Wrastanie w Kraków

Opowieści Jerzego Stuhra mają niezbywalny walor: są opowieściami o rodzinie. Przywoływane fakty mają walor dokumentacyjny - stanowią przecież cząstkę historii: nie politycznych "brewerii", lecz kultury. Przedstawiane wydarzenia historyczne są rzetelnym tłem całej narracji, ale samo ujęcie odbiega od formuł podręcznikowych - jest to historia prywatna, przefiltrowana przez przeżycia najbliższych - zwykłych ludzi: restauratorów, wytwórców mebli, "kamieniczników", prokuratorów, adwokatów, oficerów - pisze Stanisław Burkot w Krakowie.

«Tę książkę dobrze się czyta nie tylko ze względu na popularność jej autora, znakomitego aktora, reżysera, profesora i rektora PWST w Krakowie. Nie chodzi nawet o to, że jest dobrze napisana, że w naszym codziennym rozgardiaszu, medialnym rabanie politycznych sporów, które niszczą i wyjaławiają świadomość zbiorową, pojawia się inna perspektywa - prywatna, domowa, rodzinna.

W wersji ironicznej, z parodii spotów reklamowych, brzmi to znajomo: "Kaczki hoduj synu, kaczki..." Opowieść o rodzinie, o jej dziejach, których jeden ze śladów i ciągów zaczyna się 9 czerwca 1879 roku w kościele w Schrattenbergu, małym miasteczku w Dolnej Austrii, gdzie ślub biorą Anna Thill i Leopold Stuhr, i wkrótce po ślubie postanawiają wyjechać do Krakowa. Wybierają nieco większe miasteczko w monarchii austro-węgierskiej, liczące wówczas około 50 000 mieszkańców, a nie "przeludniony", bo liczący ponad 670 000 Wiedeń, zresztą z powodów banalnych - "bo taniej". Po ślubie młodzi osiedlają się więc w Krakowie.

Autor pozostaje wierny zachowanym dokumentom rodzinnym. Ale kuszą domysły. Nie wiadomo jak reagowali pradziadkowie na to, co ich musiało zaskoczyć. Bo w mieście działo się wiele. 3 października 1879 roku oddano do użytku Sukiennice w obecnym ich kształcie: wyburzono budy dostawione do głównego korpusu, który otoczono arkadami, Matejko zaprojektował głowice arkad, Pryliński zadbał o całość; w kościele Mariackim odbyła się z tej okazji uroczysta msza celebrowana przez biskupa Dunajewskiego... Manifestacją na cześć malarza przyjęto informację o ofiarowaniu przez Siemiradzkiego Pochodni Nerona na "dobry początek muzeum narodowego".

Ale wydarzeniem głównym był jubileusz 50-lecia pracy pisarskiej Józefa Ignacego Kraszewskiego. Do miasta, dźwigającego się powoli z wielkiego pożaru w 1850 roku, zjechało prawie 20 000 gości ze wszystkich zaborów i z zagranicy. Były mowy i były dary dla Jubilata: szewcy warszawscy ufundowali pisarzowi ozdobne buty, co wywołało reakcję Norwida - w gratulacyjnym liście zwracał się do .jedynego polskiego pisarza, który ma całe buty"; żydowscy kupcy przysłali ozdobną skrzynię całą obitą monetami. Darów było wiele - przetrwały i dziś są przechowywane w muzeum Kraszewskiego w Poznaniu (z wyjątkiem butów). Bal i uczta odbyły się w dolnej hali Sukiennic: uwagę skupiał dar cukierników - tort na "500 osób". Dodać trzeba jeszcze jedno: na kilka dni przed jubileuszem studenci uniwersytetu wywodzący się z zaboru rosyjskiego rozrzucili i rozlepili po mieście ulotkę. Jej jedyny egzemplarz - z archiwum policji - przechowywany jest na Wawelu. Odezwa do Jubilata zaczyna się od słów: "My socjaliści polscy, spadkobiercy idei rewolucyjnych ostatnich lat czterdziestu, zwracamy się co Ciebie, Panie...". Aresztowania przyniosły krakowski proces Ludwika Waryńskiego i jego grupy. Na gmachu sądu w czasach PRL wmurowano odpowiednią "martyrologiczną" tablicę pamiątkową. W istocie powinna tam być tablica pamiątkowa na chwałę sądu, który uwolnił oskarżonych. W konserwatywnym Krakowie dobrze się mieli socjaliści: wydawali tu swój dziennik ("Naprzód"), organizowali pochody pierwszomajowe (w 1898 roku wzięło w nich udział 6 000 mieszkańców), radnym miasta był Ignacy Daszyński. Zostało to utrwalone - w formie wielkiej metafory - w Weselu Wyspiańskiego. "Widmo Szeli" w sensie teatralnym winno mieć rysy Da-szyńskiego, chociażby te ze znakomitego pomnika na cmentarzu Rakowickim.

Jubileusz Kraszewskiego był największą manifestacją patriotyczną między 1863 i 1905 rokiem. Otwierał zresztą cały ciąg krakowskich jubileuszy. Leopold i Anna Stuhrowie musieli być przynajmniej zdziwieni: ze spokojnego Strattenbergu trafili w dziwny ciąg zdarzeń, byli ich świadkami, choć zapewne jeszcze nie aktywnymi uczestnikami. Zaprzyjaźnieni z Pawłem Popielem, nie wyrażali zapewne entuzjazmu dla samej jubileuszowej uroczystości, którą Kościół, stańczycy i sam Popiel chcieli bojkotować, ale cesarz odznaczył pisarza wysokim orderem, zaprosił na zamek w Wiedniu, więc nie wypadało grymasić. Osiedleniu się młodej pary w Krakowie towarzyszyć musiały nie lada emocje. Niby nic się nadzwyczajnego nie stało. Ale w tej opowieści rodzinnej Jerzego Stuhra "z historią w tle" jawi się miasto barwne, wielonarodowościowe, gdzie prezydentem mógł być spolonizowany Austriak, Józef Dietl, usunięty ze stanowiska rektora za jawną obronęjęzyka polskiego, choć podobno miał kłopoty z poprawnym mówieniem po polsku. Przybysze do Krakowa i Galicji, miast germanizować, ulegali polonizacji. To, co zdarzało się często w zaborze austriackim, nie było możliwe w zaborze rosyjskim. Warszawa w Lalce Prusa, pieczołowicie odtwarzana w drobnych szczegółach, jest w jednym aspekcie - jak stwierdził jej znakomity interpretator Józef Bachórz - nieprawdziwa: nie ma

w niej Rosjan, wojsk carskich, gubernialnych urzędników, nie ma rosyjskich pomników, dwujęzycznych nazw ulic, rosyjskiego uniwersytetu, nawet warszawski sobór prawosławny nie został wspomniany. Asymilacja "obcych" w zaborze rosyjskim była prawie niemożliwa, a romans warszawskiej aktoreczki z carskim oficerem urastał do wymiarów zdrady narodowej.

Inaczej w Krakowie i w Galicji, choć pierwsza połowa XIX wieku daleka była od jakiegokolwiek liberalizmu. Austriackie więzienia okazywały się cięższe nawet od carskich. Przeszło przez nie wielu Polaków. Po powstaniu listopadowym tylko Austria wykonała tajne porozumienie zaborców - wywiezienie polskich wichrzycieli, wyrzucenie ich na brzegach Ameryki. Statki z Prus napotkały na burzę na Morzu Północnym, musiały schronić się w portach Wielkiej Brytanii i tak powstał tam znaczący ośrodek naszej emigracji. Austriackie statki wyruszające z Triestu dotarły do brzegów Ameryki. Więźniowie zostali wyrzuceni na brzeg. Jednak nawet w tych niesprzyjających warunkach po pierwszym rozbiorze, po epoce napoleońskiej, po powstaniu listopadowym, Wiośnie Ludów i powstaniu styczniowym dochodziło stale do osiedlania się w Galicji nie tylko Austriaków, także Niemców, Czechów, Słowaków, Ormian.

Stuhrowie ze swoją decyzją nie byli pionierami na "dzikiej północy", bo do "Widnia" można było jechać "koleją żelazną". Już do Wolnego Miasta Krakowa po kongresie wiedeńskim, a nawet wcześniej, chętnie ściągali "obcy", którzy złotymi literami zapisywali się później w naszej kulturze. W 1780 roku osiedlił się w Krakowie austriacki nauczyciel rysunku Dominik Estreicher - no i tak się zaczął krakowski ród Estreicherów... Franciszek Ksawery Pohl (Poll) w 1800 roku wziął ślub z Eleonorą Longchamps de Berier i z tego związku rodzi się zamaszysty, post-szlachecki bard galicyjskiej prowincji - Wincenty Pol, porucznik 10. pułku ułanów litewskich dowodzonych przez generała Dezy-derego Chlapowskiego, ranny w 1831 roku, odznaczony medalem za waleczność, autor Pieśni o ziemi naszej.

W czasach Księstwa Warszawskiego osiadł w Krakowie Herman Schugt, profesor filologii klasycznej na uniwersytecie, którego trzeba było odesłać na wczesną emeryturę, gdyż uległ całkowitej polonizacji. Prowadził w swoim domu salon literacki, gdzie gromadziła się krakowska cyganeria artystyczna - m.in. Edmund Wasilewski, jego przyjaciel Gustaw Ehrenberg, naturalny syn cara Aleksandra I, autor rewolucyjnego wiersza Szlachta w 1831 roku (Gdy naród do boju...), Franciszek Żygliński i in., a córki profesora zapisały się w dziejach poezji polskiej. Sam Schugt pisać miał dramaty z dziejów Polski.

Podobny jest rodowód rodziny Hóltzlów (Helclów) osiadłych na Podgórzu, którzy po połonizacji zmienili pisownię nazwiska, wnukowie wzięli udział w powstaniu listopadowym, wygasający ród w dziejach Krakowa zapisał się fundacją - nowoczesnym domem opieki nad przewlekle chorymi, który służy miastu do dnia dzisiejszego. We Lwowie osiadł inny "Niemiec", Jan Lam, wytrawny dziennikarz, satyryk, uczestnik powstania styczniowego, autor powieści Koroniarz w Galicji, Wielki świat Capowic, Głowy do pozłoty, na których kształcił swój styl - "uśmiech przez łzy"

- Bolesław Prus. 0 sobie mówił Lam, że pochodzi z rodziny niemieckiej, ale takich Niemców, którzy zawsze nienawidzili Niemców. To oczywiście żart uderzający w polskie idiosynkrazje. Po 1869 roku, w dobie autonomii galicyjskiej, te procesy asymila-cyjne uległy nasileniu. Niezwykłością Galicji i Krakowa była otwartość, zgoda na innych.

Zamknięte kultury, wrogie wobec "obcych" parszywieją, rodzą nacjonalizmy. Były przecież i takie tendencje w Galicji: Józef Atanazy Rogosz założył w 1893 "Głos Narodu" - nad winietą tytułu umieścił hasło: "Nie kupuj u Żyda", gromił także "Rusi-nów", choć sam był prawosławnym... Przybysze wzbogacali naszą kulturę dzięki temu, że wnosili do niej niezwykły, nam często obcy szacunek dla pracy. Bogumił Linde, wywodzący się z rodziny szwedzko-niemieckiej, wcześnie spolonizowanej, obdarował nas dziełem niezwykłym - sześciotomowym Słownikiem języka polskiego, w którym odnotowywał użycia słów w literaturze polskiej od początków do końca XVIII wieku. Karol Estreicher stworzył polską Bibliografię - w układzie alfabetycznym i chronologicznym - i jest to fundament wiedzy o naszym piśmiennictwie, o naszej kulturze. Ojciec Oskara Kolberga przybył do Polski z Prus, matka była Francuzką, a osiadły w Krakowie syn stworzył dzieło niezwykłe - opisał naszą kulturę i sztukę ludową - nie tylko baśnie, podania, teksty pieśni, lecz także muzykę. 68 tomów Ludu polskiego - dzieło życia Kolberga - nie ma dokonań porównywalnych w innych kulturach. Bo "obcy" cenili pracę i umieli pracować. Robili rzeczy fundamentalne w latach zagrożenia naszego bytu narodowego.

W tym skróconym tableau historycznym umieścić trzeba rodzinę Stuhrów - i z powodu osiedlenia się w Krakowie, szybkiego skoligacenia się z krakowskimi rodzinami Iglickich, Radwań-skich, Chorążych, i z powodu coraz głębszego osadzenia się w historii i kulturze polskiej. Oskar Stuhr, stryjeczny dziadek Jerzego został jako jeden z pierwszych, już 9 listopada 1939 roku aresztowany przez gestapo, osadzony w więzieniu Montelupich, przewieziony później do więzienia w Nowym Wiśniczu, następnie do Oświęcimia, gdzie otrzymał numer więzienny 947 - przymusowo pracował więc jako jeden z najstarszych więźniów przy rozbudowie "fabryki śmierci". Jego więzienno-obozowy pamiętnik, przywoływany w obszernych fragmentach w omawianej książce jest dokumentem wstrząsającym. Różni się od tego typu innych relacji szczegółowością opisu. Miał bowiem prawnik Oskar Stuhr niezwykłą umiejętność odczytywania zła w spot-womiałych obozowych czynnościach codziennych, a znajomość języka niemieckiego pozwoliła na utrwalenie mentalności "nadludzi". W rodzinie babki ze strony matki, znaczący jest inny zapis naszej historii. Ślad dziadka, porucznika Ludwika Chorążego w okresie kampanii wrześniowej, urywa się w Starobielsku... Najbliższym pozostawało oczekiwanie, odszukiwanie śladów... To jest już arcypolska historia rodziny Stuhrów. A talenty aktorskie Jerzego i Macieja? Może po babci Masi, utalentowanej muzycznie, z operowymi ambicjami, a może odezwały się geny po dalszych przodkach? Ale obaj - Jerzy i Maciej - potwierdzili swoje wrośnięcie w naszą kulturę. Kiedy inni wyjeżdżali z kraju w latach stanu wojennego, oni pozostawali, zapisywali jak wcześniej Poi, "pieśń o ziemi naszej".

Opowieści Jerzego Stuhra mają niezbywalny walor: są opowieściami o rodzinie. Każdy aktor jest egocentrykiem, narcyzem zapatrzonym w swoje odbicie. Jerzy Stuhr opowiada o pradziadkach (ta najwcześniejsza część opowieści jest z konieczności nieco "upowieściowiona"), dziadkach, wujkach, ciotkach, rodzicach, o żonie, swoich dzieciach i wnuczce. Z własnej biografii podaje prawie "suche fakty" (wymienia niektóre tylko role, występy zagraniczne, filmy), nie pyszni się i nie przechwala, choć jest przecież jednym z najbardziej znanych "ludzi teatru", wpisanych na stałe w jego dzieje.

Przywoływane fakty mają walor dokumentacyjny - stanowią przecież cząstkę historii: nie politycznych "brewerii", lecz kultury. Przedstawiane wydarzenia historyczne są rzetelnym tłem całej narracji, ale samo ujęcie odbiega od formuł podręcznikowych -jest to historia prywatna, przefiltrowana przez przeżycia najbliższych - zwykłych ludzi: restauratorów, wytwórców mebli, "kamieniczników", prokuratorów, adwokatów, oficerów. Nie podlegają oni, co jest częste w sagach rodzinnych, uwzniośleniu, upiększeniu, gloryfikacji. Rzetelność, czasem dyskretny humor, rzadka nuta elegijna, przypisana konkretnym postaciom w rodzinnym tableau, a równocześnie - wielekroć podkreślana niechęć do nadmiernego manifestowania uczuć, umiejętność krytycznych samoocen decydują o walorach tej prozy. Bo czyta się ją .jednym tchem". I w tym moim stwierdzeniu nie ma przesady. Żadna z quasi-historycznych nowych powieści nie może się równać z typem narracji w książce Stuhrowie. Historie rodzinne. Bo Jerzy Stuhr umie i lubi opowiadać. Aleksandra Pawlicka - domyślać się można - nadała tym narracjom pewien rygor kompozycyjny, co podniosło walory czytelnicze książki, nie zatarło jednak osobowościowych cech autora.»

e-teatr.pl - wortal teatru polskiego © Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego