Jego wpływ na brytyjski teatr mierzony jest jednym słowem: pinterowski. Niewielu dramaturgów doczekało się przymiotników utworzonych od własnych nazwisk, a jeśli już, to większość tych słów nic światu nie mówi - pisze Dominic Maxwell z "The Times".
Tymczasem nazwisko Pintera automatycznie przywołuje na myśl grozę uśpioną w zwyczajnych pokojach, znaczące pauzy, słowo jako zagrożenie i zagrożenie jako czarną komedię. Nawet ci, którzy nigdy nie widzieli "Powrotu do domu", "Dozorcy", "Zdrady", "Urodzin Stanleya" czy "Samoobsługi", rozumieją jego wpływ na brytyjską scenę. Pinter odwoływał się do naturalizmu i ekspresjonizmu, krążył od realizmu kuchennego zlewu po dramat detektywistyczny i wszędzie odnajdywał coś własnego, rzec można - "pinterowskiego". Czy naprawdę był tak wielki? Zawsze. Teatry będą wystawiać jego sztuki z tej samej przyczyny, dla której publiczność się o nie kłóci. Te sztuki są żywe; to żyjące, oddychające stworzenia. I owszem, można szukać ich realnych, biograficznych korzeni. Pachnący fikcją trójkąt miłosny ze "Zdrady" (1978) mógłby uchodzić za całkiem konwencjonalną sztukę, gdyby autor nie oparł się na własnym romansie z Joan Bakewell w latach 60