiewicz za życia. Umysł rozwichrzony, impotencja twórcza, brak zmysłu kompozycji, niechlujstwo, gadulstwo, rozmijanie się z prawami psychologii. Zarzuty były różnego kalibru a strzały padały z różnych stron - od prawicy do lewicy. W dwadzieścia parę lat po jego śmierci. Konstanty Puzyna wydając pierwszy pełny zbiór dramatów autora "Szewców" jeszcze nie jest pewien Witkacego, jeszcze nie może się zdobyć na odwagę całkowitego podważenia sądów przedwojennych autorytetów. Był w o wiele lepszej sytuacji niż jego poprzednicy - miał już za sobą awangardę lat pięćdziesiątych z Ionesco i Beckettem na czele, a przecież jeszcze się wahał. Jakże typowe są dzieje Witkacego! Nie po raz pierwszy z największą ostrożnością i z największym krytycyzmem odnosimy się do zjawisk, które przynoszą zaszczyt naszej kulturze. Trzeba było nieomal pół wieku (większość utworów dramatycznych Witkacego powstała między 1918 r. a 1925 r., tylko "Szewcy" noszą datę 1931-1934), żeby o Witkacym przestało się mówić z przekąsem, jako o "wybryku i osobliwości polskiego dwudziestolecia". Sprawiła to nie tyle krytyka, co ludzie teatru raz po raz i z coraz większym powodzeniem sięgający po jego sztuki. Oraz publiczność, która, nie zniechęcona wahaniem i obiekcjami koryfeuszy krytyki i historii literatury, znajdowała w Witkacym treści sobie bliskie.

Nic tedy dziwnego, że Jerzy Grotowski mając do zaproponowania w teatrze coś zupełnie nowego, jak ognia przez wiele lat unikał rodzimych specjalistów. Postawił na polską publiczność i zagraniczną krytykę. I dlatego wygrał. Nie jest przypadkiem, że jego prace teoretyczne, znane od lat w kilkunastu krajach europejskich i pozaeuropejskich, po polsku mają się dopiero ukazać. I nie przypadkiem najmniej o teatrze Grotowskiego napisano po polsku. Grotowski po prostu wyciągnął, z pełną świadomością, wnioski i takich przykładów, jak casus Witkacego. W gorszej sytuacji jest Józef Szajna tworzący teatr "wizualny", w którym plastyka dochodzi do głosu w tym stopniu, co gdzie indziej tekst. Mniej taktyczny, bardziej ufający wrażliwości wszystkich swoich odbiorców, będzie musiał wypić niejedno gorzkie piwo zanim zaczniemy się nim chlubić. Zanim jego propozycja teatru zacznie być traktowana tak, jak powinna - jako swoiste i nowe zjawisko, przynajmniej godne uwagi.

Ta dygresja nie jest bez kozery. Przykład Witkacego powinien być ostrzeżeniem przed podobnymi błędami. Sami pozbawiamy się wartości dla naszej kultury nieobojętnych: czynimy je nieobecnymi i uniemożliwiamy im funkcjonowanie w normalnym obiegu. Jest to rozrzutność na jaką nas nie stać.

W "Szewcach", ostatnim dziele dramatycznym Witkacego, zawarte są najklarowniej sformułowane wszystkie jego główne myśli, obawy, obsesje. Jan Błoński analizując filozoficzną postawę autora "Kurki wodnej" tak pisze: "Polemika z Witkiewiczem nie ma jednak - moim zdaniem - filozoficznego znaczenia. Systemy światopoglądowe można zbić zawsze, trudniej uchylić się od pytań, które zostawiają w spadku pisarze. Zaś ostatnie pytanie Witkiewicza jest pytaniem o ludzką prawomocność przyszłej społeczności. Oto kwestia, która go zadręczyła; jak żyć w społeczeństwie równości, które swoim członkom zapewni spełnienie - słusznych, bynajmniej przez Witkiewicza nie lekceważonych! - potrzeb? Czy jednostka będzie mogła usprawiedliwić swe istnienie? Czy świat, który władzę ograniczy do administrowania rzeczami nie zmieni także w rzecz człowieka?"

Witkiewicz enfant terrible i zarazem Kasandra polskiej literatury był w gruncie rzeczy moralistą. W świecie, w którym waliły się jedna po drugiej wartości, pozostawiając po sobie głuchą pustkę, próbował przewidzieć dalsze konsekwencje tego procesu, domyśleć rzecz do końca. W tym tkwi jego nieprzemijająca aktualność, stąd bierze się niewiarygodne wprost jasnowidztwo, z jakim przewidział niejeden z problemów naszego dzisiaj. Co zastąpi stary, piękny indywidualizm w społeczeństwach coraz wyżej zorganizowanych, zmechanizowanych, oraz skrupulatniej administrowanych? Jakie szanse urzeczywistnienia się będzie miała jednostka? W imię czego, jakich wartości, realizuje się postęp techniczny? Opozycja: jednostka - zbiorowość, sens lawinowego postępu techniki, miejsce człowieka w świecie rzeczy, jaki wokół siebie stworzył - to, w końcu, fundamentalne pytania naszych czasów.

Witkiewicz jest katastrofistą. Totalizacja władzy (pamiętajmy był to rok 1934), "dziarscy chłopcy" gotowi do przechwycenia możliwie największych jej obszarów, dewaluacja idei zastępowanych przez idejki, nihilizm, cwaniactwo, głupota i sobiepaństwo - świat, który się rozpadał, nie pozwalał na złudzenia. Witkacy nie wierzył również w to, co przyjdzie. Rewolucja jawiła mu się z całym arsenałem "błędów i wypaczeń".

Przedstawienie przygotowane przez MACIEJA PRUSA w Teatrze Ateneum zdaje się zapowiadać koniec nieporozumień inscenizacyjnych związanych z Witkacym. Żadnych udziwnień, żadnej zabawy dla zabawy. Prus położył nacisk na tekst, który jest w efekcie mówiony przez aktorów nie jakby to był fajerwerk błyskotliwych bons-mots - czego tak często byliśmy świadkami - lecz z pełnym zrozumieniem jego wewnętrznych treści. Jest to po prostu przedstawienie, w którym postarano się przekazać to, co Witkacy myślał, czego się bał a nie zewnętrzną groteskowo-zabawową otoczkę. Warsztat szewski jest po prostu warsztatem pełnym butów (udana scenografia ŁUKASZA BURNATA), reżyser dość skrupulatnie zastosował się do inscenizacyjnych wskazówek autora i okazało się to płodne. Jedynym odstępstwem jest góra butów (chyba "dziarskich chłopców?), która dominuje nad pierwszym aktem. To zresztą był świetny pomysł buty w dalszych aktach tracą swoją konkretność, stają się symbolem RZECZY. Szewcy, księżna Irina Wsiewołodowna Zbereźnicka-Podberezka, prokurator Scurvy tarzają się w nich, zgarniają je, pławią się W RZECZACH.

Prus z rzadką umiejętnością wydobywa z Witkacego nie tylko całą jego aktualność lecz i ironiczny humor, paradoksy, wszystko to, co z tego traktatu o władzy, totalizmie i rozpadzie wartości czyni żywą sztukę teatralną. O obsadzie aktorskiej można tym razem mówić tylko dobrze. A więc przede wszystkim doskonała ELŻBIETA KĘPIŃSKA jako księżna; seks i naiwność inteligencja i bezmyślność, wyrafinowanie posunięte aż do sadyzmu. ROMAN WILHELMI znakomicie zagrał prokuratora Scurvy'ego; z całą masą odcieni, z wyczuciem stylu i co najważniejsze ze zrozumieniem znaczeń jakie niesie za sobą to, co mówi Scurvy. Bardzo dobrzy są obaj Czeladnicy: WŁADYSŁAW KOWALSKI i ANDRZEJ SEWERYN. W roli Sajetana Tempe widziałam J. MICHAŁOWSKIEGO, który zastąpił M. KOCINIAKA. Gnębona-Puczymordę, szefa dziarskich chłopców gra ZDZISŁAW TOBIASZ (kogo on przypomina?); BOGUSZ BILEWSKI robi piorunujące wrażenie w roli Hiper-robociarza; MARIAN RUŁKA jako lokaj Fierdusieńko stworzył z małej rólki cały poemat o lokajstwie.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego