- W Narodowym widownia liczy ponad 400 miejsc, to nie lada wyzwanie dobić się głosem do ostatnich rzędów - mówi ARTUR ŻMIJEWSKI, aktor Teatru Narodowego w Warszawie.
Mija dziesięć lat, odkąd Artur Żmijewski trafił na deski Teatru Narodowego. Dekadę obecności na najważniejszej scenie teatralnej stolicy wieńczy występem w komedii Szekspira "Wiele hałasu o nic". Tylko w "Dzienniku" Żmijewski opowiada o swoim przywiązaniu do Warszawy, a także dystansie do teatru offowego, mówi o tym, dlaczego nie chce otworzyć własnej sceny i które adresy na artystycznej mapie stolicy odwiedza najchętniej. BARTOSZ BATOR: Ostatnia premiera w Teatrze Narodowym z pana udziałem odbyła się niemal równo rok temu. Skąd ta przerwa? ARTUR ŻMIJEWSKI: To prawda. Dokładnie rok temu miała miejsce premiera "Terminalu 7". Ale z jednym przedstawieniem zostałem całkiem niedawno. Bo do końca ubiegłego sezonu grałem w "Kartotece", "Śnie nocy letniej", "Weselu" i "Kopciuchu". Więc de facto nie było czasu, żebym mógł zaangażować się w nowy spektakl. Ponadto pierwsze próby do "Wiele hałasu o nic" odbyły się już w czerwcu. Tym razem komedia.